[Darius x Vladimir] Dunk Me – rozdział 8

- Vlad, idziesz z nami? – zapytała Ahri, widząc, iż szarowłosy tak jak oni skończył lekcje.

- Wolę odpuścić – odpowiedział, kierując się w stronę schodów.

- Oj no chodź… – oparła się na jego ramieniu. – Będzie fajnie.

- Nie wątpie, ale nie mam na to ochoty.

- I znowu spędzisz piątek w bibliotece? To się robi już przykre – westchnęła dziewczyna.

- To dopiero drugi raz, więc nie wiem, w czym tkwi twój problem – oczywiście nie zależało mu zbytnio na przeglądaniu kolejnych encyklopedii, a jedynie na przeczekaniu gdzieś, by później spotkać się z Dariusem. Nie mógł jednak tego przyznać.

- No dobrze – uległa lisica. – Ale obiecaj, że przyjdziesz na imprezę po zawodach.

- To chyba oczywiste – wzruszył ramionami. – Co roku są na niej wszyscy.

- I żeby to się nie zmieniło – zaśmiała się dziewczyna, rozglądając się, czy nie zgubiła grupy znajomych, z którymi planowała wyjście. – W takim razie powodzenia w czytaniu atlasów – pomachała mu, kiedy wzrokiem odnalazła przyjaciół, opuszczając go.

Vladimir zmartwił się, iż tak widoczne jest jego pozostawanie w bibliotece w piątki, mimo wszystko nie miał zamiaru sobie tego odpuścić, chociaż gdyby tylko zechciał, mógłby poczekać w swoim mieszkaniu, bo przecież to tylko kilka minut drogi. Mógłby coś zjeść, odpocząć, albo się pouczyć, lecz był zbyt leniwym, by zrobić coś takiego. Wolał poświęcić ponad godzinę czasu na siedzenie w bibliotece, przekonując siebie, iż skupi się w niej na nauce bardziej, niż w domu. Może była to prawda, ale i tak poświęcenie uwagi książkom i notatkom z lekcji przychodziło mu z trudem, gdyż był zbyt podekscytowany spotkaniem z Dariusem.

Były monotonne. Spotykali się. Koszykarz go dusił. Przestawał. Vladimir pozbywał się swojego „problemu”, od którego wszystko się zaczęło, w jednej z kabin w toalecie, ignorując to, że Darius prawdopodobnie go słyszy. Później wracali razem do domu. Mimo to szarowłosy wątpił, że szybko się nimi znudzi. Nie wiedział, jak widzi to jego przyjaciel, ale wolał nie pytać. Chciał uniknąć kolejnych zmian.

Wygodniej byłoby mu usiąść w bibliotece niedaleko wyjścia, by chociażby mieć lepszy dostęp do światła, ale nie chciał być zbyt widocznym, tak więc zaszył się o wiele głębiej. Zawsze obawiał się, że im dalej usiądzie, tym na więcej kurzu natrafi, bo mimo wszystko niewiele osób odwiedzało to miejsce. Okazało się jednak, iż szkoła jest sprzątana na tyle dokładnie, że nie było ryzyka uduszenia się.

Zajął swoje miejsce przy stoliku, wyjmując na blat jeden z podręczników oraz telefon, by kontrolować czas. Naprawdę próbował się skupić, ale bez przerwy myślami odpływał w stronę tego, co ma się wydarzyć za ponad godzinę. Zaczął rozmyślać, czy w bibliotece znajdzie jakąś książkę na te tematy. W końcu powinna być bardziej wiarygodna niż treści z Internetu. Uznał, iż sprawdzi, czy nie ma tutaj takowej lektury. Nie mógł się nikogo o to zapytać, bo byłoby to zbyt podejrzanym, tak więc zostawił swoją torbę i mając tylko telefon, by nie stracić poczucia czasu, zagłębił się w bibliotekę jeszcze bardziej.

Szkoła była na tyle duża i stara, że w bibliotece znajdowały się setki książek z rozmaitych kategorii. Można było wypożyczyć treści religijne, poradniki, chociaż nie zawsze skierowane do uczniów, a nawet komiksy. Vladimir nie zdziwiłby się, gdyby natrafił na dział związany z erotyką. W pewnym momencie zatrzymał się, nie znajdując, co prawda, tego czego poszukiwał, ale jego uwagę zwróciła książka z poematami, zawierająca jeden o tytule „Kruk”. Swain wielokrotnie o nim wspominał na swoich lekcjach, chociaż zwykle nie miało to nic wspólnego z omawianym tematem. Postanowił poznać treść dzieła, by w jakiś sposób zabłysnąć u nauczyciela i być może zyskać trochę jego sympatii. Mimo wszystko byłoby to pomocnym w zdobyciu lepszych wyników.

Stał więc z książką w ręku, czytając kolejne wersy, gdy zdał sobie sprawę, że o dziwo nie jest w bibliotece sam. Do jego uszu dotarły głosy dwóch osób. Nie rozpoznał ich na początku, także nie wyszedł ze swojej kryjówki, którą stała się przestrzeń między dwoma regałami. Wychylił się delikatnie, by dostrzec, kto jest jego towarzystwem, a kiedy rozpoznał twarze… nie miał zamiaru opuścić swojej pozycji jeszcze bardziej.

Na końcu alejki stało demaciańskie rodzeństwo, Lux i Garen. Rozmawiali o czymś żywiołowo, aczkolwiek cicho, w końcu byli w bibliotece, a ludzie z tej dzielnicy często wręcz obsesyjnie trzymali się zasad. Przynajmniej tak powinno być, ale Vladimir patrząc na ich dwójkę, zaczął podejrzewać, że łączy ich coś więcej niż więzy krwi, a to byłoby złamanie kilku istotnych nakazów. W końcu… brat i siostra ukrywają się w piątkowy wieczór w bibliotece szkolnej, miło spędzając czas z dala od innych. To mogłoby pasować do małych dzieci, ale oni byli w liceum! Szarowłosy nie wiedział, co powinien zrobić. Bał się ich sfotografować, ze względu na ryzyko dźwięku, nie mógł też wyjść z ukrycia. Obserwował ich więc w ciszy, chcąc się upewnić, że jego teorie nie mają sensu (a może właśnie czekał na pocałunek, by przyznać sobie rację…).

Na jego szczęście nic szczególnego się nie wydarzyło, chociaż chłopak nie miał zamiaru wyrzucić tego widoku z głowy, w końcu to wspomnienie może mu się kiedyś przydać. Wycofał się w ciszy, sprawdzając jednocześnie godzinę. Dobrze, że nie ustawił sobie budzika na wyznaczoną porę, bo prawdopodobnie by się zdradził. Zabrał swoje rzeczy i czym prędzej opuścił bibliotekę, bo znowu zza rogu obserwować, czy wszyscy ludzie już wyszli. Darius miał wysyłać mu wiadomość odnośnie tego, czy czeka sam, ale szarowłosy wątpił, by koszykarz tego pilnował, skoro trenował dłużej niż inni.

Okazało się, że część drużyny wychodzi przez szkołę, a część przez dziedziniec, więc poprzednim razem Vladimir miał szczęście, że nie wpadł na nikogo, skoro patrolował tylko jedno wyjście. Koszykarz poinformował go jeszcze, że zwykle ostatni wychodzi Jayce, bo nie umie się zebrać. To była dla szarowłosego pomocna informacja, bo po ujrzeniu trzecioklasisty, odczekał kilka minut i zdecydował się wejść do środka.

Szatnia nie zmieniła się. Dalej było w niej parno i nieprzyjemnie. Mimo wszystko Vladimir cieszył się, że znowu tutaj jest.  Rozejrzał się wokół, by upewnić się, że nikogo nie ma w środku. Nie słyszał, co prawda żadnych głosów, ale możliwe, iż były one zagłuszone lecącą wodą z pryszniców. Szafki były jednak pozamykane, a na ławkach nie leżało nic cenniejszego od pustej butelki. Na sali powinien być tylko Darius, z tego też powodu szarowłosy skierował się w jej stronę, zostawiając na jednej z ławek swoją torbę oraz marynarkę, by im nie zawadzały podczas wykonywania umówionych czynności.

Niektóre światła były już zgaszone, a że Vladimir nie przepadał za chodzeniem po ciemku, zaświecił je ponownie. Uświadomił sobie, że robił to niepotrzebnie, tak samo jak bez powodu podszedł pod wejście do sali, kiedy zrozumiał, iż nikt na niej nie ćwiczy.

Zawiódł się, nie do końca rozumiejąc, dlaczego Darius go wystawił, nie wysyłając uprzednio żadnej wiadomości. Nie chciał czekać do poniedziałku, tak więc nie wiedział, co powinien zrobić w tej sytuacji. Zawrócił w głąb szatni, by zabrać swoją torbę, którą położył na ławce. Nie chciał zostawić jej w szkole po raz kolejny. Jego droga powrotna nie zajęła jednak dużo czasu, gdyż kiedy się odwrócił, prawie natychmiastowo został przyciśnięty do ściany. Nie przestraszyło go to jednak.

- Myślałem, że sobie poszedłeś – powiedział z uśmiechem na twarzy, patrząc na koszykarza.

- Nie domyśliłeś się, że biorę prysznic? Ostatnio sam kazałeś mi się ogarnąć po treningu.

- W sumie racja, mój błąd – przyznał jego rację. Powinien był wywnioskować, gdzie jest Darius, skoro słychać było lecącą wodę. – W takim razie zaczynamy? – spojrzał pytająco na przyjaciela, ale ten uśmiechnął się podejrzanie, przyciskając go mocniej do ściany. Milczał.

Dotarło do niego, że Darius nie ma na razie w planach, by zacisnąć swoje dłonie wokół szyi szarowłosego, kiedy ręka koszykarza powędrowała pod jego koszulę. Vladimir nie był nigdy dotykany w ten sposób przez drugą osobę, nie wiedział więc, jak powinien zareagować, szczególnie teraz, gdyż nie znał przyczyny zachowania koszykarza. Po raz kolejny najchętniej odepchnąłby mężczyznę, ale doskonale zdawał sobie sprawę ze swojej niemocy.

- Mogę wiedzieć, co robisz? – zapytał, jeszcze spokojnie, marszcząc brwi. Nie uzyskał jednak odpowiedzi.

Dłonie Dariusa były chłodne, prawdopodobnie ze względu na brany niedawno prysznic, gdyż jak domyślał się szarowłosy, szkoła nie dysponowała wystarczającą dla każdego ucznia ilością ciepłej wody. Prócz tego opierał się o zimne płytki, stojąc z koszykarzem między dwoma blokami szafek.  Po jego ciele przeszedł dreszcz.  Czuł, iż jego sutki twardnieją pod wpływem chłodnego dotyku Dariusa.  Jego przyjaciel uśmiechnął się tryumfalnie, czując pod palcami, jak zareagowało ciało szarowłosego.

Przygryzł nerwowo wargę. W jego głowie kłębiło się mnóstwo pytań, a on nie wiedział, które powinien zadać jako pierwsze. Poczuł jednak, że koszykarz zjeżdża ręką w dół, a Vladimir nie miał zamiaru przekroczyć pewnej granicy. Z tego też powodu, nawet jeśli doskonale wiedział, że jest słabszy, spróbował odepchnąć od siebie Dariusa, chociaż miał wolną tylko jedną rękę, druga była przygwożdżona do ściany przez koszykarza. Jego przyjaciel, widząc to, nachylił się nad szarowłosym, by zaraz wyszeptać;

- Jeśli naprawdę chcesz coś zrobić ze swoimi rękami, to rozepnij swoją koszulę – jego włosy wciąż były wilgotne i pachniały szamponem dla mężczyzn. Przez te krótką chwilę drażniły one twarz Vladimira, nie dając mu się skupić.

Wiedział, że sam pozwala na zdominowanie siebie, ale nie znaczyło to, że Darius miał prawo go w jakiś sposób skrzywdzić. Chciał mu zaufać, gdyż był jego przyjacielem, ale jednocześnie przekonywał się, iż sprawy mogą pójść za daleko, jeśli jasno nie podkreśli swojego niezadowolenia. Ale… naprawdę pragnął być komuś podległy, chociaż przez chwilę, bo w końcu mógł odpocząć od samodzielnego podejmowania decyzji. Patrzył w milczeniu na koszykarza, nie wiedząc, czy posłuchać jego rozkazu. Przekonywał się, że jeśli Darius posunie się za daleko, powstrzyma go, choćby miał zacząć krzyczeć. Oddychając spokojnie, zaczął odpinać kolejne guziki swojej koszuli, zaczynając od tych najwyżej. Nie mógł oderwać wzroku od koszykarza, chciał mu splunąć w twarz ze względu na uśmiech, który nie schodził z jego twarzy. Gdyby teraz chciał, mógłby po prostu wyminąć przyjaciela i wyjść, gdyż ten nie przytrzymywał go, chociaż wciąż jedna z jego dłoni spoczywała na brzuchu szarowłosego. Vladimir nie przyznałby tego wprost, ale sam był ciekaw, co zrobi Darius, dlatego też nie chciał nawet drgnąć.

Nie doszedł nawet do połowy, kiedy koszykarz powstrzymał go przed dokończeniem rozpinania koszuli.

- Tyle wystarczy – powiedział, a na jego twarzy ponownie zawitał uśmiech, który w większości przypadków pojawiał się, kiedy Darius miał w planach coś zyskać, chociażby kosztem drugiej osoby. Szarowłosy zaniepokoił się, ale i tym razem posłuchał koszykarza.

Ręka mężczyzny ponownie przesunęła się na tors Vladimira. Darius znów przysunął się do ucha szarowłosego, tym razem jednak nic nie mówiąc. Zamiast tego zjechał jeszcze niżej, po chwili zbliżając swoje usta do szyi drugiego ucznia. Trwali w tej pozycji przez kilka sekund, ale po ciele Vladimira ponownie przeszedł dreszcz, tym razem podniecenia. Po krótkiej chwili, jakby na przemyślenie swojego pomysłu, koszykarz przejechał powoli językiem po karku szarowłosego, by po kolejnej, prawie niewyczuwalnej przerwie na zebranie myśli, wgryźć się w jego szyję.

Szarowłosy przymknął oczy, by oddać się przyjemności, jaką, o dziwo, ta czynność mu sprawiała. Nie było to, co prawda, duszenie, jednakże dostał erekcji bez dotyku w jego okolicach intymnych. Wyciągnął szyję, by ułatwić Dariusowi do niej dostęp, lecz ten, zamiast kontynuować pieszczotę, chociaż większość normalnych ludzi tego by za pieszczotę nie uznała, odsunął się od niego. Szarowłosy od razu otworzył szeroko oczy, posyłając przyjacielowi pytające spojrzenie. W zamian otrzymał uśmiech, który ukazywał taką dumę i pełnie tryumfu, że jego poziom zmieszania wzrósł jeszcze bardziej.

- Mówiłem, że podniecisz się od gryzienia? – powiedział koszykarz, z każdą sekundą stając się coraz bardziej zadowolonym z siebie. Vladimir musiał przyznać, że tak szczęśliwy Darius, który udowodnił swoją rację, był niewątpliwie uroczym zjawiskiem. Nie miał zamiaru jednak wspomnieć o tym na głos, nie tylko nie chcąc urazić przyjaciela, ale i dlatego, że w tej chwili musiał nad sobą zapanować, by nie wybuchnąć gniewem. Został w końcu w pewien sposób oszukany.

- Obmyślałeś ten plan od środy?  Zresztą, nie liczy się, bo mnie dotykałeś! – powiedział, mimowolnie obracając całą sytuację w żart. Nie powinien chyba się na niego gniewać, skoro sam czerpał z tego przyjemność. Westchnął ciężko, chcąc wyminąć Dariusa, by skierować się do toalety i pozbyć się erekcji. Ten jednak go powstrzymał.

- Jeszcze nie skończyłem.

Vladimir spojrzał w dół, by uświadomić sobie, że nie tylko on ma „problem”. Zaczerwienił się lekko, gdyż zrozumiał, iż podniecenie koszykarza nie wynikało z dotyku, a widoku. Jego przyjaciel dostał erekcji od patrzenia na to, jaką przyjemność czerpał szarowłosy. Zaśmiał się, lekko panikując, gdyż bał się, że sprawy pójdą teraz za daleko.

- Czyżby ktoś inny też podniecał się od gryzienia? – uniósł pytająco brew, próbując sprowokować koszykarza.

- Cóż… – wzruszył ramionami. –                 Teraz muszę się tego najwyraźniej jakoś pozbyć – powiedział, posyłając Vladimirowi sugestywny wzrok. Ten jednak nie odebrał tego jako żart, a bardziej jako erotyczną propozycję. Co prawda, niewątpliwie to była rzecz, którą koszykarz chciał mu przekazać, lecz każdy z nich pomyślał o innej czynności.

- Nawet o tym nie myśl! – szarowłosy poczerwieniał na twarzy jeszcze bardziej. – Nie obciągnę ci!

Nastała między nimi niezręczna cisza. Po chwili Darius się zaśmiał.

- Nie o to mi chodziło, ale ciekawe masz myśli – posłał mu spojrzenie pełne kpiny.

Rumieniec Vladimira stał się jeszcze wyraźniejszy, co po chwili spowodowało u niego krwotok z nosa. Szarowłosy był już zmęczony swoją wadą, najchętniej wyszedłby z szatni i od razu skierował się do lekarza, aby zapisać się na jakiś zabieg, który pomógłby mu z tą dolegliwością. Darius jednak nigdzie by go nie puścił, szczególnie teraz, bo najwidoczniej lubił widok krwawiącego Vladimira aż za bardzo.

Koszykarz docisnął go do ściany, przylegając do niego, tak że byli stanowczo za blisko. Szarowłosy czuł ciepły oddech Dariusa, ale również jego członka, co nie było dla niego najprzyjemniejszym doświadczeniem. Nie mógł się oddalić, gdyż uniemożliwiała mu to ściana, której chłód od jakiegoś czasu ratował Vladimira przed spłonięciem z zażenowania.

Ewidentnie dominujący tutaj koszykarz opuścił obie swoje ręce na poziom ich bioder. Miłośnik biologii i tak nie miał jak się wycofać, kiedy był przytrzymywany ciężarem ciała mężczyzny. Zsuniecie własnych spodni nie wydawało się być dla Dariusa wyzwaniem, szczególnie, że wciąż miał na sobie dresy, jednakże pozbycie się dolnej części ubioru szarowłosego nie było dla niego już taką drobnostką, szczególnie, iż uczeń nie chodził na lekcje w niczym luźniejszym od mundurka szkolnego. Vladimir otworzył oczy jeszcze szerzej, nie wiedząc, jak się w tej sytuacji zachować.

- Pobrudzisz się od krwi, jeśli się ode mnie nie odsuniesz – powiedział, a może bardziej wyjąkał, by uzyskać więcej przestrzeni. Nie tylko cała sytuacja była niekomfortowa, ale i ich pozycja uniemożliwiała mu swobodne oddychanie.

- Nie chce, żebyś się szamotał – powiedział, nie nawiązując nawet kontaktu wzrokowego, gdyż wciąż walczył z guzikiem u spodni Vladimira.

- Daj spokój – westchnął. – Jesteśmy na równi, więc nie baw się w jakiś gwałt. Powiedz mi, co chcesz zrobić.

Darius uniósł wzrok, rozumiejąc, co uczeń ma na myśli. Cofnął się delikatnie, dając mu możliwość złapania oddechu.

- Chce nam zrobić dobrze, rękoma. Nic więcej.

- I nie mogłeś powiedzieć tego na początku? – wolał nie dopytywać się, dlaczego właściwie koszykarz wpadł na taki pomysł, skoro ich erotyczna relacja powinna kończyć się na duszeniu. Wiedział, że to nic nie zmieni i Darius nie przestanie tego, co zaczął. Był zbyt uparty.

Nie uzyskał odpowiedzi na zadane pytanie, gdyż po zyskaniu większej swobody koszykarz uporał się ze spodniami szarowłosego i tym samym zabrał się do realizacji swoich planów.

Lewą ręką dotykał Vladimira, prawą zaś siebie. Różnica w jego działaniach polegała na tym, że koszykarz wiedział, w jaki sposób zadowolić swoją osobę. Z tego też powodu szarowłosy był zmuszony oglądać przyjaciela, który starał się czerpać jak najwięcej przyjemności z czynności, którą wykonywał. Nie wiedział za to, jak postępować z ciałem drugiego mężczyzny, dlatego też jego dotyk nie wystarczał uczniowi profilu biologiczno-chemicznego. Jego ręce nie były w żaden sposób skrępowane, więc sam pozwolił sobie na opuszczenie ich, by sprawić sobie przyjemność.

Dziękował losowi za to, że koszykarz zamknął oczy, podczas masturbacji. Umarłby z zażenowania, gdyby patrzyli na siebie, podczas robienia takich rzeczy. Musiałby wtedy poważnie poddać wątpliwości swoją orientację, chociaż już teraz zaczął się nad tym zastanawiać.

Darius osiągnął spełnienie jako pierwszy, z czego Vladimir zdał sobie sprawę wcześniej, niż koszykarz mu to zasygnalizował. Humanista, spojrzał na szarowłosego, starając się wyglądać na prawdziwego dominanta, chociaż niższy uczeń domyślał się, że i on pali się ze wstydu. Sprawy stanowczo poszły za daleko, a minął dopiero tydzień.

Koszykarz odsunął ręce Vladimira od jego członka, chcąc doprowadzić go do orgazmu samodzielnie. Chłopak nie protestował, chociaż czuł, że powinien był to zrobić, gdyż sama myśl o tym, że ręce jego przyjaciela są ubrudzone jego spermą, powodowała u niego obrzydzenie. Zamknął oczy, by oszukać swój umysł i wierzyć, że robi to ktoś inny od Dariusa. Dodatkowo dzięki ciemności wszystko czuł intensywniej.

Już prawie szczytował, jednakże koszykarz posunął się za daleko. To nie tak, że robili to od początku ich spotkania, tym razem granica została przekroczona o jednostkę za dużo, gdyż Darius postanowił jeszcze bardziej urozmaicić ich stosunek i jedna z jego rąk powędrowała stanowczo za blisko pośladków szarowłosego.

Na to Vladimir nie miał zamiaru pozwolić. Zgoda na zrobienie tego przez koszykarza, byłaby dla szarowłosego całkowitą utratą godności. Otworzył prędko oczy, odpychając od siebie Dariusa, udało mu się to, gdyż uczeń nie spodziewał się takiej reakcji. Patrzyli na siebie w milczeniu, a po upływie zaledwie kilku sekund, Vladimir uznał, że czas opuścić tę szatnię. Skręcił więc w lewo i… uderzył w bok jednego z bloków szafek. Przez całą tę sytuację zapomniał, że znajdowali się miedzy dwoma z takowych metalowych schowków.

- Kurwa… – przeklął, przykładając swoją dłoń do czoła. Był prawie pewny, że pojawi się tam guz.

Chociaż Darius był przez chwilę w szoku, przez zostanie odepchniętym, widząc, co zrobił Vladimir, nie mógł powstrzymać się od śmiechu. Sam szarowłosy domyślał się, jak komicznie musiało to wyglądać.

- Myślałem, że to moim zadaniem jest cię ranić – zaczął Darius, odsuwając się od przerwy między szafkami, by wypuścić stamtąd szarowłosego, a jednocześnie ubierając na siebie z powrotem spodnie.

- No przepraszam bardzo, ale chyba w naszej umowie nie było nic o czymś więcej niż duszenie – zmarszczył brwi. – Szczególnie o próbach dobrania się drugiej osobie do tyłka.

- To my mieliśmy jakąś umowę?  Zresztą to ja tutaj dominuję, więc chyba ode mnie zależy, co robimy… – Darius nie traktował go poważnie. Może gdyby szarowłosy przestał mu to wybaczać i zamiast tego pokazał, jak bardzo ta ignorancja jest przez niego znienawidzona, koszykarz zaprzestałby robienia tego, jednakże miłośnik biologii za każdym razem był zbyt zmęczony, bo się o to kłócić. Tak samo było i teraz.

- Pójdę do toalety – powiedział zrezygnowany, chcąc po prostu dokończyć to, co zaczęli robić. Tym razem samemu, bo najwidoczniej cudza pomoc tylko mu przeszkadzała.

- Pójdę z tobą – odrzekł mu Darius. Szarowłosy posłał mu zdenerwowane spojrzenie, ale koszykarz dodał, patrząc na swoje dłonie. – Chyba powinienem umyć ręce.

Niższy z uczniów chciał odpocząć od dotyku humanisty, dlatego też ulżyło mu, kiedy zrozumiał, że ten nie idzie z nim, aby mu pomóc. Podciągnął swoją bieliznę, kierując się w stronę toalet.

Kiedy już opuścili pomieszczenie, czyści chociaż powierzchownie, upewnili się jeszcze, że w szatni nie zostawili po sobie śladów, poprawili swoje stroje, by nie zwracać na siebie uwagi podczas drogi powrotnej. Mimo to Vladimir obawiał się, iż ktoś dostrzeże plamę na jego spodniach, którą pozostawił koszykarz. Przekonywał się jednak, że mrok jakoś to zamaskuje.

Opuszczając szatnie, szarowłosy postanowił zacząć jakiś temat niezwiązany z tym, co robili, by ich wspólna droga do domów nie minęła w niezręcznej ciszy.

- Jak tam twoje przygotowania do meczu przeciwko Garenowi? – zapytał, od razu przypominając sobie, co takiego zobaczył w bibliotece. – Nie trenujecie razem? Widziałem, że wychodził po lekcjach ze znajomymi – skłamał.

- Jest chyba zbyt pewny swojej wygranej. Szkoda, że się zawiedzie – wzruszył ramionami koszykarz, będąc najwidoczniej pewnym swojego zwycięstwa.

- A co jeśli jednak mu się uda cię pokonać? – droczył się z nim, by sprawdzić, jak Darius na to zareaguje.

- Chyba potrzebny byłby cud – zaśmiał się.

- Naprawdę?

- Chcesz się założyć? – spojrzał na niego zachęcająco.

- Widzę, że lubisz zakłady – uśmiechnął się. – Co musiałbym zrobić, jeśli wygrasz?

- Najpierw ty coś zaproponuj, żebyś dał sobie jakąś nadzieję – odpowiedział mu szyderczym uśmiechem.

- No okej – westchnął, chociaż bardzo chciał zażądać czegoś, co pokazałoby Dariusowi, że to jednak szarowłosy ma rację w tej relacji. – Jeśli wygram, to ty dasz mi się zdominować.

Na te słowa koszykarz popatrzył na niego z rozbawieniem. Szarowłosy bał się jednak, że jego przyjaciel przy takiej stawce zażąda od niego seksu, a na to nie miał zamiaru się godzić.

- Może jeszcze powinienem przekłuć sobie sutki, żebym to ja wyglądał tutaj na maso?

- Skoro chcesz – odpowiedział niewzruszony. – A co ja mam zrobić, jeśli to ty wygrasz?

- Hmmm – podrapał się po głowie, najwyraźniej szukając pomysłu na najlepszą dla siebie nagrodę. – Jeśli wygram, co oczywiście się stanie, na mecz za dwa tygodnie przyjdziesz mnie dopingować w stroju cheerleaderki – takiej propozycji Vladimir się nie spodziewał, lecz nie miał zamiaru jej kwestionować, gdyż kolejna opcja mogła okazać się wymuszonym stosunkiem.  – Umowa stoi?

- Stoi – wyciągnął ku niemu rękę. Uścisnęli dłonie, które na szczęście obaj uprzednio dokładnie umyli.

- W takim razie powodzenia.

Resztę drogi rozmawiali o poematach o krukach.

[Darius x Vladimir] Dunk Me – rozdział 7

Vladimir od zawsze starał się być w szkole na czas, by nie mieć żadnego spóźnienia. Wierzył, że jeśli odpuści sobie samodyscyplinę, później skończy z wieloma złymi nawykami. Chciał mieć pełną kontrolę nad swoim życiem, żeby w przyszłości dobrze radził sobie w pracy. Przynajmniej zawsze wydawało mu się, iż musi panować nad samym sobą cały czas, chociaż w ciągu ostatnich kilku dni zaczął zastanawiać się, czy jednak nie wolałby być kontrolowanym. Wszystko za sprawą Dariusa, z którym relacja szarowłosego była mimo wszystko dość niecodzienna. Pomimo tego, Vladimir odnosił wrażenie, że od początku ich znajomości nigdy nie mieli lepszej. Chociażby w tej chwili uczeń biol-chema czekał przed swoim mieszkaniem na koszykarza, by razem mogli pójść na swoje zajęcia. Czas na rozmowy, który stracili poprzez zmianę profilu Dariusa, nadrabiali właśnie przed lekcjami oraz po nich. Nigdy wcześniej nie przekraczali granicy znajomości poza murami szkoły.

Była już środa, więc uczniowie odbyli już jedno z ich wspólnie zaplanowanych spotkań. Zaskakującym było, że nikt nie wchodził do pomieszczenia, w którym wszystko się zaczęło. W poprzednim roku szkolnym, na każdej przerwie można było spotkać w środku palaczy. Vladimir podejrzewał, iż obecnie znajdował się tam wykrywacz dymu i dlatego zapomniano o tym miejscu, aczkolwiek kiedy był wewnątrz pomieszczenia, zapominał rozejrzeć się, by utwierdzić się w swoich przekonaniach. Miał tam lepsze zajęcia, niż szukanie takich sprzętów.

Jeszcze w piątek ustalili wszystko pisząc ze sobą na czacie. Kiedy już trochę ochłonęli po wcześniejszym zajściu, doszli do wniosku, że lepiej będzie spotykać się jedynie dwa dni w tygodniu. W czwartki nie dość, że nie mieli miejsca, gdzie mogliby się bezpiecznie spotkać, to dodatkowo każdy z nich traktował ten dzień jako czas na odpoczynek przed weekendem. Darius nie miał w końcu treningu i mógł odetchnąć, a Vladimir nie miał zbyt wiele materiałów do nauki na następne zajęcia. I tak wierzyli, że spotkanie się ze sobą dwa razy w tygodniu jest optymalne.

Vladimir ubrał się, spakował swoje rzeczy do torby i opuścił mieszkanie, tradycyjnie nie jedząc śniadania. Sądził, że niewielka zmiana w relacji z koszykarzem nie wpłynie w żaden sposób na jego posiłki w szkolę. W końcu… w jaki sposób miałaby coś zmienić?

Zamykając za sobą drzwi, od razu dostrzegł idącego już w jego stronę Dariusa. Jak się okazało, wyższy uczeń od zawsze mijał jego mieszkanie, lecz szarowłosy wychodził wcześniej z domu i z tego powodu rozmijali się. Teraz Vladimir obierał szkołę za cel kilka minut później, a koszykarz – wcześniej, gdyż miał od w zwyczaju spóźniać się na lekcje. Dzięki temu przekraczali wspólnie szkolne mury kilka minut przed dzwonkiem. Podbiegł do przyjaciela od razu się witając i zaczynając rozmowę.

- Co nowego u ciebie?

- Nihil novi – powiedział Darius, ewidentnie chcąc pokazać, że wbrew pozorom profil humanistyczny czegoś go nauczył.

- Wow, widzę, że coś się u ciebie jednak dzieje – zaśmiał się szarowłosy. – Chociaż wiesz… w medycynie też jest potrzebna łacina.

- Teoretycznie wszędzie się przydaje, praktycznie można by się o to kłócić. A co u ciebie? – zapytał koszykarz.

- Raczej bez zmian. Ekko powiedział mi ostatnio, że wyszedł ostatnio nowy film na podstawie Makbeta i wydaje mi się być ciekawy.

- Chcesz na niego iść?

- Niezbyt. Nie chce marnować pieniędzy na kino, więc poczekam, aż będzie dostępny online – Vladimir nie zrozumiał do końca intencji przyjaciela.

- Rozumiem – westchnął koszykarz. – Ale wiesz, że to nie jest zgodne z prawem? – zaśmiał się.

- Ostatnio robimy dość sporo nielegalnych rzeczy – skwitował szarowłosy.

Zbliżali się coraz bardziej do murów szkoły. Oznaczało to też, że wychodzili na obrzeża noxiańskiej dzielnicy, które mimo że znajdowały się blisko centrum, którym była właśnie akademia, miały wiele ciemnych i stosunkowo niebezpiecznych uliczek, zresztą jak każdy z sektorów miasta. Teraz jednak nie było powodów do obaw, gdyż za dnia nie było żadnego zagrożenia.

- A właśnie… skoro kręci cię duszenie, to co sądzisz o wiązaniu? – koszykarz zmienił temat.

- Tak szczerze, to uważam, że to zboczenie – nie do końca rozumiał, dlaczego Darius zapytał go o coś takiego. Miał nadzieję, iż nie jest to sugestia do wypróbowania tego.

- No… to raczej oczywiste, ale chyba masochizm jest gorszy. Bo podniecanie się od bólu raczej nie jest czymś normalnym…

- To tak nie działa – westchnął szarowłosy. Nie miał zamiaru przyznać się przed kimś, że jest zboczeńcem, bo uległby swoim myślom, z którymi walczył od tygodnia.

- Co nie działa? – powiedział Darius, prawdopodobnie pół-żartem.

- Masochista raczej nie podnieci się od jakiegokolwiek bólu.

- Tak sądzisz? – na jego twarzy zawitał uśmiech, który w tej chwili nie zwiastował niczego dobrego.

Koszykarz ruszył w stronę jednej z bocznych uliczek, ciągnąc za sobą Vladimira. Natychmiastowo przyparł go do ściany, po raz kolejny luzując wiązanie krawata drugiego ucznia. Szarowłosy nie reagował na początku, gdyż zachowanie Dariusa zbyt go zszokowało. Ocknął się dopiero, kiedy poczuł, że humanista wgryza się w jego szyję. Od razu go odepchnął, nie tylko nie pojmując, po co chłopak to robi, ale i bojąc się, iż sytuacja wygląda zbyt dwuznacznie i ktoś ich zauważy.  Spojrzał na niego pytająco.

- Dziwne… miałeś się od tego podniecić, żebym ci udowodnił, że mam rację – powiedział ze stoickim spokojem Darius, jakby to było oczywistym.

- Naprawdę? I myślałeś, że to się uda? – zapytał zdenerwowany. Koszykarzowi wydawało się, że może z nim robić dosłownie wszystko, a na to Vladimir nie chciał pozwolić. Miał swoją godność i nawet jeśli ulegał mu dwa razy w tygodniu, nie znaczyło to, że jest jego zabawką. Humanista wzruszył ramionami, ignorując powagę sytuacji. – Wiesz, że nawet jak ktoś jest fetyszystą, to coś błahego na niego nie zadziała? Przykładowo gej nie podnieci się od korzystania z toalety.

- Homoseksualizm to nie fetysz – zaśmiał się Darius.

- Wiesz, o co mi chodzi! – warknął szarowłosy. – Nie zostawiaj mi tak oczywistych znaków na szyi. Już ślady po duszeniu muszę zasłaniać, a jest jeszcze za ciepło i ludzie na mnie patrzą wystarczająco dziwnie, kiedy chodzę w szaliku. Jeśli ktoś zauważy ugryzienie, zaczną się plotki – odruchowo spojrzał na zegarek, sprawdzając godzinę. Nie mieli już czasu na rozmowę, z tego powodu Vladimir postanowił odpuścić na tę chwilę, skoro i tak koszykarz wydawał się nie przejmować zbytnio jego słowami. Westchnął zrezygnowany.  – Nieważne. Po prostu chodźmy.

Przekroczyli mury szkoły w chwili, kiedy zadzwonił dzwonek. Rozstali się więc, idąc na swoje zajęcia. Mieli się zobaczyć tradycyjnie na długiej przerwie. Vladimir dodatkowo był ciekaw, jak przebiegają rozterki miłosne Ekko, od kilku dni zapominał go o to zapytać.

Jego plan porozmawiania z Dariusem, Ekko i może nawet Ahri, gdyż od kiedy zbliżył się do koszykarza i dziewczyna nie sprawiała wrażenia zagrożenia dla szarowłosego, nie wydawała się być aż tak irytującą, legł w gruzach, kiedy przerwa okazała się nie być tak rutynową jak zwykle. Wychodząc na zewnątrz, dostrzegł, iż na ścianach pojawiły się plakaty wyborcze. Nie przepadał za tym okresem w roku, kiedy w szkole wszyscy zaczynali dyskutować na temat polityki. Trzeba było wybrać jednego przewodniczącego, ale wszystkim wydawało się, iż czas zmieniać cały system w ich kraju. Nie miał ochoty zapoznawać się z listą kandydatów, gdyż nie miał zamiaru głosować, od zawsze twierdząc, że nawet jeśli jego głos sprawiłby, że wybrany zostanie inny kandydat, to i tak każdy przewodniczący robi dokładnie to samo i nie warto marnować czasu na wybory. Mimo jego niechęci do tematu głosowania, kiedy tylko znalazł się przy swoich znajomych, ci zaczęli rozmowę na ten temat.

- Na kogo zagłosujecie? – zapytała Ahri, rozpoczynając dyskusję, której tak bardzo szarowłosy nie lubił. – Ja na Ashe.

- Dlatego, że jest z humana tak jak ty? – Ekko podejrzliwie uniósł brew.

- To nie ma znaczenia, bo jest w klasie wyżej! – reakcja dziewczyny udowodniła tezę pierwszoklasisty. Szarowłosy domyślał się, iż lisica nie ma żadnego pojęcia o planach kandydatów, ale w przeciwieństwie do niego było to spowodowane jej lenistwem, a nie bojkotem zabawy w politykę. – Zgaduję, że ty i tak zagłosujesz na Lissandrę.

- Może… – westchnął uczeń, ale po chwili dodał. – ale tylko dlatego, że podoba mi się, co planuje!

- I tak wygra Ashe – orzekła, wyjmując telefon. – Prawda? – spojrzała na Dariusa, ten jednak wzruszył ramionami, zamiast potwierdzić jej tezę.

- Nie wiem. Ja głosuję na Sejuani, bo wydaje się być na tyle pewna siebie, że bez problemu coś zmieni.

- Ale przecież to nie ten profil! – krzyknęła rozemocjonowana Ahri, nie mogąc pogodzić się z tym, że ktoś ma inne poglądy niż ona. Była ona na tyle głośno, że zwróciła uwagę osób z sąsiednich grup.

- O co chodzi? – do ich konwersacji wtrącił się Garen, który chodził do klasy humanistycznej razem z Ahri i Dariusem. Teoretycznie był do przyjaciela Vladimira bardzo podobny. Obaj grali w koszykówkę i interesowali się polityką, ale szarowłosy sądził, iż demaciańczyk tylko udaje, tak naprawdę nie grzesząc inteligencją. Może to właśnie ze względu na pochodzenie ucznia, a może przez chociażby brak kultury, który teraz pokazał.

- Oh, hej Garen – zaczęła dziewczyna. – Darius po prostu nie chce głosować na Ashe.

- Co takiego? – oburzył się uczeń, posyłając koszykarzowi wściekłe spojrzenie. – Zdajesz sobie sprawę, że twoim obowiązkiem jest na nią zagłosować?

- Zdajesz sobie sprawę, że nie tak działa demokracja i jesteś idiotą? – odpowiedział mu zirytowany Darius. Garen na jego słowa poczerwieniał ze złości i uderzył pięścią w stolik, wokół którego siedzieli. Po raz kolejny udowodnił Vladimirowi, że nie jest zbyt inteligentną osobą, skoro jest tak nieodpornym na prowokację.

- Chcesz się bić, idioto?

- Proszę bardzo – koszykarz wstał, spoglądając z poirytowaniem na rywala. – Na pięści, czy mam iść po mój topór? A może zrobimy głosowanie? – rozejrzał się wokół. Wielu uczniów przerwało swoje konwersacje, by zobaczyć, co się dzieje. – Chociaż nie, pewnie nie wiesz, jak to działa.

Dla Garena była to już przesada, jego duma została urażona i nie miał zamiaru tego tolerować, dlatego też zacisnął pięść, będąc gotowym do wymierzenia ciosu w twarz koszykarza, ale powstrzymała go Ahri. Vladimir przyglądał się całej sytuacji w milczeniu, nie wiedząc, czy powinien w jakiś sposób zareagować, skoro jego przyjaciel miał kłopoty, jednakże cały czas chodziło o wybory, a tego tematu chciał jednak uniknąć.

- Jeśli chcecie się o to kłócić, proszę bardzo – zaczęła dziewczyna, przenosząc swoje spojrzenie z jednego na drugiego ucznia, pilnując, by żaden z nich nie zignorował jej słów. – Ale jeśli już macie to robić w szkole, to tylko pokojowo. Możecie pograć w koszykówkę, czy coś.

W tym momencie Vladimir zyskał dla lisicy trochę szacunku, że udało jej się opanować sytuację. Domyślał się jednak, że ta ma w tym swój interes, szczegółów planował dowiedzieć się później.

- Koszykówka? – zapytali równocześnie Darius i Garen.

- Tak, możecie zagrać jeden na jednego. Przykładowo w czwartek – uśmiechnęła się.

- Jutro? – upewnił się przyjaciel szarowłosego.

- Za tydzień w czwartek. Jutro nie mogę – powiedział Garen, wyciągając dłoń w stronę Dariusa. – Umowa stoi?

- Stoi – odpowiedział mu koszykarz, nie wahając się. W końcu był mistrzem w tym sporcie. Podali sobie ręce.

Kilka sekund później przerwa dobiegła końca.

[Darius x Vladimir] Dunk Me – rozdział 6

- Czekaj, co? – Dariusowi długo zajęło, nim dotarło do niego, o co właśnie zapytał go szarowłosy.

- Naprawdę? Chcesz, żebym to powtórzył? – Vladimir był coraz bardziej zdenerwowany. Chciał od razu jasną odpowiedź, bo nie mógł już znieść oczekiwania na rezultat jego działań.

- Nie – Darius nie miał zamiaru tego przyznawać, ale faktycznie z chęcią usłyszałby to pytanie po raz kolejny, bo w końcu tego chciał od kilku dni. Znowu czuł się panem sytuacji, ponownie mógł przyjrzeć się twarzy szarowłosego i istniał nawet cień szansy, że dostanie możliwość, by odtworzyć obraz w jego głowie, który tak bardzo mu się podobał. Mimo wszystko nie chciał pokazać, że mu zależy. Za to pragnął sprawdzić, na co może sobie jeszcze pozwolić przy tej rozmowie. Kontynuował wypowiedź. – Ale powiedz mi, od kiedy jesteś gejem?

Tak jak po części tego oczekiwał, na twarzy Vladimira pojawił się delikatny rumieniec, lecz miał on więcej wspólnego ze zdenerwowaniem, niż zawstydzeniem. W końcu szarowłosy nie tylko został osądzony o coś anormalnego, ale i w dalszym ciągu musiał brnąć w swoje skłonności erotyczne.

- Niby w której części mojego pytania wywnioskowałeś coś takiego? – zacisnął pięści i spojrzał Dariusowi w oczy, coraz bardziej się irytując.

- No wiesz, przychodzisz do drugiego mężczyzny, widocznie czekając, aż nikogo nie będzie w pobliżu, żeby poprosić go, by ten zaczął cię dusić… – zamilkł na chwilę, myśląc, co powinien dodać, by zmieszać drugiego ucznia jeszcze bardziej. – A przepraszam, od kiedy jesteś gejem i do tego masochistą? – zaśmiał się. – Przecież dostałeś krwotoku od Ahri.

- Mówiłem ci już, że to moja wada genetyczna! – Vladimir robił się coraz czerwieńszy na twarzy, nie wiedząc, jak powinien reagować na zaczepki koszykarza. Nie mógł stwierdzić, czy ten sobie żartuje, czy nie.

- Czyli sądzisz, że nie jesteś po prostu zboczeńcem? – dalej sprawdzał, gdzie jest granica.

Vladimir poczerwieniał jeszcze bardziej, a gdy był już gotów powiedzieć ripostę, poczuł, że z jego nosa ponownie zaczęła lecieć krew, prawdopodobnie od warunków panujących w szatni, gdyż prysznice powodowały, że było tam również parno, ale i od ciepła ogarniającego jego ciało od początku ich rozmowy.  Zasłonił twarz ręką, by nie zostawić po sobie śladów w szatni i spojrzał wściekły na Dariusa.

- Skoro nie masz zamiaru dać mi normalnej odpowiedzi na moje pytanie, to nie będę zajmował twojego, ani tym bardziej swojego czasu – skierował się w stronę wyjścia, czując się mimo wszystko zawiedzionym, bo nie sądził, że to on się wycofa.

Darius patrzył na niego chwilę, milcząc. Nie mógł pojąć, dlaczego Vladimir znowu dostał krwotoku, lecz ponownie poczuł pożądanie. Mógł nawet ulepszyć obraz ze swojego wspomnienia, gdyż szarowłosy ewidentnie chciał mu dać przyzwolenie na dokończenie tego, co zaczęli kilka dni temu. Podbiegł do ucznia, łapiąc go za rękę, by ten faktycznie nie opuścił pomieszczenia.

Vladimir spojrzał na niego pytająco, powoli gubiąc się w sytuacji. Najpierw Darius nie był skłonny, by normalnie odpowiedzieć na jego pytanie a teraz, kiedy ten już odpuścił, decyduje się go powstrzymywać…?

- Mogę cię dusić – powiedział, unikając spojrzenia szarowłosego.

Ten postanowił już nie dopytywać się, dlaczego nagle się na to zdecydował, lecz nie miał ochoty przeprowadzać kolejnego nudnego dialogu.

- Będziesz wiedział, kiedy przestać? – koszykarz skinął twierdząco głową, doskonale zdając sobie sprawę, że w innym wypadku Vladimir nie zgodziłby się na to, bojąc się o swoje zdrowie i życie. I tak musiał mu wyjątkowo ufać, skoro wrócił z pytaniem o to. – W takim razie daj mu chusteczkę, to zatamuję krwotok i możemy zaczynać.

- Zostaw go – powiedział Darius bez namysłu. Chciał znowu widzieć Vladimira z zakrwawioną twarzą, nawet jeśli nie była ona taka od wymierzonego przez niego ciosu.

- I kto tu jest chorym fetyszystą? – westchnął szarowłosy, odkładając swoje rzeczy na ławkę.

Koszykarz stanął przed nim, przyglądając się jego twarzy w milczeniu, dostrzegając, jak bardzo zdenerwowany jest Vladimir. Mimo że wydawał mu się od początku rozmowy niesamowicie zdecydowany, to można było wyczuć w jego spojrzeniu niepewność.

Szarowłosy odkaszlnął zniecierpliwiony czekaniem na jakiś ruch ze strony Dariusa. Wyższy z uczniów natychmiastowo zrozumiał sugestię i poluzował wiązanie krawata chłopaka, by wygodniej było mu go złapać za szyję. Vladimir i tak ułatwił mu jego pracę, gdyż zdjął swoją marynarkę, prawdopodobnie od gorąca panującego w szatni. Koszykarz nie do końca orientował się, w jaki sposób powinni to rozpocząć. W końcu ostatnim razem zaczęło się od wybuchu gniewu. Darius przejechał dłonią po policzku szarowłosego, by dodać sytuacji trochę czułości.

- Co ty robisz? – Vladimir zmarszczył brwi. – Zacznij mnie po prostu dusić.

- Chciałem to jakoś rozpocząć.

- Śmiało. Tylko nie złam mi nosa – powiedział konkretnie już zniecierpliwiony szarowłosy.

Darius zrezygnował z odpowiedzenia na to, rozumiejąc, że Vladimir znów jest gotów opuścić pomieszczenie, jeśli wszystko będzie się przedłużać. Popchnął go na ścianę, zaraz uświadamiając sobie, iż faktycznie znowu jest panem sytuacji i to szarowłosy ma być w stosunku do niego uległym. Nie musiał więc być tak zmieszanym od samego początku. Na jego twarzy znów zawitał uśmiech.

- Poczekaj – niepewność znów zawitała na twarzy Vladimira. Widok ten coraz bardziej nakręcał Dariusa, który pragnął już tylko zacisnąć dłonie wokół jego szyi i zobaczyć, jaka reakcja pojawi się wtedy.  – Nikt nas nie zobaczy, prawda? Woźny, nauczyciel…?

Koszykarz uśmiechnął się przebiegle, wzruszając ramionami.

- Kto wie… – kiedy szarowłosy szykował się do powiedzenia czegoś, przyłożył mu palec do ust, uciszając go. Znów panował nad Vladimirem i ten nie mógł teraz się wycofać. Było już za późno. – Teraz to nie ważne.

Widząc niepokój w oczach chłopaka, przycisnął go do ściany, nie dając mu możliwości na ucieczkę. Doskonale zdawał sobie sprawę, że jest silniejszy. Wiedział też, że nikt nie wejdzie do szatni, bo odkąd trenował dodatkową godzinę po zajęciach, na niego spadł obowiązek zamykania tej części budynku. Sam nie mógł uwierzyć, że dyrekcja zaufała mu do tego stopnia, ale jak powiedzieli, żaden z pracowników nie ma zamiaru czekać dodatkowej godziny, by zyskać klucz do szatni męskiej. Vladimir nie musiał jednak wiedzieć, że jest całkowicie bezpieczny.

Przygwoździł go do ściany, jeszcze raz dając mu do zrozumienia, że przebieg całej tej sytuacji zależy tylko i jedynie od jego woli. Objął jedną dłonią kark Vladimira, drugą wciąż go przytrzymując, gdyż wydawało się, iż ten wciąż walczy z chęcią wycofania się, a na to Darius teraz nie miał zamiaru pozwolić. Jego skóra była wyjątkowo chłodna, prawdopodobnie z powodu tego, iż szarowłosy jeszcze przed chwilą przebywał na zewnątrz, a wieczory zaczynały się robić coraz zimniejsze.

Chciał, by szarowłosy obawiał się tego, co ma się stać, lecz jednocześnie pragnął w to dalej brnąć. Przesunął drugą dłoń z jego ust na szyję i uświadomił sobie, że tego samego oczekuje drugi z uczniów, gdyż na jego twarzy zawitał zadowolony uśmiech. Najwidoczniej chłopak postanowił nawet zapomnieć o obawie przed byciem przyłapanym na rzecz swojego zboczenia. Darius nie mógł uwierzyć, że jego przyjacielowi podobają się takie rzeczy, lecz czuł, iż nie powinien go osądzać, bo sam czerpał z tej sytuacji korzyści.

Wzmocnił uścisk wokół szyi Vladimira, powoli obserwując, w jaki sposób zmienia się jego mimika. Chłopak pierwotnie wydawał się być zdziwionym, iż Darius faktycznie zaczął go dusić. Następnie dostrzec można było obawę, że koszykarz nie przestanie na czas, która przerodziła się w strach. Mimo to cały czas widoczna w jego oczach była radość z tego, co się dzieje. Silniejszy uczeń nie do końca pojmował, w jaki sposób było to możliwym. Nie kwestionował tego jednak.

Vladimir objął koszykarza, przymykając oczy. Darius, by nie skrzywdzić szarowłosego, poluzował uścisk, dając mu chwilę na złapanie oddechu, a gdy ten uchylił powieki, posyłając mu pytające spojrzenie, dominant ponownie zacisnął dłonie na jego szyi, tym razem dodatkowo trzymając go wyżej, by chłopak czuł, że jest zdany na łaskę Dariusa w jeszcze większym stopniu.

Szarowłosy robił się coraz czerwieńszy na twarzy, nie tylko ze względu na niezatamowany krwotok z nosa. Koszykarz nie chciał ryzykować, dlatego też opuścił go na podłogę, czekając, aż chłopak dojdzie do siebie. Nim ten otworzył oczy i wstał, podpierając się o ścianę, Darius zdążył zauważyć, iż sytuacja, do której doszło, podnieciła ucznia. Zastanawiał się on, czy wyglądało to tak samo za pierwszym razem, ale postanowił o to nie pytać, przynajmniej na razie.

- Gdzie jest toaleta? – zapytał Vladimir, miał zachrypnięty głos, ale koszykarz domyślał się, że po tym, co robili, nie mogło być inaczej. Wskazał mu drogę, szarowłosy ruszył w tamtą stronę, idąc wzdłuż ściany.

- Może ci pomóc? – nie widział sensu w byciu sadystycznym względem przyjaciela cały czas. Mimo to spotkał się z niemal natychmiastową odmową. Był ciekaw, czy szarowłosy wie, że on doskonale zdaje sobie sprawę z jego stanu. Nie nalegał na pomoc, pozostając w szatni, by sprawdzić, czy zabrał wszystkie rzeczy oraz czy prysznice są wyłączone. Musiał także zgasić światło.

Skrycie marzył o karierze koszykarza, z tego powodu też poprosił na początku roku o dodatkową godzinę treningu. Trener nie chciał jednak zostawać po pracy, ale udało mu się uzyskać dostęp do sali w piątki. Spadła przez to na niego cała odpowiedzialność za szatnię i salę, ale wątpił, by ktoś próbował coś zniszczyć, aby tylko przysporzyć mu problemów.  Mimo wszystko musiał pamiętać o sprawdzeniu właśnie, czy nigdzie nie zostały zaświecone światła, czy prysznice nie przeciekają, sprzęty są na swoich miejscach, a później zamykał wejście, wrzucając klucz do skrzynki na listy, by w każdy poniedziałek woźni mogli przejąć nad nim pieczę. Nie przeszkadzało mu to, bo nie tylko sam się na to zdecydował, ale i czuł się przez to dorosły.

Nie mógł wyjść i zamknąć obiektu tak długo jak Vladimir przebywał w toalecie. Z tego też powodu musiał na niego poczekać. Zabrał więc ich torby, zgasił światło w szatni i skierował się w stronę toalety.

Chciał zapukać i powiedzieć Vladimirowi, że powinni zaraz wyjść, ale kiedy tylko minął wejście do środka, dotarło do niego, co robić szarowłosy. Dźwięki, jakie dochodziły z jednej z kabin były jednoznaczne, do tego Darius miał od początku świadomość, że ten opuścił go wcześniej ze względu na erekcję. Było mu głupio, lecz mimo to nie wyszedł z toalety. Nie wiedział, czy powinien jakoś zainterweniować, dlatego też opierał się po prostu o ścianę, czekając, aż uczeń opuści kabinę. Nie trwało to długo, ale kiedy Vladimir wyszedł, przestraszył się, że został przyłapany.

- Dlaczego tu jesteś? – zapytał szarowłosy, podchodząc do umywalki.

- Czekam na ciebie – odpowiedział zgodnie z prawdą koszykarz.

- Po co?

- Muszę zamknąć szatnię, a chyba nie chcesz zostać w środku.

Kiedy Vladimir umył ręce i przemył twarz, wyciągnął dłoń po swoją torbę. Darius podał mu ją bez namysłu.

- Słyszałeś coś? – szarowłosy wydawał się być lekko zawstydzonym swoim pytaniem. Koszykarz nie do końca wiedział, o co mu chodzi, dlatego też dopowiedział; – Tutaj, wcześniej.

Obaj byli zmieszani, ale Darius nie miał zamiaru kłamać. Skinął więc twierdząco głową.

Nastała między nimi niezręczna cisza, której obaj nienawidzili. Koszykarz czuł, że musi szybko coś wymyślić, by nie rozeszli się do domów bez słowa.

- To było jednorazowe, czy chcesz to powtarzać? – tym razem to szarowłosy nie rozumiał, o co jego przyjaciel pyta. Był piątek wieczorem i obaj byli psychicznie wykończeni po tygodniu pracy.

- Co?

- Duszenie.

Nie odpowiedział. Wyszli z szatni drzwiami, które prowadziły na zewnątrz. Prawie każda klasa na parterze miała wyjście ewakuacyjne. Miało to znaczący wpływ na pozwolenie na dodatkowe treningi Dariusa. Zamknął on drzwi i skierował się w stronę skrzynki na listy, by rutynowo wrzucić tam klucz. Ku jego zdziwieniu, poszedł za nim Vladimir, obserwując jego poczynania.

- Zawsze zamykasz szatnię? – zapytał, gdy ten pozbył się już klucza.

- Tylko w piątki, bo dłużej trenuję.

- Rozumiem.

Przystanęli na chwilę, aby ubrać na siebie dodatkową warstwę ubrania. Vladimir – swoją marynarkę, którą zdjął w szatni, a Darius bluzę z wzorem ich szkolnej drużyny. W budynku było ciepło, lecz na zewnątrz wiał chłodny wiatr, a żaden z nich nie chciał się przeziębić.

- Więc wiesz… w piątki zawsze mam dla ciebie czas – powiedział pół-żartem Darius, posyłając szarowłosemu sugestywne spojrzenie.

- Tylko w piątki, czy możemy się też spotykać w poniedziałki? Zamiast ćwiczeń z biologii…

- Ale ty tak na serio? – zdziwił się koszykarz.

- Sam się o to pytałeś. Dwukrotnie – podniósł głos, widocznie irytując się całą sytuacją.

- No okej. Może być też w poniedziałki. Tam gdzie za pierwszym razem. Mam czas jeszcze w czwartki – w dalszym ciągu nie chciał wprost przyznać, że mu na tym zależało. Podobało mu się to, na ile mógł sobie pozwolić i nie chciał z tego rezygnować.

- Mi pasuje.

- Który z tych dni?

- Wszystkie.

Zaśmiał się, słysząc to.

- Napiszę do ciebie później i jeszcze ustalimy szczegóły.

Pierwszy raz wrócili wspólnie do domów.

 

 

 

[Darius x Vladimir] Dunk Me – rozdział 5

Zmienił klasę, tak jak planował. Dyrekcja powiedziała mu, żeby zaczął chodzić na lekcje profilu humanistycznego do końca tygodnia. Pierwotnie zamierzał zastosować się do ich polecenia dopiero w piątek, lecz po incydencie z Vladimirem nastąpiło to znacznie szybciej.

Nie chciał widzieć szarowłosego przez najbliższy czas. Był na niego wściekły, czuł się zdradzony przez najlepszego przyjaciela, a najgorsze w tym wszystkim było to, że nie znał przyczyny jego zachowania. Domyślał się, iż prawdopodobnie miało to związek z informacją o zmianie klasy, lecz wątpił, by był to jedyny powód. Oczywiście mylił się. Zastanawiał się, czy lepiej było nie mówić Vladimirowi o przeniesieniu w ogóle, i tak zrobił to późno, lecz za każdym razem przekonywał się, że w chwili, gdy zniknąłby z lekcji, jego przyjaciel byłby wściekły, iż ten nic mu nie powiedział. Innymi słowy, nieważne, co by zrobił, skończyłoby się to źle dla jednej ze stron.

Był pewny, iż powinien przeprosić za zaatakowanie go, lecz wmawiał sobie, że został sprowokowany i nie chciał w żaden sposób okazać skruchy. Może przekonałby się do tego, gdyby natknął się na Vladimira, lecz nie było go na późniejszych lekcjach, kiedy doszło do incydentu, a także następnego dnia.

Darius nie wiedział, czy teraz szarowłosy go nienawidzi, czy nie. Uciekł przed nim. Koszykarz nie zauważył, w jaki sposób zareagowało ciało duszonego chłopaka, tak jak i Vladimir nie mógł wiedzieć, jak ta sytuacja utkwiła w głowie świeżego humanisty.

Nie był w stanie zapomnieć widoku szarowłosego, który uparcie walczył o każdy oddech, mając twarz we własnej krwi, która idealnie kontrastowała się z jego bladą skórą. A przynajmniej nie chciał tego wyrzucić z pamięci, gdyż wyglądało to zbyt dobrze, szczególnie w tym wspomnieniu, gdzie Darius wiedział, że to on panuje nad sytuacją. On decydował, co się dalej wydarzy i to on puścił Vladimira, darując mu życie.

Tak, nie chciał go widzieć, ale jednocześnie potrzebował tego

Pragnął ponownie zobaczyć jego twarz, by ulubiony obraz w jego głowie się nie rozmył. Nigdy wcześniej nie czuł czegoś takiego. Przecież to nie on był fascynatem krwi, więc skąd to w ogóle się u niego pojawiło?

Chciał to kontynuować. Zobaczyć, co szarowłosy by zrobił, gdyby nie mógł uciec. Pragnął to dokończyć, sprawdzając, na co jeszcze może sobie pozwolić. Chciał zobaczyć przeróżne ekspresje na twarzy Vladimira, które cały czas dopełnione są jego krwią. Czuł pożądanie. Nic innego. Nie mógł się zadowolić widokiem podobnych sytuacji, które odnalazł na internecie. Wszystkie wydawały się być wyreżyserowane, a on nie był w stanie wyszukać niczego lepszego. Nawet jeśli wiedział, że to nie on tam jest i to nie on dominuje całą sytuację.

Potrzebował zrobić wszystko samemu, ale… nie przyznałby się przed nikim, że tego chce. Duma mu nie pozwalała, lecz przez tę jedną ciągnącą się myśl, nie mógł skupić się na niczym innym. Nawet jego młodszy brat, który jego zdaniem nie był rozgarnięty w najmniejszym stopniu, zauważył, że coś było nie tak.

Darius pierwszy raz w życiu liczył na cud. Chciał o tym zapomnieć, albo dostać to, czego oczekiwał. Każda chwila bez rozwiązania jego problemu denerwowała go coraz bardziej…

***

Było mu niesamowicie głupio przez to, co powiedział Taricowi, nim ten wyszedł. Po raz kolejny myśli zajmował czymś, co nie było związane z jego nauką, zastanawiając się, jak się z tego wytłumaczyć.

Czy on naprawdę uznał w tamtym momencie, że pozwoli skrzywdzić się jeszcze raz? Najwyraźniej tak. Problem polegał na tym, że nawet jeśli wziął to pod uwagę, nie miał jak ziścić swoich planów. To znaczy… najpierw myślał o Dariusie, ale chwilę później odsunął tę myśl od siebie, przekonując się, że ten prawdopodobnie go nienawidzi.

Do szkoły nie poszedł zarówno w środę, tak jak planował, ale i w czwartek. Był zbyt zajęty szukaniem czegoś na zastępstwo. Próbował nawet selfbondage, gdyż na forach, na które jakimś sposobem trafił, ludzie bardzo chętnie dzielili się przeżyciami z tym związanymi.

Vladimir uznał ich za nic innego jak największych zboczeńców. Może nie miał do tego odpowiednich materiałów, lecz nie odczuł najmniejszej przyjemności od związania samego siebie. Szukał dalej.

Był gotów poszukać jakiegoś mężczyzny(wątpił, by kobieta mogła go w tej sytuacji zadowolić), który zgodziłby się go dusić, bo tylko o to mu chodziło, ale nim zabrał się za realizacje planu, uświadomił sobie, iż nie zaufa komuś obcemu. Nie był gejem i obawiał się, że to mogłoby posunąć się dalej, niż on oczekiwał, to była pierwsza sprawa. Drugim problemem było to, iż jeśli spotykasz kogoś, kto zgadza się ciebie dusić, może on być równie dobrze psychopatą, który nie przestanie na czas…

I mniej więcej w ten sposób głównym kandydatem do pomocy Vladimirowi ponownie został Darius.

Naprawdę długo się wahał. Obawiał się, że w razie odmowy nic nie będzie w stanie naprawić ich relacji. Ale to przecież nie miało w żadnym wypadku jej ratować. Vladimir wmawiał sobie, że ich przyjaźń jest skończona i teraz liczyła się dla niego tylko jego własna przyjemność.

Oczywiście przemyślał każdą ewentualność. Darius mógł go wydać i zniszczyć reputację. Wyśmiać. Zaatakować ponownie… Ale szarowłosy czuł, że jeśli nie spróbuje, to źle skończy i tak. Jego ciało chciało więcej, nie odczuwał już wystarczająco przyjemności ze zwykłej masturbacji. Nienawidził tego faktu, zastanawiając się, jakim prawem możliwym było tak w ogóle skończyć, ale nic na to nie mógł poradzić.

W czwartek wieczorem, razem z notatkami, Elise wysłała mu informację, że Darius zmienił już klasę. Jeszcze kilka dni wcześniej byłoby to niesamowitym zawodem dla szarowłosego, lecz teraz oznaczało to, że nie będzie ryzykował niezręczną ciszą między nimi na lekcjach. Z tego powodu postanowił spróbować.

W piątek stawił się na lekcjach, chociaż na jego twarzy wciąż można było dostrzec ślady pobicia, lecz nikt nie zwracał mu na to uwagi. Na zajęciach nie wydarzyło się absolutnie nic. Jakby to był najnormalniejszy dzień. Wyjątkowo jednak Vladimir nie poszedł rozmawiać z przyjaciółmi na długiej przerwie, zamiast tego czas spędził w pokoju obok toalety, upewniając się, czy nie pozostało tam najmniejszego śladu po ostatnich wydarzeniach.

Kiedy zajęcia dobiegły końca, skierował się do biblioteki, by spędzić tam przynajmniej godzinę, obmyślając, co powie Dariusowi. Piątkowe lekcje kończyły się zwykle o późnej porze, co każdego tygodnia irytowało uczniów w ten sam sposób, lecz i to było dzisiaj Vladimirowi na rękę, bo zaczynało się ściemniać o wiele szybciej. Kiedy opuści bibliotekę, która zwykle zamykana była w chwili, gdy ostatnie zajęcia pozalekcyjne dobiegały końca, nikt nie powinien zwrócić na niego uwagi ze względu na panujący mrok.

Zajął miejsce przy jednym ze stolików, o tej porze trudno było natrafić na innego ucznia, więc nie martwił się, że ktokolwiek przeszkodzi mu w jego przemyśleniach. I faktycznie. Uniemożliwiła mu je nowa encyklopedia, a nie człowiek. Nie mógł sobie odmówić sprawdzenia, czy pojawiły się jakieś informacje, które pomogłyby mu w nauce. Nie powinien był tego dzisiaj robić, bo i tak nikt poza nim nie wypożyczyłby raczej tego rodzaju lektury i mógł po nią wrócić każdego innego dnia, lecz tym razem nie mógł się powstrzymać i zamiast obmyślać, co takiego powie w konfrontacji z Dariusem, zaczytał się w encyklopedii ptaków. W końcu nie tylko ciało człowieka jest w biologii istotnym tematem.

Kontrolował czas na telefonie i kiedy wybiła odpowiednia godzina, odłożył książkę, która nie zawierała mimo wszystko żadnej istotnej dla niego informacji. Spakował swoje rzeczy i opuścił bibliotekę, by z jakiegoś bezpiecznego miejsca obserwować, czy w szatni pozostał tylko Darius. Wiedział, że ten zawsze wychodzi ostatni, bo musi upewnić się, czy wszystkie sprzęty są na swoim miejscu. Przynajmniej tak było w poprzednim roku.

Liczenie osób nic by tutaj nie dało, bo i tak nie miał pojęcia, ile zwykle pojawia się na treningu. Po prostu czekał… i czekał… i kiedy dotarło do niego, że od kilku minut nikt nie wyszedł ze środka, uznał, że może już tam wejść. Przekraczając próg bał się, że coś przegapił i Darius również opuścił szatnię, albo że trafi na trenera…

Przełknął ślinę, kierując się w głąb szatni, lecz nie natrafił tam nikogo, był tylko nieprzyjemny zapach unoszący się w powietrzu i pozostawione niechlujnie opakowania po dezodorancie. Normalnie opuściłby to miejsce jak najszybciej, nie mogąc znieść duszności, lecz teraz był zdeterminowany i chciał zobaczyć Dariusa ponad wszystko. Przemyślał tyle możliwości, ale zapomniał o tej, gdzie w ogóle nie spotyka koszykarza. Denerwował się coraz bardziej.

Czekał minutę… dwie… pięć… więcej cierpliwości już nie miał. Obszedł szatnię po raz kolejny, upewniając się, czy Darius aby na pewno się przed nim nigdzie nie ukrył. Czuł się jak dziecko, które nie dostało tego, co chciało.

Zacisnął pięści, kierując się w stronę wyjścia, gdy dostrzegł, iż na sali wciąż świeci się światło. Nie wiedział, jakim sposobem mógł to przegapić. Podszedł nieśmiało do przejścia, które łączyło szatnie z salą, modląc się w duchu, by nie okazało się, że ktoś po prostu sprząta salę. Nie chciał się ponownie zawieść.

Tym razem jednak los postanowił się nad nim zlitować i Vladimir dostrzegł samotnie trenującego Dariusa.

Nic dziwnego, że mimo swoich skłonności do agresji był popularny. Był wysoki i umięśniony, a do tego świetnie grał w koszykówkę. No i nie był idiotą. Szarowłosy zaczął się wahać, czy jest sens pytać go, czy ten przystanie na jego propozycję, skoro ma pokaźne grono wielbicielek, ale po chwili doszło do niego, jak to brzmi i pragnął tylko uderzyć głową o ścianę. Chciał tylko żeby ten go zadowolił, nie miał zamiaru się z nim umawiać!

Stanął w przejściu, obserwując grę Dariusa, czekając, aż ten go zauważy i zagai rozmowę. Tak się jednak nie działo, a limit cierpliwości szarowłosego wyczerpał się chwilę temu w szatni. Najpierw odkaszlnął on kilkukrotnie, mając nadzieję, iż to zwróci uwagę koszykarza, lecz odgłosy odbijanej piłki dokładnie to zagłuszały. Chciał zapukać, ale przejście nie miało drzwi. Denerwował się coraz bardziej.

- Długo mam jeszcze czekać, aż zwrócisz na mnie uwagę? – wykrzyknął w końcu. Darius nareszcie go zauważył, a kiedy dotarło do niego, kto na niego czeka, zszokował się, będąc pewnym, że szarowłosy nigdy już się do niego nie odezwie. Szybko odłożył piłkę na jej miejsce i podbiegł do Vladimira.

- Coś się stało? – zapytał, chcąc poznać przyczynę ich spotkania.

Vladimir ponownie się zawahał, bojąc się zacząć intymny temat, który był powodem jego wizyty. Skoro nie mógł nawet przewidzieć, gdzie będzie Darius o tej porze, równie dobrze jego reakcja na prośbę ucznia biol-chema może być niespodziewana. Vladimir wiedział jednak, że jeśli o to nie zapyta, w dalszym ciągu będzie się męczyć ze swoimi myślami, co w tej chwili wydawało mu się o wiele gorszym. Miał dość zastanawiania się „co by było, gdyby…”. Wziął głęboki wdech i spojrzał w oczy koszykarza.

- Muszę z tobą porozmawiać – chociaż zamierzał od razu zapytać, czy ten byłby skłonny dusić go jeszcze raz, wycofał się po raz kolejny. Denerwował się jak nigdy wcześniej.

- Oh… tutaj, czy w szatni?

- Tutaj nie. Możemy to zrobić, kiedy już się przebierzesz – spojrzał z obrzydzeniem na jego przepocony strój.

Darius skinął twierdząco głową, kierując się w głąb pomieszczenia.

- Wezmę jeszcze prysznic, więc poczekaj około dziesięciu minut.

Vladimir spojrzał na godzinę na telefonie, by wiedzieć, za ile czasu powinien wrócić i wyszedł na zewnątrz. Nie chciał czekać w szatni, jeśli nie wytrzymał tam uprzednio pięciu minut. Co zabawne, jeśli chciał porozmawiać tam z Dariusem, będzie zmuszony spędzić tam jeszcze kolejną chwilę. Najwygodniej byłoby porozmawiać na zewnątrz, lecz szarowłosy bał się, iż ktoś ich zobaczy.

Podpierał się ścianę, obserwując, czy nikogo nie ma w pobliżu i zastanawiając się, w jaki sposób poprosić koszykarza, by ten znowu podniósł na niego rękę. Nie powinien tego zdradzić przecież w pierwszym zdaniu, bo wyszedłby na zdesperowanego, ale nie chciał też przedłużać tego w nieskończoność, by nie brzmieć jak ktoś zawstydzony do granic możliwości. Oczywiście, było to dla niego niekomfortowe, ale Darius nie mógłby się domyślić, jakie są jego zamiary, więc musiał się przełamać.

Spojrzał na zegar i ponownie wszedł do szatni. Nie miał pojęcia, jakim sposobem ludzie wytrzymują w niej tyle czasu. To znaczy sam też ćwiczył i też się w niej przebierał, ale jej stan po zwykłej lekcji a treningu koszykówki był zupełnie inny.

Darius pochylał się nad torbą, pakując do niej swoje rzeczy. Był już umyty i przebrany. Vladimir odkaszlnął, tak jak wcześniej, ale tym razem dźwięk ten zwrócił uwagę koszykarza. Wyprostował się, spoglądając na niego pytająco.

- No więc, o czym chciałeś porozmawiać?

Vladimir naprawdę nie wiedział, jak zacząć temat. Powinien zapytać się, dlaczego ten trenował dłużej od innych, czy jak mu się podoba nowa klasa? Na zewnątrz starał się być spokojnym, ale w środku czuł, że zaraz wybuchnie.

- Czy… czy sód barwi się na niebiesko czy żółto? – zapytał się o pierwszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy, a był to temat z dzisiejszej chemii. Darius zaśmiał się, słysząc jego słowa.

- O takie rzeczy pytaj lepiej profesora Singeda, a nie mnie – spoważniał po chwili. – To wszystko, co chciałeś wiedzieć?

- Nie – powiedział wręcz natychmiast, nie chcąc w żadnym wypadku odpuścić.

- Więc o co jeszcze chodzi? – koszykarz uniósł pytająco brew.

Vladimir zacisnął dłonie i spojrzał w oczy Dariusa po raz kolejny. Chciał mieć to już za sobą.

- Czy mógłbyś mnie znowu dusić?

Nastała między nimi niezręczna cisza.

 

[Darius x Vladimir] Dunk Me – rozdział 4

Leżał na łóżku już od godziny, nie mając pojęcia, co zrobić. Nie był przyzwyczajony do lenistwa, ale nie miał siły na nic innego prócz myślenia.  Doprowadził się już do porządku, zmieniając ubranie, tamując krwotok, biorąc prysznic i pozbywając się pewnym niespodziewanych reakcji. Jego nos był raczej w dobrym stanie, lecz po jednym z uderzeń pozostał na jego policzku ślad. Trudno będzie mu wyjaśnić innym, że nie został pobitym. Stan jego szyi również tego nie wspomagał. Mimo wszystko w ciągu kolejnych dni powinien on zejść.

Vladimir rzadko opuszczał lekcje, chociaż ten dzień temu przeczył. Nie było go na większości zajęć. Nie planował na nie iść również następnego dnia. Nie byłby w stanie spojrzeć Dariusowi w twarz, szczególnie czując wstyd za swoje zachowanie, ale i te niespodziewaną reakcję, której przecież koszykarz nie mógł nie zauważyć.

Dostał erekcji. Dostał erekcji od bycia duszonym. Od walczenia o swoje życie. Od strachu przed uszkodzeniami. Czy ta reakcja jego ciała była normalna dla zdrowego człowieka? Jego encyklopedie nie pomagały mu wyjaśnić tego zjawiska, leżały obok jego łóżka, tak więc w momencie całkowitego zirytowania swoim lenistwem sięgał po nie, szukając odpowiedzi.

Dotknął świeżego siniaka, zaraz tego żałując. Opuchlizna wciąż się utrzymywała, chociaż było to zrozumiałe. Zaraz potem zjechał ręką na szyję, sprawdzając, czy i tutaj dotyk sprawi mu ból. Nie należał do najprzyjemniejszych, chociaż ból był znikomy.

Westchnął ciężko, wciąż nie mogąc pojąć, dlaczego tak zareagował. Zresztą nie tylko on. Darius, jego najlepszy przyjaciel, zaatakował go. Wydawało się, że chce jego śmierci. Szarowłosy wierzył, że nigdy nie pojawi się zagrożenie z jego strony, skoro są sobie tak bliscy. Nie wiedział, co teraz myśleć.

Chciał zająć umysł zadaniami, lecz jego torba została w sali lekcyjnej, a on nie miał zamiaru się po nią wybierać. Teraz czy zupełnie po lekcjach, gdyż koszykarz miał swój trening i Vladimir wolał nie ryzykować spotkaniem. Ktoś musiał mu dostarczyć jego rzeczy, gdyż nie tylko książki były mu potrzebne, miał tam także telefon i portfel.

Podniósł się z łóżka, podchodząc do biurka, gdzie znajdował się jego komputer. Nie używał go zbyt często, właściwie robił to sporadycznie, by napisać jakieś zadanie czy przygotować referat. Teraz jednak potrzebował go, aby wysłać do kogoś wiadomość, z prośbą o dostarczenie jego rzeczy prosto do mieszkania.

Nie mógł o to poprosić nikogo ze swojej klasy, gdyż niewątpliwie spotka się z zapytaniem, dlaczego prosi o to kogoś innego niż Darius. A on nie odpowie i ludzie pójdą dowiedzieć się tego do koszykarza. I Vladimir będzie zrujnowany. Wyjątkiem mogłaby być Elise, jako że była jego przyjaciółką, a przynajmniej kimś więcej niż „osoba, która chodzi z nim do jednej klasy”. Mogłaby zastąpić mu Dariusa, gdyby nie to, że nie chciała dołączyć do jego grupy, kiedy jej to zaproponował, co wydawało mu się podejrzanym, a także podejrzanie dobrze dogadywała się z kilkoma nauczycielami. No i miała naturę podobną do Ahri. Z tego względu szarowłosy zrezygnował teraz z napisania do niej wiadomości. Jeśli ta zobaczy, w jakich warunkach mieszka, rozpowie to wszystkim.  I Vlad będzie zrujnowany.

Nie miał zamiaru pisać do kogokolwiek z profilu humanistycznego. Z matematyczno-fizycznego nie znał wystarczająco ludzi. A nawet gdyby, nie było tam nikogo z jego dzielnicy i nikt by nie przyszedł, bojąc się konsekwencji. Pozostało mu więc zasięgnąć pomocy kogoś z profilu geograficznego. Były tam, co prawda, osoby z noxiańskiej dzielnicy, lecz obawiał się u nich podobnej reakcji, jaką przewidywał ze strony Elise.

Była jedna osoba, która wydawała mu się odpowiednią, by wysłać do niej prośbę o pomoc. Szczególnie, że podobno był neutralny, miał wolny wstęp do każdej z dzielnic. Vladimir nie wiedział, dlaczego. Może, jeśli ten zgodzi się przynieść mu jego rzeczy, wyjaśni mu to. Na portalu społecznościowym, z którego korzystali praktycznie wszyscy w szkole, napisał krótką wiadomość, zawierającą pytanie, o możliwość przyniesienia mu jego własności. Minęło ledwie kilka minut, gdy dotarła do niego pozytywna odpowiedź. I dobrze, szarowłosy nie był cierpliwym, czego musiał się niebawem oduczyć, aby nie mieć problemów w przyszłym zawodzie. Wyjaśnił, jak wygląda jego torba i gdzie ją zostawił. Podał też adres mieszkania. Niedługo wszyscy będą kończyć lekcje, tak więc spodziewał się, iż nie będzie czekał długo na gościa. Co prawda nie planował go zapraszać do środka, a raczej podziękować mu w drzwiach, lecz na wszelki wypadek pochował niektóre rzeczy leżące na podłodze. Mieszkał sam, więc mimo wszystko czasami zapominał o porządku. Kolejna wada, która mogłaby mu przeszkodzić w zawodzie.

Oczekując mężczyzny, napisał do Elise, prosząc o notatki z dzisiejszych zajęć, uprzedzając również, że będzie chciał zapiski z lekcji następnego dnia, gdyż nie pojawi się na nich przez swoje zdrowie. Oczywiście na końcu skłamał, ale uniknął dzięki temu zbędnych pytań. Dziewczyna i tak nie dowie się, że coś w jego wiadomości odbiegało od prawdy. Nim zobaczył jej odpowiedź, rozległ się dzwonek do drzwi.

Podszedł do nich spokojnie, otwierając je. Za nimi, jak się spodziewał, stał Taric, trzymając jego torbę.

- Nie spodziewałem się, że będziesz aż tak szybko – powiedział, uśmiechając się grzecznościowo. – Dziękuję. Była tam, gdzie pisałem?

- Nie ma sprawy. Tak, na szczęście, bo gdyby trafiła na portiernię, czy do dyrekcji, raczej bym jej dla ciebie nie odzyskał – odwzajemnił uśmiech, podając mu jego własność. Wtedy też dostrzegł ślad po uderzeniu, znajdujący się na twarzy Vladimira. Zresztą, kto mógłby go nie zauważyć? – Wszystko w porządku?

- Jesteś chyba czwartą osobą, która dzisiaj o to pyta. Bywało lepiej – odpowiedział, szykując się do zamknięcia drzwi.

- Mogę ci to jakoś opatrzyć. Mam ze sobą apteczkę – zaproponował długowłosy chłopak.

Vladimir mimo ciągłych krwotoków, nie posiadał u siebie zestawu lekarstw, uznając, że jest to strata pieniędzy. Teraz jednak faktycznie przydałoby mu się chociażby schłodzenie siniaka.

- No dobrze – otworzył szerzej drzwi, wpuszczając drugiego ucznia. Zaprowadził go do kuchni, gdyż tam miał najmniej osobistych rzeczy. – Czemu w ogóle masz ze sobą apteczkę?

- Stary nawyk – wzruszył ramionami, wyjmując z torby potrzebne mu teraz rzeczy. – Mogę zapytać, co dokładnie się stało? Może powinieneś to gdzieś zgłosić?

- Nie, to było jednorazowe i w dodatku z mojej winy – westchnął. Taric zaczął układać rzeczy wyjęte z apteczki na blacie dwuosobowego stolika, jednak szarowłosy miał tylko jedno krzesło, stąd nie wiedział, czy powinien tam usiąść, czy będzie opatrywany na stojąco. Czuł się naprawdę okropnie, kiedy przyznawał, że sytuacja potoczyła się w taki sposób z jego winy. Był naprawdę głupi. Powinien napisać do Dariusa, by go przeprosić, lecz obawiał się, że odpowiedź od koszykarza mogłaby mieć inną treść, niż tę, której szarowłosy oczekiwał.

- Rozumiem – powiedział, wskazując na krzesło, dzięki czemu Vladimir wiedział już, co powinien zrobić. Usiadł.  – Zgaduję, że nie powiesz, co takiego się wydarzyło.

- Wolałbym tego uniknąć. A przynajmniej szczegółów. Ogólnie rzecz ujmując zrobiłem coś głupiego i za to oberwałem.

- Rozumiem – powtórzył Taric, przygotowując coś na schłodzenie siniaka. – Właściwie, nie mam pojęcia, czy to coś pomoże, bo chyba minęło już trochę czasu.

- No cóż… i tak nie będzie mnie jutro na lekcjach.

Długowłosy uczeń pokiwał twierdząco głową, dając sygnał, że go słucha.

- Tylko twarz, czy reszta ciała też? – wskazał na szyję chłopaka, chociaż ten od początku starał się ją w jakiś sposób zasłonić, głównie poprzez ręcznik pozostawiony po branym prysznicu. Westchnął, czując się zdradzonym i martwiąc się, iż Taric domyśli się zaraz, co dokładnie się wydarzyło, a nawet więcej, z kim. Bo w końcu sam też musiał się zastanawiać, dlaczego padło na niego, a nie kogoś z klasy Vlada.

- Na to chyba nic już nie pomoże – powiedział, chcąc szybko odejść od tematu, a kiedy dostrzegł, że długowłosy uczeń już szykuje odpowiedź, na jego stwierdzenie, kontynuował, by nie dopuścić go do słowa. – Tak w ogóle to jeszcze raz dziękuję za przyjście, mam nadzieję, że nie będziesz miał przez to żadnych kłopotów.

- Ponownie, nie ma sprawy. Chodzi ci o problem z dzielnicami?

Szarowłosy skinął twierdząco głową.

- Jeśli chcesz, możesz mi wyjaśnić, jak wygląda twoja sytuacja – powiedział, a słysząc zgodę Tarica, odetchnął z ulgą. Wiedział, że jego wypowiedź zajmie chwilę, może akurat skończy opowiadać, kiedy jego pomoc medyczna dobiegnie końca. Nie planował go słuchać. Chciał po prostu uniknąć dalszej rozmowy, bojąc się, że coraz bardziej się zdradza. Zamiast tego mógł kontynuować swoje myśli.

Te o Dariusie.

Nigdy nie czuł czegoś takiego. To znaczy, oczywiście, że czuł taki rodzaj przyjemności, był już prawie dorosły. Problem polegał na tym, że nie od otrzymanego bólu i strachu przed śmiercią, a może bardziej od bycia zdominowanym. Czytał o takich ludziach, lecz nie sądził, że może być jednym z nich. Tylko, że u nich był to po prostu fetysz, a dla niego, przynajmniej w tej chwili, była to potrzeba. Chciał spróbować jeszcze raz, zobaczyć jak teraz zareaguje, dokończyć od razu, a nie po ucieczce. Pragnął ponownie poddać się drugiej osobie.

Był zboczeńcem. Na myśl o tym robiło mu się niedobrze, lecz nie mógł nic na to poradzić. Chciał wyrzucić to wspomnienie z głowy, by do niego nie wracać, ale nie było to możliwe. Ciągle wychodziło na główny tor.  Był ciekawy, jak zachowałoby się jego ciało, gdyby wiedział, że nic mu się nie stanie, a ból byłby dodatkowym bodźcem. Pragnął się tego dowiedzieć.

Chciał to powtórzyć.

- … no i to wszystko. W związku z dzielnicami, ale i twoją twarzą – zaśmiał się Taric, kończąc swój wywód i przerywając przemyślenia Vladimira. Aczkolwiek dla szarowłosego było to jak zbawienie, bo jeszcze chwila, a jego mózg podsunąłby mu tak erotyczne wizje, że chłopak bałby się później, że kolejny z uczniów zauważył jego zboczenie.

- Oh, dziękuję – po raz kolejny posłał mu wyćwiczony uśmiech, a także zabrał się za chowanie rzeczy do apteczki.

Na jego twarzy był teraz sporych rozmiarów plaster. Musiało to wyglądać komicznie, tak więc szarowłosy cieszył się, że przynajmniej do jutrzejszego południa nigdzie nie wyjdzie. Odprowadził Tarica pod drzwi swojego mieszkania. Był mu wdzięczny za pomoc, ale teraz pragnął zająć się czymś innym i osobistym.

- Na pewno nie chcesz, żebym zajął się twoją szyją? – upewnił się długowłosy.

- Nie trzeba. Po co usuwać jeden ślad, jeśli niedługo pojawią się nowe.

Zamknął drzwi za uczniem, nim ten zdążył zapytać, co Vladimir ma na myśli.

I dobrze. Lepiej, by nikt się nie dowiedział.

Nikt prócz Dariusa.

[Darius x Vladimir] Dunk Me – rozdział 3

Doskonale wiedział, gdzie znajduje się szafka Dariusa, a nawet gdyby nie posiadał takiej informacji, odnalezienie jej nie zajęłoby dużo czasu. Jego przyjaciel miał za dużo siły i czasami nie umiał tego kontrolować. Zamykając szafkę, trzaskał drzwiczkami, tak więc obecnie była ona już w opłakanym stanie. Z tego też powodu nie było żadnych trudności w otwieraniu jej. Każdy mógł otworzyć schowek na prywatne rzeczy chłopaka, nie używając nawet krzty siły. Nikt tego jednak nie robił, rozumiejąc, że mogą skończyć jak te drzwiczki. Koszykarz słynął z tego, że w ekstremalnych sytuacjach tracił nad sobą kontrolę.

We wnętrzu schowka znajdował się topór ciemnowłosego ucznia. Nikt nie wiedział, dlaczego nauczyciele ignorują fakt, że ten posiada broń, za to każdy zdawał sobie sprawę, że się go nie rusza. Nie pyta się, po co się tutaj znajduje, nie dotyka się go, nawet się na niego nie patrzy, gdyż w każdej chwili może on zostać użyty. Przekonał się o tym jeden z uczniów, który obecnie nie pokazywał się na lekcjach bez maski. Grono pedagogiczne zignorowało to, ale od tego zajścia każdy z uczniów, niezależnie od klasy, respektował koszykarza, wiedząc, do czego jest on zdolny.

Wyjątkiem był w tym momencie Vladimir. Zabrał on własność przyjaciela, wierząc, że jego plan się powiedzie i ktoś inny poniesie za to konsekwencje.

Przedmiot był wyjątkowo ciężki, szarowłosy nie mógł pojąć, jak jego przyjaciel jest w stanie dzierżyć to w dłoni przez pół dnia, jeśli on ledwo utrzymywał to oburącz. Niósł broń powoli, modląc się w duchu, by nikogo nie napotkać na krótkim odcinku korytarza, który pozostał mu do przebycia.

Łazienka, do której kierował się od początku, miała trzy kabiny, trzy pisuary i kilka umywalek, jednakże żadna z tych rzeczy nie była w tej chwili dla Vladimira istotną. W pomieszczeniu były jeszcze jedne drzwi, za którymi krył się pusty pokój. Podobno pierwotnie tutaj miały znajdować się prysznice, lecz w pewnym momencie rozmyślono się i obecnie znajdowały się one o wiele bliżej szatni i sali gimnastycznej. W chłodniejsze dni niektórzy przychodzili do tego pomieszczenia, by zapalić.  Zostawił topór w środku, kierując się po drugą z niezbędnych mu rzeczy. Najpierw planował, żeby przynieść dwie za jednym razem, ale ciężar broni przerósł jego oczekiwania.

To, jak bardzo Ekko interesował się Jinx niesamowicie mu teraz pomogło, gdyż wiedział, gdzie dziewczyna ukrywa swoje farby, których teraz potrzebował. Normalnie trzymałaby je pewnie w swojej szafce, lecz zbyt często używała ich, by przyozdabiać szkolne mury, tak więc otrzymała zakaz posiadania ich. Nie miała zamiaru nikogo słuchać, po prostu przechowując farby w innym miejscu, by nie można jej było niczego udowodnić. Vladimir jednak dobrze wiedział, że znajdują się one w schowku pod schodami, które prowadziły do jednej z nieużywanych części szkoły. Była to jedna z niewielu informacji, które Jinx powiedziała koledze z klasy, który z kolei powiedział to, jako ciekawostkę podczas jednej z ich wspólnie spędzonych przerw. To była jedyna przydatna dla Vladimira informacja o niebieskowłosej.

Zabrał ze sobą niewielką tubkę różowej farby. Więcej nie potrzebował. Miał w planie zostawić kilka kolorowych śladów na toporze Dariusa, później rozpowszechniając plotkę, iż zrobiła to Ahri. Jego plan był… głupi. Vladimir gdzieś w głębi siebie doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale był zdesperowany. Jeszcze poprzedniego dnia wierzył, że faktycznie będą się spotykali na przerwach i po lekcji, ale dzisiaj poczuł, że jego pozycja jest zagrożona.     A na to nie mógł już pozwolić.

Żeby nie dopuścić do żadnej zmiany, która mogłaby wpłynąć na jego dobro, musiał tylko podrobić coś charakterystycznego dla dziewczyny, może narysuje lisa, może poro, które ta ostatnio bardzo polubiła, a może podrobi jej podpis. Właściwie mógł pozwolić sobie na wszystkie trzy rzeczy. Sygnatura Ahri nie była trudna, ważnym było by nie zapomnieć o sercu na „i”. Później zwróci broń do szafki koszykarza, poczeka chwilę i przed jego treningiem zapyta się, czy słyszał o tym, co zrobiła lisica. Nie wydawało się być trudnym do zrobienia, tak więc chłopak zabrał się jak najszybciej do pracy.

W swoim planie nie uwzględnił jednak jednej rzeczy. Nie wracał długo na lekcje. Zbyt dużo czasu zajęło mu samo przygotowanie materiałów.

Ktoś wszedł do toalety.

- Vladimir? Jesteś tutaj? – w pomieszczeniu obok słychać było męski głos. – Długo nie wracałeś i wysłano mnie, żebym cię poszukał.

To był Darius. Z tych wszystkich osób, z którymi chodził na lekcje, wysłano akurat jego. Prawdopodobnie przez to, że byli przyjaciółmi, ale… Szarowłosy wstrzymał oddech, modląc się, by koszykarz nie sprawdził tego pomieszczenia. Nasłuchiwał. Pukanie do pierwszej kabiny, drugiej i trzeciej. Nie miał jak stąd wyjść, okno było za wysoko, chociaż i tak prawdopodobnie nie byłby w stanie się przez nie wydostać.

- Kurwa… – przeklął ciemnowłosy, co brzmiało dla Vladimira jak zbawienie. Poddał się. Wróci do klasy i powie, że ten gdzieś zniknął. A w tym czasie, nim zaczną go szukać, on przeniesie przedmioty do damskiej toalety, a sam pobiegnie do pielęgniarki.  Jeszcze nic nie było stracone…

Klamka się poruszyła. Uchylono drzwi, przez które zaraz przeszedł koszykarz.

Widząc Vladimira w jednoznacznej sytuacji, stanął jak wryty. Szarowłosy czuł, jak szybko bije mu serce. Musiał szybko coś wymyślić. Znalazł Ahri, która była w trakcie ozdabiania broni starszego ucznia, zabrał ją od niej i teraz ją czyścił… cokolwiek.

- Ja… mogę to wyjaśnić – powiedział, bojąc się konsekwencji. Wstał, gdyż uprzednio kucał nad toporem, podchodząc do przyjaciela, by wytłumaczyć całą sytuację.

Zrozumiał jednak, że to, co zobaczył Darius było dla niego wystarczające i nie potrzebował już żadnych dodatkowych słów. Dotarło to do niego w momencie, kiedy pięść koszykarza spotkała się z jego twarzą. I tak wyższy z nich widocznie próbował zapanować nad siłą, gdyż bez tego Vladimir ewidentnie miałby zmiażdżoną jakąś jej część. Tak to, cóż, może miał złamany nos, gdyż obficie lała się z niego krew, ale powinien z tego wyjść. Zachwiał się, lecz nie upadł. Spoglądał w milczeniu na wściekłego przyjaciela, bojąc się, że to nie koniec. Nigdy go takiego nie widział.

- Zrozumiałbym jakiegoś idiotę, albo nawet pierwszoklasistę, który nie wie, co robi. Ale ty. Dobrze wiedziałeś, że nie rusza się mojego topora – mówił, zaciskając pięści. Po chwili wyprowadził kolejne uderzenie. Tym razem szarowłosy stracił równowagę, lecąc na ścianę.

Wyszło na to, że zrobił to wszystko z premedytacją, by tylko zdenerwować swojego przyjaciela, gdy on tylko chciał go przy sobie zatrzymać.

Zastanawiał się, czy Darius go tylko połamie, czy może od razu go zabije, skoro miał w zasięgu swój topór. Ten jednak postanowił zareagować inaczej.

Popchnął go na ścianę ponownie, oplatając dłonie wokół jego szyi. Trzymał go na wysokości swoich oczu, więc Vladimir nie dotykał stopami ziemi.

Zabije go. Udusi.

Szarpał się, lecz w porównaniu z koszykarzem był słaby. Starał się odsunąć dłonie Dariusa od swojej szyi, lecz nie był w stanie poluzować uścisku w nawet najmniejszym stopniu. Pierwszy raz tak bardzo bał się o swoją osobę. Byli sami, nikt nie mógł mu pomóc. Panikował, czując, że ciemnowłosy nie żartuje. Czuł, jak robi się czerwony. Nie chciał się poddawać. Może Darius go nie zabije, lecz jeśli nie przestanie, brak dopływu tlenu do mózgu może trwale zniszczyć komórki szarowłosego. Wszystko działo się tak szybko. Vladimir walczył, by nie stracić przytomności, lecz wiedział, że długo tak nie wytrzyma. Był słaby. Jego stan zależał od drugiej osoby. Przymknął oczy, powoli zaczynając tracić kontakt z otoczeniem.

To koniec.

Upadł na podłoże.

Kilka sekund zajęło mu uświadomienie sobie, że Darius go puścił. Kolejne kilka sekund patrzyli na siebie w milczeniu, a gdy szarowłosy był pewny, że jest w stanie kontrolować swoje ciało, wstał, by zaraz wybiec z pokoju. Nie wiedział, co robić. Czuł, że za chwile osłabnie, lecz póki co adrenalina pozwalała mu na szybkie opuszczenie szkoły i skierowanie się biegiem w stronę jego mieszkania. Dobrze, że klucze nosił w kieszeni, a nie w torbie, która została w sali lekcyjnej. Jakoś będzie musiał ją odzyskać.

Biegł przez kilka minut. Miał nadzieję, że nie zwrócił uwagi zbyt dużej ilości osób. Było jeszcze wcześnie i liczył, że mało kto był w tym czasie na spacerze. Każdy, kto by go w tej chwili zobaczył, prawdopodobnie nie zignorowałby jego osoby, gdyż Vladimir miał teraz zakrwawione pół twarzy.

Z trudem trafił kluczem do wejścia, lecz kiedy już mu się to udało i kiedy znalazł się za drzwiami do swojego mieszkania, osunął się na podłogę. Oddychał łapczywie, jakby wciąż obawiał się, że zaraz zabraknie mu powietrza. Trzęsły mu się ręce, nie mógł uwierzyć, do czego przed chwilą doszło między nim, a Dariusem. Tutaj był bezpieczny, przez wzrokiem innych i przed koszykarzem.

Chociaż nie bał się już o swoje życie, a bardziej o reputację.

W końcu Darius mógł zauważyć, że podniecił się on od bycia duszonym.

[Darius x Vladimir] Dunk Me – rozdział 2

Wieczór minął im bez żadnych odchyleń w codziennej rutynie, tak samo zresztą jak noc.

Vladimir obudził się będąc wypoczętym, nie miał więc najmniejszego problemu ze wstaniem. Cieszył się, że wciąż jest w stanie spać, był on przekonanym, że na ostatnim roku będzie zmuszony zarywać noce, aby perfekcyjnie zdać wszystkie egzaminy. Wiedział on, iż w okropny sposób odbije się to na jego zdrowiu, także już teraz starał się o siebie zadbać jak tylko mógł, wpychając w siebie witaminy, nie chciał stracić twarzy. Popularność też była jednym z jego priorytetów, nie był w końcu kimś aspołecznym, a i znajomości przydadzą mu się w przyszłej karierze.

Chłopak ubrał na siebie swój mundurek, zabrał rzeczy i wybiegł z domu. Nie miał w zwyczaju zjadać śniadania, nawet jeśli tak starał się zachować zdrowy tryb życia. Zwykle zabierał jedzenie słabszym uczniom, którzy nie mieli z tym nigdy problemów, możliwie przez to, iż wszyscy wiedzieli o tym, że jest on dobrym przyjacielem Dariusa. Vladimir wzdrygnął się, gdy uświadomił sobie, że prawdopodobnie dużą część respektu od innych zdobył dzięki koszykarzowi. Nie mógł pozwolić mu zmienić klasy, nawet jeśli musiałby posunąć się do radykalnych środków. Tutaj nie liczyła się tylko ich relacja, ale i, kiedy dłużej się nad tym rozmyślało, przyszłość szarowłosego.

Lekcje mijały im szybko. Vlad nie mógł zdobyć się na odwagę, aby zacząć rozmowę, nie wiedząc do końca, jak jego przyjaciel na to zareaguje. Milczeli przez większość zajęć, skupiając się na informacjach padających w klasie. Chociaż i tak trwał właśnie wyjątkowo luźny tydzień, gdzie nie mieli zapowiedzianych żadnych istotnych testów, więc nie było to wymaganym.

Po jakimś czasie nadeszła długa przerwa, z której wszyscy uczniowie korzystali na zewnątrz, formując się w małe grupy, często integrujące osoby z różnych klas. Przynajmniej tak było w przypadku tej, do której przynależeli Darius i Vladimir. Jej skład zmniejszył się znacznie w bieżącym roku, gdyż dużo ich znajomych ukończyło już szkołę, zostali więc oni, Ahri, uczennica z profilu humanistycznego, oraz Ekko, będący w klasie matematyczno-fizycznej, chociaż dopiero zaczął naukę w tej szkole, dobrze rozumiał się ze starszymi uczniami. Oczywiście mogli oni znaleźć więcej członków, z którymi mogliby spędzić czas, lecz nie mieli na to ochoty. Jeśli czegoś od kogoś potrzebowali – po prostu załatwiali to z daną osobą, byli na tyle popularni, iż nie było to problemem. Ahri proponowała, by towarzyszyła im Lux, jednakże ostatnimi czasy zaczęła się ona pasjonować animacjami o czarodziejkach, co wyjątkowo odpychało Dariusa. Dodatkowo mieszkała w demaciańskiej dzielnicy.

Zajęli oni swoje ulubione miejsce, wyjmując z toreb jedzenie, swoje lub też cudze. Szarowłosy uczeń przyglądał się w skupieniu Ahri, która była pochłonięta rozmową z pozostałą dwójką. Była miłą osobą, przynajmniej dla przyjaciół, kiedy poznawało się ją bliżej, uświadamiało się, jak wielką jest ona manipulatorką, jednakże na obecnym poziomie ich znajomości nie było to problemem. Vladimir lubił ją, często rozmawiali na luźne tematy, jednakże nie szanował jej w takim stopniu jak reszty przyjaciół. Głównie przez profil, na którym była oraz na to, w jaki sposób wykorzystuje swoje ciało. Nie byłaby pewnie tak popularną, gdyby przestała zachowywać się wyzywająco i uwodzicielsko. To samo z ubiorem. Chłopak już na początku szkoły zauważył, jak bardzo skróciła swoją spódnicę. Nie pochwalał tego. Chociaż nawet Darius nie uznawał mundurków, w tym przypadku jednak szarowłosy starał się to ignorować.

- … i wtedy powiedziałam mu, że nie ma prawa mi go zabrać, bo to kradzież – zaśmiała się dziewczyna, machając telefonem, o którym była mowa.

- Nie boisz się, że w końcu wyrzucą cię z klasy? – zapytał Ekko, starał się aktywnie uczestniczyć w rozmowie, lecz cały czas sprawiał wrażenie, że czegoś wyczekuje, rozglądając się na boki.

- Za co? Ja tylko bronie swoich racji! – oburzyła się lisica, sięgając do torby po lusterko. – Nie mają prawa mi niczego zabierać, a zwłaszcza telefonu. Bez niego bym chyba umarła.

- Aż tak z tobą źle? – zażartował Darius.

- A myślisz, że gdzie trzymam wszystkie zapiski na testy? Poza tym muszę być na bieżąco!

- Co do notatek, to mogłabyś się czegoś czasem nauczyć, a nie polegać tylko na ściągach – Vladimir postanowił zakończyć bierny udział w konwersacji. Nie mógł już znieść ignorancji dziewczyny.

- Oh? Przecież wiesz, że nie polegam tylko na tym – zachichotała perliście, zaraz odkładając uprzednio używane lusterko, by oprzeć się o stolik, przy którym siedzieli, w taki sposób, aby podkreślić swój dekolt.

Vladimir milczał dłuższą chwilę. Biust dziewczyny znajdował się teraz stanowczo zbyt blisko jego twarzy. Nie był pewien, w jaki sposób zareagować, by dumnie wyjść z obecnej sytuacji. Nie ważne, co by mu przyszło w tej chwili na myśl, było już nieaktualnym pomysłem, gdyż chłopak poczuł, że z jego nosa powoli zaczyna cieknąć krew. Przeklął swoją genetyczną wadę. Wyszedł na zboczeńca.

- Jak widać mój plan B działa – uśmiechnęła się Ahri, podając mu chusteczkę. Ta jednak nie była w stanie dokładnie zatamować krwotoku.

- Idę do higienistki… – szybko podniósł się z miejsca, mając nadzieję, że krew nie zabrudzi mu ubrania.

- Pójdę z tobą – wstał i Darius, zbierając ich rzeczy.

- Dam sobie radę sam.

Koszykarz nie chciał jednak odpuścić, nachylił się więc nad nim i szepnął mu na ucho.

- Następna jest chemia.

Więcej nie musiał mówić, żaden z nich, mimo swojego profilu, nie przepadał za tą lekcją. Ich nauczyciel trochę za bardzo pasjonował się dziedziną, której nauczał i tego samego wymagał od innych. Raz na jakiś czas dobrze było od niego odpocząć, a skoro teraz nadarzyła się do tego okazja, grzechem byłoby z niej nie skorzystać, tak więc Vladimir skinął głową, dając pozwolenie na dotrzymanie mu towarzystwa.

Mijali pospiesznie stoliki, zajmowane przez rozmaite grupy uczniów, począwszy od najpospolitszych, typu sportowcy albo zapaleńcy nauki, kończąc na miłośnikach broni czy animacji. Nikt nie zwracał na nich uwagi, aczkolwiek dla szarowłosego nie był to żaden problem, teraz właściwie na to liczył.

Darius zaczepił szybko Elise, z którą chodzili do klasy.

- Idziemy do higienistki, przekaż to profesorowi Singedowi, gdyby o nas pytał – ta tylko skinęła twierdząco głową, wracając do rozmowy ze swoimi znajomymi.

Szkoła, do której uczęszczali, była starym i dość tajemniczym budynkiem, miała wiele pomieszczeń wyłączonych z użytku. Uczniowie często zastanawiali się, co kryje się za tymi wszystkimi zamkniętymi drzwiami. Mimo że miejsce to było prestiżowe i osoby tam uczęszczające powinny traktować je należycie, na niektórych ścianach dostrzec można było graffiti.

Gabinet, do którego zmierzali znajdował się po drugiej szkoły, tak więc musieli przejść całkiem spory odcinek. Vladimir nie krwawił już tak obficie, dlatego nie było potrzeby spieszenia się, dzięki temu mogli stracić większą część lekcji.

- Zauważyłem, że dość często miewasz krwotoki – zaczął Darius. – Wszystko w porządku? Może powinieneś iść z tym do lekarza?

- To u mnie rodzinne, więc nie ma się czym przejmować – westchnął chłopak.

- To musi być irytujące, szczególnie w miejscach publicznych.

- No co ty nie powiesz? – mimo wszystko cieszył się, iż przyjaciel przejął się jego osobą.

- Tak w ogóle, mam z tobą wejść do gabinetu, czy poczekać przed drzwiami – orzekł wyższy z uczniów, kiedy byli już niedaleko ich celu.

- Myślę, że możesz wejść, żeby pokazać, że faktycznie ze mną byłeś. W razie gdyby Singed robił nam problemy, będziemy mieli świadka… czy coś.

Zapukali i kiedy usłyszeli zgodę na wejście, otworzyli drzwi. Pokój był sterylny, nie wyróżniał się niczym szczególnym. Kobieta najpierw upewniła się, czy chodzi tylko o krwotok, a później dała mu okład i waciki. Zapytała go o powód urazu, by mogła to zapisać. Szarowłosy podał tę samą przyczynę, co zawsze, chociaż widział, iż Dariusa to bawi, nic dziwnego, w jego oczach spowodowane było to podnieceniem. Po wszystkim chłopak przemył twarz.

Cała wizyta u higienistki nie powinna zająć dużo czasu, dwójka uczniów mogła już wracać na lekcje, lecz okazało się, że nie byli oni na ostatnim badaniu kontrolnym, z tego też powodu ich pobyt w gabinecie przedłużył się znacznie, do tego stopnia, że uznali oni, iż nie ma już sensu wracać na lekcje.

Z tego też powodu, kiedy już wyszli, postanowili dokończyć drugie śniadanie. Darius zwykł jadać niewielkie ilości jedzenia, ale w krótkich odstępach czasu, jeśli nie mógł sobie na to pozwolić, denerwował się, dodatkowa przekąska była mu na rękę.

- Masz dzisiaj trening, prawda? – zapytał Vladimir, chcąc uniknąć niezręcznej ciszy.

- Yhm, nic się nie zmieniło – grupa, do której należał, trenowała trzy razy w tygodniu, zawsze w te same dni, tak więc odpowiedź była oczywista, lecz szarowłosy nie mógł wpaść na lepszy początek rozmowy. Wolał uniknąć tematu zmiany klasy.

- Niedługo macie jakiś kolejny ważny mecz… – miało to być pytaniem, lecz zabrzmiało niczym stwierdzenie, albo początek refleksji. Było niezręcznie. Fanatyk krwi nie znał się na sporcie, który jednak był pasją jego przyjaciela. Pierwszy raz znalazł trudności w rozmowie z nim. Winą tradycyjnie obarczył decyzję Dariusa. Bał się, że ich relacja upadnie, przez jedną drobnostkę.

- Jeśli miesiąc to dla ciebie niedługo, to tak – powiedział koszykarz, sięgając do swojej torby, w poszukiwaniu wody. Mieli w szkole, co prawda, fontanny, ale ktoś bardzo lubił przyklejać tam gumy do żucia. Wiedziała o tym większość uczniów i wolała ona przynosić własne napoje.

- W takim razie powodzenia.

- Dzięki. A ty nie masz jakichś swoich konkursów? No wiesz…

- Pewnie jakieś są, ale nie będę w nich brał udziału – spojrzał na zegarek. Zaraz skończy się lekcja, chyba udało im się wrócić do normalnej rozmowy, bez niezręcznych momentów, aczkolwiek Vladimir wciąż nie zdobył się na odwagę, by zacząć szczerą rozmowę o zmianie profilu. Co prawda jeszcze kilka minut wcześniej, chciał tego uniknąć, lecz dotarło do niego, że nie wie, kiedy dokładnie Darius chce odejść. Za tydzień? Miesiąc? Może zrobi to po zawodach? Chyba nie powinien z tym zwlekać, jeśli zależy mu na tej przyjaźni. – Nie lubię rywalizacji. Wolę wiedzieć, na czym stoję – powiedział, sugerując ich sytuację. Nie nauczył się jeszcze, iż Darius nie domyśli się takich rzeczy. Chłopak sam by pewnie nie wpadł, że o to chodzi. Tym samym, zanim podkreślił swoją potrzebę rozmowy, zadzwonił dzwonek, kończąc ich konwersację.

Korytarze zapełniły się uczniami wszystkich klas. Większość zaczynała i kończyła lekcje o tych samych godzinach, gdyż szkoła była na tyle duża, że każda grupa miała zagwarantowaną salę. Vladimir i Darius siedzieli na schodach, którymi przechodziła większość ludzi na przerwie, tak więc mieli oni okazję zobaczyć resztę swoich znajomych.

Ahri, idąc pod rękę ze swoją najlepszą przyjaciółką z profilu, Lux, zaraz dostrzegły Dariusa. Lisica podbiegła do niego prędko, zarzucając mu się na szyje.

- Ktoś mi przed chwilą powiedział, że będziemy razem w klasie, to prawda? – zapytała szybko. Vladimir nie miał ochoty wtrącać się w tę konwersację, tak więc odszedł na bok. Mimo to w dalszym ciągu obserwował poczynania znajomych.

Lisica była wyjątkowo podekscytowana tą informacją. Vladimir zaczynał podejrzewać, iż dwójkę jego przyjaciół łączy specjalne uczucie. Być może koszykarz nie odzywał się do niego dzisiaj rano, gdyż ten poprzedniego dnia obraził dziewczynę…

Był zazdrosny. Czuł, że jeśli Darius zmieni profil, lisica przejmie rolę jego towarzysza. Przez głowę przeleciało mu mnóstwo czarnych scenariuszy. Nie mógł dopuścić, by chociaż jeden z nich stał się prawdą.

Ahri stała zdecydowanie za blisko koszykarza, zupełnie ignorując jego przestrzeń osobistą. Vladimir nie mógł już na to patrzeć, tak więc zaczął kierować się w stronę planu lekcji, aby zobaczyć, w jakiej sali odbędą się kolejne zajęcia. Nie skupiał się on na drodze do tego stopnia, że po chwili uderzył w drugą osobę. Ekko. No tak, ta dwójka była tego dnia wyjątkowo rozkojarzona.

- Wybacz. Nie zauważyłem cię. Wszystko okej? – zapytał młodszy z uczniów.

- Yhm. Też przepraszam – dopiero teraz dostrzegł, iż chłopak prawdopodobnie nie spał ubiegłej nocy. – A z tobą wszystko dobrze?

- Jasne. To znaczy… – zawahał się przez chwilę, ale po chwili kontynuował wypowiedź. – Wybacz, że pada na ciebie, ale potrzebuje rady.

- Nie jestem dobrym doradcą, ale mogę spróbować pomóc – powiedział Vladimir, usuwając się pod ścianę, by nie blokować innym przejścia. Ekko pokiwał głową, zaraz zaczynając wyjaśnianie, w czym tkwi problem.

- Chodzi o Jinx. W poprzedniej szkole było okej, ale teraz wydaje się mnie ignorować. Jest zbyt zajęta zajęciami. A ja ją, no wiesz… lubię. I nie wiem, co robić. Mam wrażenie, że ona mnie nienawidzi. Unika mnie, a jeśli już uda mi się z nią zamienić kilka zdań, mówi tylko o narzędziach i nowych wynalazkach. Zmieniła się – westchnął.

- Hmm… wiem, że to może być trudne, ale skoro nie jest tobą zainteresowana, to powinieneś odpuścić. Nie jest przecież jedyną dziewczyną w szkole – mówił spokojnie, powoli uświadamiając sobie, iż jego słowa równie dobrze mogą w pewnym stopniu odnosić się do jego sytuacji. – Rozumiem, że chodzicie do tej samej klasy i tak byłoby dla ciebie najwygodniej, jeśli chodzi o związek, ale jeśli to nie ma przyszłości, to po prostu odpuść. Jesteś popularny i zgaduję, że masz dużo cichych wielbicielek, przykładowo… – nie dokończył, chociaż chciał przywołać imię pierwszoklasistki z profilu geograficznego. Często zauważał ją w okolicy chłopaka, lecz nigdy nie widział, by rozmawiali. Z tego powodu zrezygnował, z wydania jej, nie chcąc przyspieszyć biegu wydarzeń.

- Przykładowo, kto? – Ekko nie chciał odpuścić. Był zdesperowany i gotów, aby zdać się w pełni na rady starszego przyjaciela.

- Nie wiem, nie znam się. Po prostu daj innym szansę.

Młodszy z uczniów skinął głową, widać było, że w jakiś sposób rozmowa ta mu pomogła.

- Ok, dziękuję! – powiedział, szybko odchodząc. Vladimir uśmiechnął się pod nosem, cieszył się, że mógł komuś pomóc.

Przerwa dobiegła końca. I tak była wyjątkowo długa. Szarowłosy chłopak zdążył nawet sprawdzić, jaka jest jego następna lekcja. Języki. Czyli mógł oddać się w pełni swoim myślom. A znowu w jego głowie pojawiły się nowe wnioski.

To, co powiedział Ekko naprawdę mogło odnosić się również w jakimś stopniu do sytuacji łączącej go z Dariusem. Różnicą było to, iż chodziło o przyjaźń, a nie związek. No i Vladimir nie miał zamiaru odpuścić. Chodzenie do jednej klasy faktycznie pomagało relacji trwać. Ale każdy przypadek był indywidualny, rady dla pierwszoklasisty nie miały prawa być adekwatne do potrzeb szarowłosego. On nie znajdzie kogoś na zastępstwo za Dariusa.

- Wszystko w porządku, Vladimir? – jego rozkojarzenie zwróciło uwagę nauczycielki. – Dobrze się czujesz? – zapytała zaniepokojona.

Miał plan. Nie był dopracowany, może nawet nie był dobry, ale nie miał innego pomysłu, jak zatrzymać koszykarza na jego profilu. Chciał się pospieszyć, nie wiedząc, kiedy przyjaciel chce odejść. A teraz dostał szansę od losu, by wyjść z klasy i zacząć działać.

- Niezbyt. Czy mógłbym wyjść do toalety? – kobieta skinęła twierdząco głową. – Dziękuję.

Wstał z ławki, pospiesznie opuszczając klasę. Jego plan był prosty. Zniechęcić Dariusa do Ahri, wtedy nie będzie miał powodów, by uczyć się na profilu humanistycznym.

Faktycznie kierował się do toalety, lecz przed wejściem tam, chciał odwiedzić kilka innych miejsc.

Nie miał zamiaru odpuścić. Nie chciał się wycofać, chociaż jego zamiary były wyjątkowo spontaniczne i głupie.

Posunął się za daleko.

 

[Darius x Vladimir] Dunk Me – rozdział 1

- Czy to, co robimy ma jakiś sens? – zapytał chłopak, o szarawych włosach, przenosząc wzrok ze stołu na swojego rozmówcę.

- Prawdopodobnie nie, ale i tak nie mamy nic lepszego – usłyszał odpowiedź. – Podaj pęsetę.

- Mógłbyś przecież dalej ćwiczyć grę w kosza, dlaczego się tym nie zajmiesz? – westchnął zrezygnowany. Nie miał pojęcia, dlaczego zaczął ten temat.

- Koszykówka nie jest całym moim życiem. Czasem dobrze jest spędzić czas z kimś innym niż członkami drużyny, wiesz?

- Miło to słyszeć, bo wydawało mi się, że ostatnio mnie unikałeś.

- Miałem po prostu kilka spraw do załatwienia.

- Rozumiem – powiedział, nie pytał się dokładnie, czym musiał zająć się jego przyjaciel, gdyż zdawał sobie sprawę, że ten nie będzie chętny do udzielenia odpowiedzi. Darius zawsze irytował się, kiedy ktoś był zbyt dociekliwym, mimo tego Vladimir liczył po cichu, iż mężczyzna sam kontynuuje temat.

Siedzieli więc razem w ciszy w jednej z sal dla uczniów profilu biologiczno-chemicznego.   Nie było tam nikogo prócz nich, gdyż lekcje dobiegły już końca. Oni jednak lubili przynajmniej raz w tygodniu spędzić tam czas, wykorzystując go lepiej niż reszta uczniów, która zaraz po zajęciach wracała do domów, by odpocząć przed komputerem.

Oni byli ponad to.  Vladimir nie przepadał za innymi uczniami, bo odnosił wrażenie, że większość z nich to skończeni idioci. Jednym z niewielu wyjątków był Darius, gdyż ten mimo spędzania większości czasu na treningach, wciąż miał pozytywne oceny. No i można było z nim porozmawiać na wiele tematów, w tym związanych z medycyną, która pasjonowała szarowłosego ucznia. Dzięki temu, że spędzali razem czas na lekcjach, uważał go za swojego najlepszego przyjaciela. Uśmiechnął się na myśl, że trafił na Dariusa, już na początku roku szkolnego dostrzegł, że w jego klasie nie pojawiły się nowe ciekawe twarze, tak jak i w nowym roczniku.

Objął wzrokiem przyrządy, które wyjęli z szafek, zastanawiając się, którego użyć następnie.

- Myślałem nad zmianą profilu… – po długiej pauzie Darius faktycznie kontynuował temat, lecz drugi z uczniów wolał tego nie słyszeć.

- Co? Na jaki? – zapytał zszokowany Vladimir.

- Na humana.

Szarowłosy zaśmiał się głośno, słysząc to. Nie miał pochlebnej opinii o osobach na tym profilu.

- Dobry żart.

- Nie żartuję. Lubię z tobą spędzać czas, ale nie mam takiej obsesji na punkcie krwi jak ty i w sumie w przyszłości wolałbym zająć się polityką.

Vladimir zaniepokoił się. Nigdy nie przypuszczał, że jakakolwiek osoba, wobec której nie jest obojętnym, będzie chciała odejść. Nie znosił zmian, nie widział w nich żadnej możliwości, by to wyszło komukolwiek na dobre.

- Nie mam żadnej obsesji – zaczął od najmniej istotnej teraz kwestii. Starał się mówić spokojnie, jednakże obawiał się, że od przebiegu tej rozmowy zależy, czy zatrzyma przy sobie jedyną osobę, którą uważał za godną rozmowy. – Rób, co chcesz, ale wiesz, jakie osoby są na tym profilu. Prędzej cofniesz się w rozwoju, niż coś przy nich osiągniesz.

- Przykładowo?

- No chociażby taka Ahri. Rozumiem, że jest fajna i popularna, ale nie sądzę, żeby zdała końcowe egzaminy z pozytywnym wynikiem.

- I twierdzisz, że to samo stanie się ze mną, jeśli tylko zmienię profil?

- Kto wie? – wzruszył ramionami. – Możesz przecież zmienić jedno z rozszerzeń, a nie przenosić się gdzie indziej.

- Zresztą, dlaczego się tym tak przejmujesz?

- Jesteś jedną z inteligentniejszych osób, jakie znam. Z kim innym miałbym później rozmawiać? Ze Swainem? – przywołał na przykład ich nauczyciela biologii. Nie używał przy tym żadnego zwrotu grzecznościowego, stąd mężczyzna za nim nie przepadał, mimo iż Vladimir osiągał zaskakująco dobre wyniki w dziedzinie, której ten nauczał. Zdecydowanie wolał Dariusa.

- Myślę, że nie byłby zainteresowany rozmową z tobą – zaśmiał się ciemnowłosy. – Pomyślę jeszcze, czy jest sens teraz zmieniać klasę… teraz może już się zbierajmy.

Vladimir pokiwał głową na zgodę i spojrzał na stół.

- Który z nas to sprząta?

Nie chodziło mu tylko o przywrócenie sprzętów do stanu sprzed ich przyjścia, lecz bardziej miał na myśli resztki żaby, którą kroili od początku, nie mogąc sobie w tym tygodniu pozwolić na lepszy obiekt. Przez rozmowę zapomnieli o pilnowaniu porządku, stąd teraz mieli więcej pracy niż zazwyczaj.

- Mogę ja to zrobić, jeśli nie powiesz profesorowi, że planuje zmienić klasę – powiedział Darius, przesuwając narzędzia na bok.

- W takim razie lepiej, żebym to ja się tym zajął – zażartował jasnowłosy, próbując tym również zwrócić uwagę przyjaciela, iż ten naprawdę nie chce zostawać bez niego na profilu.

- Skoro tak mówisz… – zaśmiał się koszykarz, wyraźnie dając znak, iż dążył do tego od początku. Kiedy doszło to do Vladimira, uderzył go po przyjacielsku.

- Przemyśl jeszcze swoje przenoszenie się, mówię ci, że nie warto…

- Okej, okej. Do zobaczenia jutro – chłopak machnął ręką na pożegnanie, zabrał swoje rzeczy i opuścił klasę. Vlad z kolei był przekonany, że spędzi w niej jeszcze co najmniej godzinę, usuwając ślady po ich dzisiejszej rozrywce. Zwykle bardziej pilnowali, by niczego nie zabrudzić, aby właśnie uniknąć takich sytuacji. Na następny raz będą pamiętali, że w sytuacji, gdzie przestają się skupiać na swojej pracy, należy zrobić sobie przerwę.

Uczeń westchnął, zaczynając porządkowanie sprzętów, jednocześnie oddając się kolejnym przemyśleniom, o tym jak nie chce on zostawać sam w tej klasie. Nie ufał zmianom, wierzył, że przy każdym większym zawahaniu codziennej rutyny dzieje się coś złego. Z tego powodu przykładowo wciąż mieszkał w noxiańskiej dzielnicy miasta, chociaż nie przepadał za nią, ze względu na ilość gangów w okolicy. Mimo wszystko wmawiał sobie, że inne obszary mogą mieć gorzej i trwał w swoim rozpadającym się mieszkaniu.

Darius był zameldowany niedaleko znajomego z klasy, lecz nie mieli oni powodów, by spotykać się po lekcjach. Do tego koszykarz dzielił wynajęte pokoje ze swoim młodszym bratem, z którym nie dogadywał się zbytnio, ze względu na coraz to większą ilość różnic między nimi. Nie chciał więc chwalić się nim Vladimirowi. Szarowłosy z kolei nie zapraszał do siebie nikogo, gdyż, jak już zostało wspomniane, jego mieszkanie nie było miejscem, w którym chciałoby się spędzać czas. Wynajmował je tylko ze względu na niską cenę i, co za tym szło, możliwość przeznaczenia oszczędności na nowe sprzęty do badań oraz encyklopedie.

Droga od ich szkoły do dzielnicy nie zajmowała długo. Akademia została wybudowana w takim miejscu, że młodzież z każdego obszaru w mieście miała podobny odcinek do przebycia, by panowała tam powszechna równość, nawet jeśli dyrektorką była kobieta mieszkająca w demaciańskiej dzielnicy, co niejednokrotnie było powodem niezadowolenia Noxian. Mieszkańcy tych dwóch, sąsiadujących ze sobą terenów nie przepadali za sobą.

Vladimir, z powodu tej niewielkiej odległości między miejscem jego nauki, a spania, wrócił do domu stosunkowo wcześnie. Zjadł coś pospiesznie, zaraz wyjmując z torby książki, by zacząć dalszą edukacje. Nie potrzebował powtarzać biologii, jednakże chemia, którą również rozszerzył, nie przychodziła mu z taką łatwością, a przecież chciał mieć z wszystkiego najlepsze wyniki…

Mimo wszystko z trudem skupiał się na reakcjach i właściwościach substancji, kiedy jego myśli schodziły ciągle na dzisiejszą rozmowę z Dariusem. Nie, nie chodziło tylko o to, że przyjaciel chciał przenieść się na inny profil, dodatkowo ten, do którego szarowłosy nie miał za grosz szacunku. Vladimir nie mógł pozbyć się z pamięci uwagi odnośnie jego zainteresowania krwią. Co jeśli to odrzucało ludzi, z którymi mógł nawiązać znajomość? I czy naprawdę przesadzał? Lubił widok szkarłatnej cieczy już od dziecka, fascynowało go to, iż ten płyn jest niezbędnym, by większość istot żyła. Prawdopodobnie od tego zaczęło się jego zainteresowanie biologią, ale teraz chłopak martwił się, że jeśli nawet Darius to zauważył, gdzie koszykarz zwykł tolerować centralnie wszystko wokół siebie. Może miał coś z głową? Normalni ludzie chyba nie interesują się takimi rzeczami, nawet jeśli biologia jest ich pasją. Miał nadzieję, że nie przerodzi się to kiedyś w coś złego.

Darius także znalazł się już w swoim mieszkaniu, jednakże nie ruszył on swoich książek. Nienawidził łączenia domu ze szkołą. Wierzył, że trzeba mieć miejsce na odpoczynek. Uczył się zwykle przed lekcjami, chociaż to w żadnym wypadku nie wpływało negatywnie na jego oceny. Poleżał on chwilę na kanapie, oglądając losowe kanały, by po prostu odpocząć, wyłączając na jakiś czas myślenie. Kiedy usłyszał, że ktoś wchodzi do mieszkania, podniósł się z niej, chociaż nie minęło zbyt wiele czasu jego relaksu. Szybko zmienił swój ubiór, zabrał telefon, który ładował się odkąd przekroczył dzisiaj próg
i skierował się w stronę wyjścia, by rozminąć się ze współlokatorem. Nie chciał spędzać czasu
z młodszym bratem, od niedawna zdał sobie sprawę, jak bardzo Draven go irytuje. Dlatego też, kiedy ten wracał do domu, starszy z rodzeństwa zwykł wychodzić, aby pobiegać. I tak dodatkowe utrzymywanie formy było mu na rękę, skoro szkolna drużyna koszykarska nie poradziłaby sobie bez niego.

Miał nadzieję, że nie trafi na nikogo znajomego, wyjątkowo nie miał ochoty na rozmowę. Był lubiany raczej przez większość Noxian, o ile nie przez każdego. Zresztą był popularny w całej szkole, aczkolwiek mogło to być spowodowane tym, że miał naturę dręczyciela i niektórzy uczniowie po prostu się go bali. Tak czy inaczej, nigdy nie narzekał na samotność, chociaż momentami była mu ona potrzebna, jak zresztą każdemu.

Przez Vladimira zaczął się wahać w związku ze zmianą klasy. Byli dobrymi przyjaciółmi, szanowali się wzajemnie i koszykarz nie chciał tego zmieniać. Mimo wszystko poświęcił dużo swojego czasu na uzyskanie zgody na przeniesienie, gdyż rozpoczęli już drugi rok w szkole i musiał udowodnić, iż poradzi on sobie z materiałami na innym profilu. Zresztą… nie byli przecież dziećmi i takie rozstanie to nie koniec świata. Mogli się widywać na przerwach i… Po prostu nie było sensu porzucać swoich starań o coś, do czego mimo wszystko bardziej go ciągnęło tylko ze względu na ich relację.

Zawrócił, uświadamiając sobie, że pobiegł dalej niż zwykle. W noxiańskiej dzielnicy można było się natknąć na wielu podejrzanych ludzi, szczególnie po zmroku i nawet jeśli Darius nie obawiał się tego jakoś szczególnie, instynkt podpowiadał mu, że kierowanie się na obrzeża dzielnicy może okazać się złym pomysłem. Może też dlatego, że niedaleko już zaczynała się nowa dzielnica. Nie mógł pojąć, dlaczego tak się zapomniał, zresztą nie pierwszy raz dzisiaj. To znaczy domyślał się, iż po prostu zaprząta sobie głowę przemyśleniami na temat jego decyzji i tego, że jego przyjaciel tego nie pochwalił. A przecież to nie było nic wielkiego.

Nie mogło to niczego między nimi zmienić… 

[Chase Young x Jack Spicer] wrong

Rozejrzał się po pomieszczeniu po raz kolejny, nie mogąc się pozbyć wrażenia, że ktoś może widzieć, czym się tutaj zajmuje. Co robi. A do tego nie mogło dojść, jeszcze, gdyż jego dzieło wydawało się nie być gotowym i żadna istota nie miała prawa spojrzeć na najnowszy twór Jacka Spicera, jeśli nie została oddana jego perfekcja.

Nie było tam nikogo prócz niego, lecz złudne wrażenie nie mogło ustąpić. Utkwił swój wzrok w narzędziach, mając nadzieję, że dzięki temu w jego głowie pojawi się odpowiedź na dręczące go pytanie.

„Co jest nie tak z tym robotem?”

Rozwiązanie jednak nie przychodziło, nieważne ile razy przenosił spojrzenie ze skrzynki pełnej sprzętów potrzebnych mu do tworzenia maszyn na prawie gotowe dzieło, nad którym spędził tyle czasu.

Przeczucie, iż w pomieszczeniu jest ktoś jeszcze, nie mogło zniknąć. Rozejrzał się ponownie. Wuya nie powinna wiedzieć o tym miejscu, znajdowało się ono jeszcze niżej niż jego klasyczne laboratorium. Pierwotnie miało pełnić funkcję schronu, lecz obecnie był to schowek na najważniejsze dla Jacka rzeczy. Ukrywał tam część pieniędzy, by nawet w razie napadu nie zostać z niczym, ale i pamiątki, takie jak pierwsze projekty jego robotów, czy kilka zdjęć. Zastanawiał się nad przechowywaniem tutaj zdobytych Shen Gong Wu, lecz spotkał się już z tyloma istotami, które mogły wyczuć ich położenie, że zrezygnował z tego pomysłu, wiedząc, iż zniszczenie tej części domu to tylko kwestia czasu.  Teraz jednak, prócz wymienionych już rzeczy, w centrum pomieszczenia znajdował się  już prawie skończony robot.

Patrząc na niego, Spicer mógł tylko ciężko westchnąć.

Można było teraz zobaczyć jego pełny zarys, gdyż chłopak był w trakcie pracy, kiedy jednak tego nie robił, zakrywał go prześcieradłem. Oczywiście mógł pozwolić sobie na lepszy materiał, lecz wierzył, że jeśli jego dzieło w końcu ożyje, zasłanianie go będzie zbędne. Przykrywanie go i tak mogło być niepotrzebne. Jack nie chciał po prostu, by Wuya, jeśli tylko kiedyś odnajdzie ten pokój, to zobaczyła, no i miał nadzieję, że ochroni to też jego robota przed kurzem.

Przeszedł przez pomieszczenie, by zaświecić jeszcze jedną lampę, wierząc, iż dzięki temu dostrzeże w końcu wadę.

Kontynuował przyglądanie się robotowi, którego tworzenie trwało już ponad miesiąc. Wydawać by się mogło, iż każda jego część jest odtworzona idealnie.

Lecz tak nie było.

Nie miał on nic z idealności.

Nie tego Jack oczekiwał.

Obserwując swoją pracę, czuł wstręt, lecz nie przez wygląd, gdyż faktycznie wszystko było w porządku. Kolor oczu, fryzura, brwi, kształt głowy, wysokość… nie było żadnego odchylenia od pierwowzoru. Spicera brzydziło właśnie to, że to jego praca. Brał pod uwagę, iż jest to złe, przez to, że on to tworzył. Denerwowało go to.

To nie był Chase.

Stworzone przez Jacka części nie miały duszy, nawet jeśli poświęcił im tyle czasu.

Oczy nie patrzyły z wyższością.

Włosy, nawet jeśli wymodelowane i ulepszone, by nawet w dotyku przypominały te oryginalne, wciąż należały do innej osoby.

Brwi nie były wystarczająco gęste, nie wydawały się w ogóle być tak egzotycznymi.

Ta głowa nie mogła sama w sobie ujawniać, iż ma się do czynienia z mistrzem zła.

A usta… nie było w nich niczego, co tak pociągało Spicera, kiedy patrzył na prawdziwego Chase’a. Nie były w ogóle piękne, kuszące, słowa przez nie przechodzące nie miały prawa zranić czerwonowłosego w taki sposób, że chciał dalej przyjmować obelgi.

Nie wiedział, co robić. Chciał mieć w końcu kogoś do towarzystwa. Chciał kogoś kochać, ale i być kochanym. Mieć możliwość rozmowy po kolejnej przegranej walce i przyjęciu pogardy od większości osób, które zna. Pragnął być ważnym.

Miał dość samotności.

Najwięcej czasu zajęło mu przygotowanie głosu Chase’a, gdyż zmuszony był nagrywać potajemnie jego rozmowy, a następnie wycinać z nich po każdym zdaniu, dzieląc je później na pojedyncze litery, by samemu ułożyć inne słowa, łącząc je następnie w całkiem nowe zwroty. Głównie pocieszające Jacka.

Spicer nie chciał, by ten twór był kolejną marionetką, dlatego jedną z pierwszych rzeczy, które umieścił w jego wnętrzu, był system samodzielnego uczenia się. Pierwotnie planował umieszczenie w nim Serca Jonga, lecz nie tylko uznał, że to niebezpieczne, ze względu na mnichów, chcących zdobyć to Shen Gong Wu, ale też użycie tego przedmiotu nigdy nie wyszło Jackowi na dobre. Bał się ryzykować, dlatego został przy samej SI.

Tworzył tego robota już tyle czasu, że pomoc Wuyi stała się prawie że drugorzędnym celem, albo bardziej rutyną. Nie byłby w stanie z tego zrezygnować. Poszukiwanie Shen Gong Wu stało się częścią jego samego, to tak jakby zostawić bycie złym. Nudziłby się będąc po prostu w swoim domu.

Dalej wpatrywał się w twór. Spojrzał na zdjęcia, których używał jako referencji. Musiał się naprawdę napracować, żeby je zdobyć, szczególnie trudno było dostać te, które pomagały mu w przygotowaniu idealnego ciała, nie twarzy. Wszystko się zgadzało. Patrząc z daleka nikt nie byłby w stanie dostrzec różnicy między robotem a oryginałem. Może powinien zmienić plan i stworzyć plotkę, że spotyka się z prawdziwym Chase’em, pokazując się z robotem, by sprowadzić do siebie Mistrza Zła… chociaż to i tak nic nie zmieni, pojawiłoby się tylko ryzyko, iż kopia zostanie zniszczona.

Doszedł do wniosku, iż nie da rady już niczego poprawić i pozostaje mu tylko uruchomić swój najnowszy wynalazek. O ile tak to można było nazwać, gdyż jego jedyną funkcją miał być dotrzymywanie Jackowi towarzystwa.

Spicer wcisnął przycisk, który miał ożywić robota. Nie było innej opcji uruchomienia maszyny, żadnego włącznika na jego ciele, by nie zakłócić jego idealnej budowy. Nawet panele ładujące umieścił dyskretnie na spodzie stóp, by poruszając się po domu, nie stracił energii, czerpiąc ją z przewodów pod podłogą.

Pierwotnie dało się słyszeć dźwięki bardziej przypominające komputer niż coś na wzór człowieka, każdy proces działał oficjalnie po raz pierwszy, lecz po chwili te mechaniczne odgłosy zostały zastąpione przez wgraną symulację oddychania. Jack nie chciał w żadnym wypadku myśleć, że w jego domu jest kolejny robot, a prawdziwy Chase.

Nowouruchomiony twór zamrugał kilkukrotnie i spojrzał na Jacka swoimi bursztynowymi oczami, zaraz posyłając w jego stronę uśmiech.

- Witaj – przemówił głosem oryginału.

Spicer wpatrywał się w niego z niedowierzaniem. Nie mógł uwierzyć, że tak dobrze oddał jego wygląd, jego głos, ba, styl oddychania. Nie sądził, że jest do tego zdolnym, gdyż przez tak długi czas większość jego dzieł, było szybko niszczona, wystawiając Jacka na pośmiewisko. Tym razem jednak nie miał zamiaru nikomu prezentować swojego dzieła, ten Chase miał być tylko jego.

Patrzył się na niego jeszcze chwilę, wierząc, że jest już ukończonym. Po kilku minutach podziwiania robota, który zaczynał być lekko zmieszanym tą sytuacją, wstał, by przynieść mu jego ubrania. Wszak obecnie był prawie nagim. Strój leżał przygotowany od dawna w szafie, pośród starych albumów czerwonowłosego. By go stworzyć, Jack zmuszony był nauczyć się szycia, co może i nie było tak trudną praktyką, na jaką mu się wydawało, ale sprawiło, że przy kolejnym kontakcie z igłą Spicer zastanowi się, czy na pewno chce ją dotykać. Materiały zakupił w jednym z lepszych sklepów w Chinach, mając nadzieję, że jakość nada im prawdziwości. Podał ubrania robotowi, który od razu zaczął je ubierać. W końcu dobrze go zaprogramowano.

Chłopak obserwował swoje nowe dzieło, które poruszało się niezwykle płynnie. Jack nie mógł uwierzyć, że dokonał czegoś takiego. Nie miał pojęcia, dlaczego widział w swoim tworze problem. Z czasem nabędzie tych boskich cech idola Spicera. Czerwonowłosy nie był w stanie pojąć, że on, ten którego prace zawsze były pełne błędów, stworzył drugiego Chase’a.

Mimo że był już dojrzalszym, nie mógł powstrzymać łez. Udało mu się. W końcu nie będzie samotnym. Nie wiedział dlaczego wybrał Younga na model robota. W końcu mógł stworzyć sobie drugą matkę, z którą mimo wszystko miał chociaż trochę więcej kontaktu, lecz Jack podejrzewał, że przy upadłym mnichu czuje się po prostu lepiej. Chyba potrzebował kogoś, kto nie tylko będzie go kochał, ale i dawał poczucie bezpieczeństwa. Może to dlatego od jakiegoś czasu zaczął dostrzegać swój pociąg do mężczyzn…

Przetarł łzy ręką, nie chcąc od razu zaprezentować się robotowi, który mimo wszystko myślał samodzielnie i mógł wytwarzać własną opinię, jako osoba słaba. Ta chwila płaczu jednak nie umknęła jego uwadze.

- Wszystko w porządku? – zapytał spokojnie. Jack szybko pokiwał głową. – Więc dlaczego płaczesz? Wszystko będzie dobrze – dodał jeszcze jeden z wgranych do jego systemu podstawowych tekstów.

- To łzy szczęścia – wyjaśnił Spicer. – Po prostu cieszę się, że tutaj jesteś.

Robot pokiwał głową ze zrozumieniem, niewątpliwie zapisując w swojej pamięci tę informację. Czerwonowłosy musiał jak najprędzej zapomnieć, iż rozmawia z maszyną, by czerpać jeszcze więcej przyjemności z czyjejś obecności.

- Na górze jest kilka sypialni, więc chciałbyś mieszkać w osobnym pokoju, czy ze mną? – końcówka pytania z trudem przeszła mu przez usta, gdyż była to jednocześnie propozycja spania w jednym łóżku i niezależnie do kogo kierowałby te propozycje, wydawało mu się to dość intymnym pytaniem, dlatego też na jego twarzy zawitał lekki rumieniec, który nie byłby wcale widocznym, gdyby nie to, że Spicer charakteryzował się tak nienaturalnie bladą skórą.

- Dostosuję się do twojej decyzji, w końcu ty tutaj rządzisz – uśmiechnął się do niego Chase. Na te słowa chłopak poczuł dziwny ucisk w gardle, lecz nie mógł stwierdzić, co było tego powodem.

Zaczęli iść na górę, Jack w dalszym ciągu nie mógł wyjść z podziwu, z jaką swobodą maszyna wspina się po drabince, która wyprowadzała ich z tej nieznanej innym części domu Spicera, jak i po schodach, czy powierzchni innej niż najprostsza podłoga, tutaj chociażby po dywanie.

Pracując w podziemnym laboratorium, zupełnie stracił poczucie czasu. Kiedy wyjrzał przez okno, zorientował się, że jest już noc i tak naprawdę dopiero wtedy, widząc jak ciemno jest na zewnątrz, uświadomił sobie, iż jest niesamowicie zmęczonym. Najchętniej po prostu położyłby się i zasnął, lecz potrzeba wzięcia prysznica zwyciężyła.

- Może dzisiaj jeszcze odpocznijmy w osobnych pokojach, od jutra możemy to zmienić – powiedział do swojego własnego Chase’a, wskazując mu pokój, w którym ten mógł pójść spać (o ile można by to tak nazwać, gdyż robot przechodził po prostu w tryb symulacji snu, wolniej oddychając i ewentualnie poruszając się delikatnie. Jack wgrał taką opcję, by właśnie podczas wspólnego snu nie czuć się przy nim nieswojo, wciąż wmawiając sobie, iż jest to najprawdziwszy człowiek.). Mechaniczny Young ponownie pokiwał głową ze zrozumieniem.

Spicer ruszył w stronę łazienki, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak. Ten dzień był dla niego niewątpliwie udanym, nawet nie natrafił dzisiaj na Wuyę, która kazałaby mu po raz kolejny ruszyć na poszukiwanie Shen Gong Wu, co Jack na tym etapie wolał nazywać codzienną porażką z Zakonem Xiaolin. Wciąż dziwiło go, dlaczego kobieta (bądź pradawna zła energia, jeśli mówiło się o obecnym stanie jej istoty, gdyż ta ponownie straciła swoje ciało) wciąż chciała jego pomocy. Rozumiał, że Chase zerwał z nią współpracę, jednakże nie byli oni jedynymi złoczyńcami na tym świecie. Tak czy inaczej dusza nie wyładowała dzisiaj zbierającej się w niej frustracji na czerwonowłosym, co w jakimś niewielkim stopniu poprawiało mu humor.

Prysznic nie zajął dużo czasu, Jack zawsze starał się kończyć te czynność jak najszybciej ze względu na to, że będąc nagim, widział swoje stare blizny, pozostałości po tak nieprzyjemnych wypadkach, że nawet nowoczesna medycyna nie była w stanie pozbyć się śladów. Brzydziło go to, ale nie ze względu na wygląd, a na fakt, że duża część z uszkodzeń jego ciała pochodziła od mnichów, którzy mimo wiecznej przewagi w walce, nie mogli odmówić sobie zranienia Jacka jeszcze bardziej. Uświadamiało go to, że nigdzie nie ma sprawiedliwości i być może nawet ta dobra strona jest  od niego gorsza.

Zmył z siebie resztki oleju, kurzu i potu, zaraz przebierając się i kierując w stronę swojej sypialni. Już teraz miał tam łóżko dwuosobowe, nie mógł doczekać się chwili, kiedy nie będzie miał w nim aż takiej swobody. Naprawdę chciał spędzić już te noc z Chase’em, jednak coś w jego osobie nie dawało mu spokoju.

Nie dał rady jednak kontynuować swoich przemyśleń, gdyż szybko zasnął.

Spicer nie miał barwnych snów, jego umysł był zapełniony informacjami związanymi z robotyką. Nawet jeśli uważał się za uczuciową osobę, jego fantazjami były po prostu przebłyski wspomnień. A tym razem, z oczywistych powodów, skupiały się one na Chase’ie. Za senną ramą Jack mógł zobaczyć ponownie, w jaki sposób mężczyzna walczył, jak odnosił się do Spicera, jak był w stanie doskonale rozplanować kolejne swoje posunięcie. Może był to efekt tak długiej pracy nad odwzorowaniem Young’a, lecz czerwonowłosy, kiedy tylko się obudził, zaczął uświadamiać sobie jedną ważną rzecz…

Zwlókł się z łóżka, od razu kierując się do kuchni, by coś zjeść. Zapomniał wczoraj o posiłku, tak więc po przebudzeniu się dosłownie umierał z głodu. Idąc tam, czy nawet przygotowując sobie śniadanie (lub może bardziej obiad, gdyż obudził się około południa) zastanawiał się nie tylko nad swoim nowym towarzyszem, ale i czemu teraz poświęci większość swojego wolnego czasu.

Nie minęło dużo czasu, gdy w kuchni pojawił się mechaniczny Chase. Przywitał się i usiadł obok Jacka, biorąc do rąk poranną gazetę. Chłopak miał pierwotnie wątpliwości, czy powinien mu na to pozwolić, gdyż informacje ze świata zewnętrznego mogły go kiedyś uświadomić, że jest kopią. Chociaż on mógł już to wiedzieć, w końcu to wyjątkowy robot.

Przyglądał się mu z takim skupieniem, że dopiero  po chwili zorientował się, iż jedzenie, którego poszukiwał na oślep, skończyło się dawno temu. Maszyna spojrzała na niego pytająco.

- Wszystko w porządku, Jack? – specjalnie zaprogramował go, żeby zwracał się do niego po imieniu, by czuć, że są w intymniejszej relacji, lecz teraz wzdrygnął się na te słowa.

Westchnął. Chyba musiał przekonać się, czy to, na co wpadł zaraz po obudzeniu się, jest słuszną tezą.

- Czy mógłbyś mnie… uderzyć? – zapytał, wpatrując się w pusty talerz.

Chase milczał przez chwilę, przetwarzając nietypową prośbę, w końcu wstając i podchodząc do Spicera. Pogłaskał go po głowie.

- Nie mogę tego zrobić, bo jesteś dla mnie kimś ważnym.

Oczywiście powinna to być poprawna reakcja. Jack zaprogramował go na bycie jego przyjacielem (albo raczej kochankiem, lecz chłopak nie umiał tego przyznać na głos), więc zadawanie mu bólu w żadnej postaci nie wchodziło w grę, jednakże od tej kwestii czerwonowłosy poczuł odruch wymiotny. Nie tego oczekiwał, lecz przynajmniej potwierdził swoją teorię.

- Wiedziałam, że nie jesteś normalny, ale masochizm to lekka przesada – usłyszał za sobą kobiecy głos. Odwrócił się przestraszony. Wuya. Miał nadzieję, że nie wróci do niego w najbliższym czasie. Szczególnie teraz. Najgorszym było to, że słyszała jego dialog z robotem. Myślał, że nie może stracić w jej oczach jeszcze bardziej. – Powiedz mi proszę, co to ma być? – wskazała na maszynę. Na twarzy Jacka pojawiło się zażenowany uśmiech, lecz po chwili zastąpił go smutek, związany z pytaniem, a właściwie z najpoprawniejszą odpowiedzią na nie.

- Sam nie wiem. To miał być mój własny Chase, ale…

To nie mógł być on. Przecież prawdziwy Chase Young gardził Spicerem, uważał go za robaka, nienawidził go za wszystkie jego porażki, za to, że polegał na swoich maszynach, a nie sztukach walki. Taki już był jego charakter i chyba za to Jack go kochał.

-… nie ma jego charakteru. Prawdziwy nienawidzi otaczającego go świata – dokończył po chwili wewnętrznych przemyśleń.

- Nie, on po prostu nienawidzi ciebie, za to, że jesteś słaby. A tego nie dasz rady zmienić. Niezależnie od twoich starań, nie masz najmniejszych szans, żeby cię zaakceptował – powiedziała niewzruszona Wuya, licząc na to, że czerwonowłosy podda się ze swoimi nierealnymi myślami i w końcu pomoże jej zdobyć więcej Shen Gong Wu. Nie wiedziała jeszcze, jak bardzo go zraniła.

Naprawdę nie mógł już zostać przez niego uznanym za kogoś godnego uwagi. Musiałby być kimś innym. Za dużo razy przeszkodził mu w jego pracy. Nie miał prawa być szczęśliwym za te wszystkie popełnione błędy. Było mu słabo. Miał dość tego, co się dzieje wokół niego. Nie sądził, że jest w stanie tak szybko się załamać, lecz w tej chwili odnosił wrażenie, że pozbył się ostatniego swojego złudzenia, iż może jeszcze ułożyć sobie życie. Przegrał.

Wstał od stołu, ignorując Wuyę i kopię Chase’a, nawet jeśli ta dwójka coś do niego mówiła. Skierował się w stronę laboratorium. Zostało mu coś jeszcze – plan na nowego robota i tym właśnie miał w zamiarze się teraz zająć.

Pierwotnie chciał przenieść materiały, których używał przy tworzeniu Chase’a do swojego głównego laboratorium, gdyż mimo wszystko wygodniej było się w nim poruszać. Nie musiał martwić się o to, iż coś zniszczy, bo wszystko można było wymienić, w przeciwieństwie do swojego schowka na wspomnienia, ale tam miał większą szanse na prace w samotności.

Ten projekt nie powinien mu zająć tyle czasu. Miał gotowe modemy SI, głos, ubrania, włosy powinien stworzyć na podstawie syntetycznej kopii tych, które u niego są. Do budowy ciała chciał wykorzystać resztki z ciała Chase’a, lecz rozmyślił się. Ta maszyna miała być lepsza, więc potrzebuje nowych materiałów. Szybko złożył na nie zamówienie. Było jeszcze wcześnie, więc istniała szansa, że dojdą na następny dzień.  Ten czas poświęci na utworzenie modelu i podstawowych tekstów.

Chciał w ten sposób zająć swoje myśli, lecz wpisując kolejne dane, nie mógł wyrzucić z siebie smutku i zawodu. Czuł się gorzej niż wtedy, gdy pierwszy raz został zdradzony, kiedy przegrał, czy nawet kiedy Chase dosadnie przekazał mu, iż nie jest nim w żadnym wypadku zainteresowany. Martwił się, że z czasem zaczną trząść mu się ręce i przez to coś wyjdzie niedokładnie, dlatego spieszył się, jak tylko mógł.

Praca szła mu zaskakująco szybko. Być może właśnie przez to, iż większość materiałów miał pod ręką. Wierzył, że jeśli nie zwolni i zarwie kilka nocy, to stworzy gotowego robota do końca tygodnia.

I tak oddał się pracy, dosłownie wpadł w trans. Modyfikował ustawienia, robił szkice, tworzył nowe teksty dla swojej maszyny. Nie mógł przestać, lecz w końcu się wyciszył i nie myślał o tym, jak słaby jest, mimo tak wielu lat pracy nad sobą. Sam działał jak maszyna.

Minęło kilka dni. Przez ten czas nie działo się nic ciekawego. Sztuczny Chase regularnie przynosił mu Jackowi jedzenie, chociaż chłopak nigdy o to nie poprosił. Zasypiał, siedząc przy biurku. Mimo to zdarzało mu się wychodzić ze swojego laboratorium. Gdzieś musiał korzystać z toalety, no i od jakiegoś czasu zaczynał się irytować, jeżeli nie odświeżał się przynajmniej raz na dwa dni. Nie mógł się wtedy skupić. Podczas jednego z takich wyjść trafił na Wuye, która była na niego wściekła z powodu ignorowania jej. Był to pierwszy raz, kiedy Spicer odpowiedział jej agresywnie. Nigdy go takiego nie widziała. Ustąpiła, a on od tego czasu miał wyrzuty sumienia, które wytrąciły go z rytmu pracy.

Znowu w jego myślach zrobiło się miejsce na przemyślenia, tak więc Jack pytał samego siebie: „dlaczego właściwie Chase?”. Przecież zrobił on więcej złego, niż dobrego w życiu chłopaka. Odrzucił go. Ranił fizycznie i psychicznie. Chcąc go naśladować Spicer zostanie zapamiętany jako parodia zła. A chęć bycia blisko niego przysłoniła wszystkie inne cele czerwonowłosego, tak że teraz został z niczym (a może nie miał niczego innego od samego początku i to pragnienie tylko wydłużało bezcelowe istnienie Jacka?).

Jego uczucia były bez sensu.

Naprawdę był żałosnym.

Spojrzał na gotowego robota. Trudno było zastanawiać się, co jest z nim nie tak, kiedy wszystko musiało być idealnym. Kształt, wysokość, każdy skrawek ciała, głos. Musiało, bo była to kopia Jacka i nie było dla niego żadnym problemem przeskanować komputerowo swoje ciało, czy nagrać kilka kwestii. Innym pytaniem, jakie cisnęło się na usta chłopaka było: „dlaczego on właściwie go stworzył?”, ale po chwili przypominał sobie cel.  Miał być lepszym Jackiem Spicerem niż oryginał. Być szybszym, inteligentniejszym, pomocniejszym, miał umieć się wysłowić, wygrywać pojedynki. Po prostu jego zadaniem było osiągnąć to, czego prawdziwy chłopak nie był w stanie zrobić.

Westchnął zmęczony. Nie sądził, że posunie się do wymienienia swojej osoby, kiedy całe życie wmawiał sobie, iż jest niezastąpionym geniuszem.

Uruchomił swój nowy projekt, przez chwilę nie mogąc wycelować we włącznik. Z czasem naprawdę zaczęły trząść mu się ręce, ale już nie przez to, że był poniewierany był przez własne emocje, a raczej przez ilość kawy jaką wypił. Wszystko zadziałało tak jak przy Chase’ie. W tym projekcie jednak dodał inny system ładowania, by maszyna mogła bez najmniejszego problemu opuszczać swoją rezydencję. Większość jego przyszłych zadań w końcu wymagała przebywania na zewnątrz. Nowy Jack zamrugał kilkukrotnie i, tak samo jak Young, przywitał się podstawowym tekstem. Prawdziwy czerwonowłosy wzdrygnął się, słysząc ten głos.

- Posłuchaj… – zaczął, zdając sobie sprawę, że ma chrypę, prawdopodobnie spowodowaną nie tylko zmęczeniem, ale i nadużywaniem swojego głosu przy nagrywaniu wielu potrzebnych mu wyrazów. – W twojej pamięci jest zapisane, jak dostać się do pałacu Chase’a. Poleć tam i przeproś go za swoje wcześniejsze błędy. Powiedz, że się zmieniłeś. Spróbuj z nim być. Jeśli to się nie uda, masz jeszcze tego mechanicznego. Pomóż Wuyi zdobywać Shen Gong Wu. Zrób wszystko, co mi nie wyszło. Masz moje wspomnienia i wiedzę. Bądź dobry w byciu złym. Żyj tak, jak ja bym tego chciał – mówił spokojnie, nie chcąc, by w tej chwili zdominowały go jego uczucia, lecz nie mógł powstrzymać łamiącego się głosu. W połowie swojej wypowiedzi uświadomił sobie, że płacze. Był żałosnym. Naprawdę, naprawdę żałosnym, ale jego zastępca wpatrywał się w niego, rozumiejąc, co czuje, gdyż był nim. Lepszym nim. Kierował się już do wyjścia i wprowadzenie w życie większości poleceń Jacka, ale ten go powstrzymał, chcąc powiedzieć mu jeszcze kilka rzeczy, chociaż wiedział, że ten i tak ma to wbudowane w swoją pamięć. – Przeproś też Wuyę. I jeśli w jakiś sposób się uszkodzisz, to w tym pokoju są wszystkie instrukcje jak to naprawić. I… resztę sam wiesz.

Jego najnowsze dzieło pokiwało ze zrozumieniem, wchodząc na wyższy poziom domu po drabince.

- Do widzenia, Jack – powiedział jeszcze. Czerwonowłosy przełknął ślinę, łącząc fakty. Zrobił to, co powinien, przynajmniej tak wmawiał sobie w myślach.

Rozejrzał się po pomieszczeniu, martwiąc się, iż Wuya niebawem się tutaj pojawi. Chciał zachować w tym miejscu resztkę prywatności. Obejmując pokój wzrokiem, ponownie natknął się na swoje pamiątki. Podszedł do półki, sięgając po album z błękitną okładką. Pierwsze strony zawierały jego zdjęcia rodzinne, był wtedy taki młody i nie wyobrażał sobie życia bez rodziców. Z każdą kolejną stroną jednak ich postacie pojawiały się coraz rzadziej. Spicer dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo się od nich oddalił. Fotografie z sylwetkami jego krewnych z czasem zaczęły zastępować zdjęcia z jego najoryginalniejszymi robotami. Szkoda, że nie zdążył sfotografować się ze swoimi ostatnimi dwoma projektami, ale teraz niezbyt miał na to ochotę. Ostatnie kilkanaście odbitek miał zeskanowane na komputerze. To dzięki nim stworzył Chase’a. Większość była robiona z ukrycia, ale chyba dzięki temu, że mężczyzna pozował na nich naturalnie, tak bardzo podobały się Spicerowi.

Ponownie westchnął, nie mogąc pozwolić sobie na inną reakcję. Odłożył album na miejsce, dostrzegając obok niego jedno zdjęcie w ramce. Zrobił je, kiedy pierwszy raz Young wpuścił go do swojej kryjówki. Towarzyszyła mu wtedy Wuya. Kiedy żaden ze złoczyńców nie patrzył, Jack zrobił sobie z nimi zdjęcie. Oni byli odwróceni tyłem, a chłopak uśmiechał się szeroko. Czerwonowłosy kompletnie zapomniał o tej fotografii, a sądząc po tym, że ją oprawił, była dla niego ważna. Zresztą, był na niej szczęśliwy, bo jeszcze nie wiedział, że będzie przez nich poniewierany przez większość współpracy.

Chciał w jakiś sposób poprawić sobie humor, przeglądając te pamiątki, gdyż w tym celu je tutaj trzymał, tymczasem przygnębił się jeszcze bardziej. Czuł, iż ponownie zbiera mu się na płacz. Nie chciał tego. Udowadniał sobie tylko swoją słabość, lecz nie panował nad tym. Wiedział, co będzie chciał zrobić. Myśl ta przewijała się od kiedy zaczął tworzyć drugiego siebie. Nie miał innej opcji. Trwanie tutaj nie miało sensu. Tylko się męczył. Nie chciał tego. A przecież i tak nie może być dwóch Jacków.

Bał się, ale powtarzał uparcie, że tak będzie lepiej dla wszystkich.

Chciał zamknąć wejście, lecz przekazał swojemu następcy, że tutaj ma wszelkie instrukcje naprawy. Musiał w jakiś sposób się tutaj dostać. Przecież nie bez powodu w jego pamięci zamontował prośbę, żeby później go pochował.

Chciał użyć jednej ze swoich broni, by to zakończyć, lecz uznał, że nie zrobi tego z dwóch powodów. Nie chce zostawić bałaganu. To, że jemu było źle, nie znaczy, że jego pozostałości mają zepsuć humor innym. Drugim argumentem było to, iż śmierć zajęłaby mu niewiele. Jeden dobry strzał. Nie chciał być aż takim tchórzem. Krótka lina. Miał w tym pokoju środki, aby odejść w inny sposób.

Chciał tego? Sam nie wiedział. Nie umiał odpowiedzieć sobie na większość swoich pytać w satysfakcjonujący sposób. Ale teraz, kiedy wpatrywał się w przygotowany dla siebie sznur mógł dopowiedzieć sobie jedną rzecz.

„To nie z robotem było coś nie tak. To ze mną.”

Był gotów.  Zamknął oczy.

Nie miał w zamiarze otwierać ich ponownie.

 

[Taric x Ezreal] Easy Boy

Jestem wściekły. Na wszystko. Na pogodę. Na nich. Na to, do czego doszło. Jestem naprawdę wściekły.

Nie powinienem się na to decydować. Nie mam pojęcia, co mnie do tego podkusiło. Nigdy wcześniej nie robiłem czegoś w tym stylu.

To nie moja wina, że doszło do takiego zakończenia. To oni. To on. Mogliśmy dalej udawać, dalej w tym trwać. Przecież nie robiłem niczego złego. Nikt przez to nie cierpiał. Nie to, co teraz.

Są na mnie źli. Ja jestem wściekły. Nie chcę tam wracać, ale pozostanie tutaj też nie jest mi na rękę. Jest zbyt zimno. Dawno nie byłem na żadnej wyprawie. Odzwyczaiłem się od zmian pogody.

Wracam do namiotu, którego materiał ulega naporowi górskiego wiatru. Wchodzę do śpiwora, mając nadzieję, że nie przeziębię się od chłodu i bez problemu prześpię nadchodzącą noc. Później albo tutaj zostanę, przyzwyczajając się do zimna, albo poszukam innego miejsca, w którym mogę zamieszkać.

To już drugi dzień, odkąd odkryto moje intencje i zwyzywano. Nie widziałem innego wyjścia niż szybkie spakowanie rzeczy i wyjechanie z miasta. Miałem ich wszystkich dość.

Zdenerwowany zaciskam powieki, by móc zasnąć i odsunąć wszystkie nowopowstałe problemy. Nie czuję ulgi, nie jestem senny. Chce mi się płakać. Moja reputacja legła w gruzach. Będą mnie postrzegać jako manipulatora, wyzyskiwacza, może gorzej.

Jestem wściekły, a zamiast dalej próbować odsunąć od siebie gromadzącą się we mnie negatywność, postanawiam przypomnieć sobie wszystko po kolei, aby zrozumieć, dlaczego właściwie się na to zdecydowałem.

Było upalne lato, jak zwykle zresztą. Ktoś, nie pamiętam już kto, zorganizował basenowe przyjęcie. Zaproszono mnie, jeszcze wtedy byłem mile widziany wśród ludzi. Poszedłem, dlaczego nie. Musiałem dbać o popularność, piąć się w górę, pokazać, że warto się ze mną zadawać. Potrzebowałem tego, nie dałbym rady żyć jak niektórzy, trwając w cieniu, niczym się nie wyróżniając. Jeśli teraz będę do tego zmuszony z ich winy, nie wiem, co zrobię.

Przesadziłem z popisywaniem się, zawsze miałem do tego skłonności. Popłynąłem za daleko, chociaż wydawało mi się, że umiem dobrze pływać, nie wiem, co wtedy poszło nie tak. Zacząłem się topić. Więcej z mojego pobytu w wodzie nie pamiętam. Później znajdowałem się już na piasku, kaszląc, a nade mną pochylał się on…

Tego dnia był tam ratownikiem.

Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że większość osób skupia swój wzrok na mojej osobie. Normalnie nie miałbym z tym problemu, tym jednak razem chciałem dokładniej poznać przyczynę.

Uratował mi życie. Jako ratownik, w końcu to było jego zadanie, ale zrobił to w ten kontrowersyjny sposób. Sztuczne oddychanie.

Nie przepadałem za nim, ale po tym wszystkim, kiedy widownia wróciła do swoich zajęć, zaproponował mi, abyśmy poszli się czegoś napić. Nie odmówiłem, w końcu to on stawiał, a ja uwielbiałem dostawać za darmo rzeczy. Teraz wiem, że trudno o coś bez zapłaty.

Porozmawialiśmy chwilę, o pogodzie, ludziach, jego pracy, mojej osobie, o tym jak się czuję… Zauważyłem, że zmienił kolor włosów. Zapytałem o powód, lecz ten nie udzielił mi jasnej odpowiedzi, takiej, jakiej oczekiwałem, lecz powiedział, że to tylko na kilka dni. Słuchałem go, czekając, aż rozmowa znowu wróci na mój temat, lecz niedługo potem Taric musiał wrócić do pracy, skończyła mu się przerwa.

Spędziliśmy razem mniej niż godzinę. Odszedł. Nie przejąłem się tym zbytnio, bo przebywałem z nim z czystej grzeczności, no może jeszcze z powodu darmowego napoju.

Kiedy tylko mężczyzna zniknął z mojego pola widzenia, zostałem otoczony przez ludzi, głównie kobiety. Podobało mi się to. Zaczęli mnie wypytywać, do czego doszło. Ja i on. Tak blisko. Nie mogłem pojąć, o co im chodzi, lecz starałem się być panem sytuacji. Powiedzieli, że Taric to świetny towarzysz i sami chcieliby spędzić z nim trochę czasu na luźnej rozmowie.

Wszystko byłoby dobrze, ale uświadomiłem sobie jedną rzecz. Czy Taric nie jest czasem popularniejszy niż ja? Na to wychodziło. To z nim chcieli wdawać się w dyskusję, nie ze mną. Chciałem to zmienić. Chociaż teraz myślę, że właśnie w tamtym momencie to ja byłem w centrum uwagi, mnie o to pytali, rozmawiali ze mną, nie z nim. Mogli tego nie mówić, to z ich winy wszystko się zaczęło, to oni mnie do tego podkusili, niszcząc mi reputację.

Najpierw wahałem się, czy wprowadzić w życie najprostszy plan, jaki przyszedł mi do głowy, głównie ze względu na plotki na temat orientacji Tarica. Bałem się, że może zakończyć się inaczej, niż planowałem. Widocznie martwiłem się  tym nie bez powodu. 

Koniec końców zrobiłem to. Odsunąłem wszelkie obawy i podszedłem do niego, starając się wyglądać na pewnego siebie. Wprost zaproponowałem mu kolejne spotkanie, najzwyklejszy spacer, rozmowę, ewentualnie wyjście do jakiegokolwiek baru, bo tych nie brakowało w okolicy. Zgodził się bez namysłu. Zapytał tylko, który dzień najbardziej mi odpowiada, sam chciał się dostosować. Następny. Chciałem zacząć to jak najszybciej, by nie wyjść z roli. 

Zastanawiam się, czy wiedział o moich zamiarach, może znał moje myśli. Nie sposób mi go pojąć, nawet po czasie spędzonym razem z nim. Musi coś ukrywać. Pewnie czerpie przyjemność z cudzego nieszczęścia, inaczej nie dopuściłby  do tego. Chory człowiek. Wszyscy tam mają coś z głową, skoro tylko czekali na zakończenie. Nienawidzę ich tak bardzo. Gardzę ich egoizmem i skrywanymi emocjami.

Wewnątrz kipię ze złości, lecz pomimo tego, a także pomimo przebywania w śpiworze, wciąż mi zimno. Zaciskam dłonie ponownie, jeszcze mocniej, kuląc się i wsuwając je między swoje uda, mając nadzieję, że odczuwana przeze mnie temperatura powędruje w górę, gdyż nie zapowiada się, bym szybko zasnął.

To było absurdalne. Czy on dodał mi coś do napoju, którego proponował za pierwszym razem? Nie zastanawiałem się przecież długo nad moją ideą. Po prostu zacząłem działać, modyfikacje w planie pojawiły się z czasem. Nie miałem już przecież na to wpływu. Najpierw chciałem tylko, żeby wypromować się na jego osobie, być najpopularniejszym, później doszło coś jeszcze. 

Dostrzegłem to już na pierwszym spotkaniu, lecz kolejne dwa, gdyż musiałem w jakiś sposób przeciągać naszą znajomość, utwierdziły mnie w tym przekonaniu. Pieniądze. Był bogaty. Zawsze mi coś proponował, a ja nigdy nie odmawiałem. Może sam robił to wszystko, żeby zobaczyć, czy może przyjaźnić się z kimś tylko dzięki fortunie. Udało mu się. Wolałem je nawet od popularności. Problem w tym, że uznałem, iż na samej przyjaźni nie będę dostawał wszystkiego, czego tylko chciałem. A według pogłosek podobałem mu się. Uznałem to za szansę. W końcu miałem możliwość zdobyć każdą rzecz, którą kiedyś chciałem, i to bez większego wysiłku. Jaką ceną było kilka czułości? Wierzyłem, że nie ma opcji, by doszło do czegoś więcej, w żadnym wypadku. 

Chciałem dostać wszystko i tyle właśnie straciłem za ten pomysł. Z ich winy, z jego winy.

Jestem wściekły, ale powoli się wyciszam, by nie wyzbyć się z siebie całej wody. Oddycham głęboko.

Nie byłem pewny, w jaki sposób powinienem dać mu do zrozumienia, że oczekuję czegoś więcej niż przyjaźni. Próbowałem wmówić sobie, że najzwyklejsza znajomość z nim byłaby nudna. Wciąż nie mam pojęcia, czy mogła być to prawda. Niewątpliwie jednak nie skończyłaby się dla mnie w tak beznadziejny sposób. Uśmiechałem się więc do niego w zalotny sposób, udawałem, że nie zauważam, że naruszam jego przestrzeń osobistą, „przypadkiem” dotykałem jego dłoni, przy każdej możliwej okazji. Robiłem to samo, co przy spotkaniach z dziewczynami, które lubiłem. Zwykle działało. Właściwie, nie burzył się tym, nie zwracał mi uwagi. Pewnie mu się to podobało. Zboczeniec.

Teraz jest mi za ciepło. Nienawidzę tych zmian temperatury. Przynajmniej teraz.  Denerwują mnie. Dawniej uwielbiałem wszelkie zmiany, głównie dlatego, że  zawsze było lepiej, teraz z każdą chwilą czuję się gorzej. Lekko wysuwam się ze śpiwora, by jakoś dojść do równowagi.

Spotkania były monotonne. Byliśmy dla siebie mili. Rozmawialiśmy na pospolite tematy. Na początku wydawał się tym wszystkim spięty. Przyznawał mi rację, często przecząc swojej opinii. Wyczuwałem to. Chciał mnie przy sobie zatrzymać za wszelką cenę. Był tak samotny, że nie zauważał moich kłamstw. Tak zdesperowany. A może to była jego gra? Część jego planu? Tak strasznie go nienawidzę…

Z czasem czuł się pewniej w moim towarzystwie. Ja też zacząłem być święcie przekonanym, że mój plan jest idealny. Tak więc zaczęliśmy częściej żartować i nie ukrywaliśmy naszego zdania. Przynajmniej takie miałem wrażenie. Nie wiem teraz, czy wtedy kłamałem, czy naprawdę mówiłem, co myślę.

Jeszcze nigdy nie flirtowałem z kimś tak długo. Po około tygodniu byłem zdolny wylądować z dziewczyną w łóżku. Tutaj czekałem ponad miesiąc, by Taric się na mnie otworzył, jeśli naprawdę to zrobił, po prostu był śmielszy w rozmowie.

Ściągam wiosenną kurtkę, którą ubrałem w pośpiechu, kiedy wychodziłem z domu. W namiocie jest na tyle ciepło, że jest zbędna, tak jak buty. Nie ma sensu próbować zasnąć, siadam, szukając czegoś do jedzenia. O ile jeszcze coś mi zostało…

Zaczął mi odpowiadać na zalotne uśmiechy i dwuznaczne sugestie. Niepewnie, ale jednak to robił. Częściej wychodziliśmy wieczorem na kolacje, by później spacerować samotnie po parku. Z dala od innych. Była to już zima, więc trudno było spotkać kogoś o później porze. Idealnie dla naszej dwójki, gdzie nikt z nas nie do końca wiedział, w co się pakuje.

Było miło.

Trwaliśmy w takiej relacji, gdzie żaden z nas nie wiedział, czy to już romans, czy wciąż jeszcze przyjaźń, dość długo. Minęły święta, zaczął się nowy rok, śnieg powoli zaczął topnieć, chociaż wciąż było chłodno. Noce stały się krótsze niż dni. A my wciąż chodziliśmy wieczorami w różne miejsca. Do kina, teatru, parków rozrywki, na mecze, odwiedziliśmy prawie każdą restaurację w okolicy. Wszystko za moją propozycją. I prawie za każdym razem odwiedzaliśmy po tym pobliski park, żeby jeszcze chwilę porozmawiać.

Jedno z takich wyjść było wyjątkowe. Byliśmy w kinie na filmie z gatunku fantasy. Był całkiem niezły, zyskał wielu fanów, ale teraz nie dam rady przypomnieć sobie tytułu. Pierwszą wyjątkową rzeczą było to, że Taric nie cofnął dłoni, jak to zwykle robił po kilku minutach, bojąc się, że źle to odbiera, kiedy po raz kolejny „całkiem przypadkiem” złapałem go za rękę.

Tego samego dnia, na spacerze, przełamał się naprawdę. W pewnym momencie w parku, zatrzymał się, pierw rozglądając się, czy nie ma wokół nas ludzi, gdyż nie było już tak ciemno jak w zimie, by, oczywiście po krótkim wstępie, zapytać się mnie dyskretnie, jakiej jestem orientacji. Wiedziałem, że do tego dojdzie, właściwie, czekałem na to, gdyż bez tego nie czułem się wystarczająco pewny, aby prosić go o dobra materialne.

Przez głowę przeleciały mi dziesiątki różnych odpowiedzi, a ja musiałem wybrać te najodpowiedniejszą. Wtedy mnie olśniło.

Był o wiele wyższy niż ja, więc byłem zmuszony stanąć na palcach, żeby nasze oczy spotkały się na tym samym poziomie. Był zmieszany, a ja musiałem być pijany, że wpadłem na taki pomysł, chociaż nie przypominam sobie, żebym tamtego dnia sięgał po alkohol. Pocałowałem go. Nie opierał się, wręcz przeciwnie. Czułem, że osiągnąłem mój cel. Kiedy odsunęliśmy się od siebie, zarzuciłem jakimś banalnym tekstem na podryw. Roześmiał się. Myślałem, że zbliżam się do końca mojego planu, tym czasem to był dopiero początek…

Na dnie plecaka znajduje kilka paczek z chrupkami. Powinny wystarczyć na dzień lub dwa. Sięgam po jedną z nich. Może zajem moje emocje.

Tak naprawdę mogłem to skończyć po miesiącu czy dwóch. Zdobyć zapas sprzętów i ubrań na co najmniej rok i coś wymyślić, żeby odejść. I tak trwało to za długo. Z czasem jednak coś dostrzegłem…

O dziwo spotkania z nim nie stały się rutynowe, nawet jeśli widywaliśmy się codziennie. Dalej wychodziliśmy w różne miejsca, łapałem go za rękę, żeby sprawdzić, w jaki sposób na to zareaguje. Wydawał się być zadowolony z tego powodu, nawet jeżeli martwił się opinią ludzi wokół nas.

Częściej pojawialiśmy się w centrach handlowych, gdzie bez oporów opróżniałem jego portfel. Nie chcąc, by zaczął coś podejrzewać, często wciągałem go do przymierzalni, by uśpić jego czujność pocałunkami. Może myślał, że kupujemy te wszystkie rzeczy, bo chcę się do niego wprowadzić? Nigdy go o to nie pytałem, ale teraz pewnie zastanawia się, w jaki sposób wejść do mojego domu, żeby odzyskać wszystko, na co wydał swój majątek.

Posiłek nie jest zły, zaspokajam mój głód, ale nie umywa się do tego, co jadłem przez około rok. Ponad rok. Straciłem tyle czasu z mojego życia, tylko po to żeby zniszczyć jego resztę. Nienawidzę mieszkańców mojego miasta, ludzi którzy zorganizowali to basenowe przyjęcie, tych którzy mnie kojarzą. Gdybym był kimś innym, a przynajmniej gdzieś indziej, nigdy by do tego nie doszło.

Nie wychodziliśmy codziennie, czasem nie było niczego ciekawego poza domem. Wtedy przychodziłem do niego, zajmując jego kanapę, wyrzucając z siebie, co mi leży na sercu. Zawsze słuchał. Pewnie podniecało go, ile o mnie wie. Nienawidzę go. Dobrze, że tak naprawdę nie wiedział niczego.

Mogłem to skończyć. Wyszłoby to na dobre nam wszystkim. Nie miałem potrzeby marnować więcej czasu na związek bez przyszłości. Lecz pojawiło się jedno „ale”.

Czułem się tak dobrze, mając nad nim kontrolę. Mówiłem, czego potrzebuję, a on zaraz mi to dawał. Powtarzałem mu, że kogoś nienawidzę, a i on tracił zaufanie do tego człowieka. Byłem ważny. Miałem władzę. Byłem panem sytuacji. I, co najważniejsze, czułem się bezpieczny. Tak jak zakładałem, nie mogło dojść do niczego więcej, niż pocałunki, czy inne lekkie pieszczoty. To podobało mi się najbardziej.

Był zakochany we mnie,  w mojej osobie, nie w ciele. To było dla mnie najlepszą zabawą. Udawałem chętnego, zachęcałem, żebyśmy poszli do łóżka, lecz ten zawsze odmawiał. Tylko w tym się opierał. Pocałunki były dla niego ostatecznością. Bliskość cielesna go krępowała. Najważniejsze były uczucia. Dla niego. Dla mnie pieniądze.

Jeszcze przez długi czas wszystko było w porządku. To inni ludzie tutaj zawinili. Wtrącili się w nasze życie. Obserwowali nas, kiedy wychodziliśmy na miasto. Rozmawiali na ten temat. Ignorowałem ich, byli po prostu tak znudzeni sobą, że szukali sensacji u innych. Problem pojawił się w momencie, kiedy dostrzegł, jak wiele pieniędzy Taric na mnie wydaje. Zaczął wysnuwać swoje teorie, którymi podzielił się z resztą. Nie wiem, kto to był, ale mam nadzieję, że źle skończy.

Plotka rosła w siłę, nie przejmowałem się tym jednak, gdyż stałem się dzięki temu bardziej znany, a i tak to ode mnie zależało, w co Taric uwierzy. Przecież to mi ufał najbardziej. Tak mi się wydawało, ale teraz wiem, że sam wszystko musiał uknuć, żeby to on mógł się wybić ponad tłum. Chciał zagrać tego poszkodowanego i wyszło mu to aż za dobrze.

Ta część moich wspomnień przyprawia mnie o zawroty głowy. Dawno nie  spotkało mnie coś takiego. Przechodzą mnie dreszcze. Czuję ogarniający mnie chłód, chociaż przed chwilą nie mogłem wytrzymać wciąż rosnącej temperatury w namiocie. Jeszcze raz zadaję sobie pytanie, dlaczego właściwie to wspominam, skoro i tak niczego już nie zmienię. Wcześniej miałem ku temu powód, lecz już go zapomniałem. Chcę zakończyć odtwarzanie mojej największej porażki, ale nie jestem w stanie tego zrobić.

Musiał widzieć, co takiego ludzie o nas piszą. Było o tym mnóstwo informacji. Nie było opcji, żeby nie wiedział, skoro niektórzy zaczepiali nas na ulicy, odciągając go na krótką rozmowę. Gardzę nimi. Zrobią wszystko, żeby tylko zniszczyć komuś innemu życie, by karmić się przekonaniem, iż oni mają lepiej. Zniszczyli wszystko.

Ignorowałem to, wierząc, że liczę się tylko ja, niezależnie od okoliczności. Dalej się trzymałem się z nim za ręce. W dalszym ciągu łączyłem się z nim w pocałunku, kiedy zaciągałem go gdzieś z dala od tych żałosnych ludzi.

I nie zważając na nic, po raz kolejny zaproponowałem mu seks. Sęk w tym, że tym razem się zgodził. Nigdy nie brałem pod uwagę takiej ewentualności. Nie byłem na to gotów. Mogłem robić wszystko, ale nie to. I uświadomiłem to sobie dopiero w tamtym momencie.

Starałem się ratować sytuację, a właściwie – siebie. Tłumaczyłem się, że tylko żartowałem, że może kiedy indziej to zrobimy, że jednak nie jestem gotowy. Powtarzałem to, co słyszałem kiedyś od dziewczyn, z którymi się umawiałem, albo co usłyszałem w filmach, które razem oglądaliśmy.

„Nie mógłbyś tego zrobić, prawda?”

Na wspomnienie tych słów, czuję odruch wymiotny.

W jego głosie czuć było gniew, żal, zawód, chęć spowodowania u mnie wyrzutów sumienia.  Nie odpowiedziałem, co tylko utwierdziło go w przekonaniu, że pogłoski były prawdą. Nie miałem pojęcia, w jaki sposób powinien się bronić.

Kontynuował. Pytał, dlaczego to robiłem. Czy to sprawiało mi przyjemność. Milczałem, nie chciałem mówić mu prawdy. Jego ton głosu przerastał mnie, czułem się okropnie. Nie odzywałem się tak długo, że Taric po prostu poprosił mnie, żebym wyszedł. Tak też zrobiłem, nie mogąc na niego spojrzeć. Szybko znalazłem się w moim mieszkaniu, nie wiedząc, co powinienem teraz zrobić. Ludzie mogli w każdej chwili domyślić się, do czego doszło, a ja byłem sam. Wiedziałem, do czego niektórzy są zdolni. Starałem się ochłonąć. Musiałem dalej grać, wmawiać innym, że do niczego nie doszło. Taki był mój zamiar, który uspokoił mnie na tyle, że byłem w stanie zasnąć.

Rano jednak oni znali już całą historię. Może to Taric im to powiedział, może ktoś to widział. Nie wiedziałem i dalej tego nie wiem. Dostałem wiele wiadomości pełnych nienawiści w stosunku do mnie. Nie chciałem wychodzić, miałem wrażenie, że ktoś jest pod drzwiami. Czułem się bezbronny. Jedynym wyjściem była dla mnie ucieczka, spakowałem więc rzeczy, które uznałem za najpotrzebniejsze i wieczorem wybiegłem z domu, aby poszukać czegoś, by wydostać się z miasta.

W pociągu mój strach zaczął zmieniać się w gniew. I słusznie. To wszystko ich wina. Nie moja.

Przecież gdyby zostawili nas w spokoju, wszystko byłoby dobrze. Nienawidzę ich.

Nie dam rady zasnąć, więc nie mam zamiaru wchodzić do śpiwora po raz kolejny, jednak znowu jest mi zimno. Sięgam ponownie po moją kurtkę, wierząc, że ta będzie idealna, by znowu osiągnąć równowagę. Wkładam ręce do kieszeni, by coś z nimi zrobić. Wtedy pod palcami czuję, coś czego nie powinno ze mną być.

Naszyjnik.

Jego naszyjnik.

Dał mi go po miesiącu od naszego pierwszego pocałunku. Nie prosiłem o niego. Dał mi go od serca. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, włożyłem go do tej kieszeni i zapomniałem o nim. A to przecież była jego ważna pamiątka.

Może jednak naprawdę coś dla niego znaczyłem, skoro podarował mi coś tak cennego dla jego osoby? Co jeśli on nie miał żadnego planu?

Tak naprawdę poświęcał się dla mnie całym sobą. Dawał mi wszystko. Słuchał mnie. Był ze mną.

Co jeśli to nie jest jego wina?

Dlaczego robiłem to samo, co niektóre dziewczyny, chcące się ze mną spotykać, tylko dla popularności? Gardzę nimi, więc dlaczego?

Zraniłem go. Tak bardzo go zraniłem. Co jeżeli coś sobie zrobi? Inni ludzie pewnie nie dają mu spokoju i to wszystko przeze  mnie.

To moja wina.

Nie brakowało mi przy nim niczego. W końcu nie byłem samotny. Jak mogłem tak postąpić? Zrobić to jemu… zrobić to sobie…

Serce zaczyna mi szybciej bić. Przywiązałem się do niego. Muszę go przeprosić. Może jakoś to naprawię. Wątpię, ale mogę spróbować. W końcu to wszystko zaczęło się od nieprzemyślanego planu, więc może tak też się zakończy.

Pakuję się. Nie myślę nawet o składaniu namiotu. Muszę wrócić do miasta jak najszybciej. Nie mogę czekać.

Rozgrzany wypadam na zewnątrz. Przeżywam natychmiastowy szok termiczny. Będę chory, ale tym razem to nie ja jestem najważniejszy.

Może mi wybaczy. Jeśli nie, choroba będzie moim wybawcą, bo nie dam rady żyć, będąc nienawidzonym przez wszystkich wokół mnie, nie mogąc poprawnie funkcjonować przez wyrzuty sumienia.

Odsuwam od siebie te myśli, idąc najszybciej jak się da, by niebawem znaleźć się na stacji i wrócić do siebie. W drodze będę miał czas, by pomyśleć, co mu powiem.

Czuję na szyi jego naszyjnik. Muszę go przeprosić. Jeśli mi się nie uda, będę wściekły.

Na siebie.

 

 

 

 

 

 

[Taric x Ezreal] Travel

- Hej!

- Cześć.

- Wszystko w porządku?

- Jak zawsze.

- Słyszałem, że znowu idziesz na wyprawę.

- Yhm. Co z tego?

- Myślałem, że mógłbym cię wspierać… czy coś w tym stylu.

- Nie trzeba.

- Na pewno?

- Taric, zrozum, że dam sobie radę. Zajmij się lepiej klejnotami.

- Po prostu myślałem, że…

- Nie trzeba.

- Tam jest niebezpiecznie, może jednak…

- Odpuść!

- …nie musiałeś tak reagować.

- Sam się o to prosiłeś. Możesz to wyleczyć.

- Rozumiem.

- To dobrze.

- Czyli nie chcesz pomocy?

- Już mówiłem.

- Rozumiem, ale…

- Po prostu daj mi spokój.

- Już idziesz?

- …

- Ez?

- …

***

- Hej!

- Cześć.

- To naprawdę ty?

- Czemu miałoby być inaczej?

- Słyszałem wieści, wszystko.

- Naprawdę?

- Niezła historia! Serio przeszedłeś przez to wszystko?

- Yhm.

- Czemu nie mówiłeś wcześniej?

- Nikt nie pytał.

- Oh, faktycznie.

- Coś nie tak?

- Nie, wszystko w porządku. Naprawdę wspiąłeś się na Targon?

- Nie wierzysz?

- Nie, znaczy tak, znaczy… po prostu… wow. To takie niesamowite.

- Tak sądzisz?

- Tak! I myślałem, czy nie chciałbyś kiedyś…

- Nie trzeba.

- Co?

- Nie rób mi łaski, nie teraz.

- Ja po prostu chciałem…

- Moje zadanie samo się nie wypełni. Wybacz, ale muszę iść.

- Poczekaj!

- …

- Taric?

- …

 

 

[Własne] Naprawdę.

Cześć mamo, cześć tato. Pewnie martwiliście się o mnie i ta wiadomość was zasmuci, ale… ja już nie mogę. Przepraszam. Zgaduję, że otrzymaliście tę wiadomość od policji. Oni pewnie pierwsi ją znaleźli i odsłuchali. Zanim kontynuujecie słuchanie, prosiłbym was o jedno. Nie chcę, żeby ktoś z moich przyjaciół to słyszał, dobrze? To dla mnie zbyt osobiste. Chcę zostać zapamiętany jako silna osoba. Chociaż właściwie… samobójcy chyba nie są silni. Trudno. Po prostu tego nie róbcie. Od czego zacząć… stoję teraz na moście. Tym nad rzeką do której zawsze spacerowaliśmy, gdy byłem dzieckiem. To dobre miejsce, bo nikt mnie nie widzi i nie słyszy. To zapomniana okolica, ale raczej ktoś tu trafi, gdy prąd przyniesie moje ciało gdzieś do ludzi. Lub gdy zgłosicie moje zaginięcie, o ile to zrobicie. Kurwa, dlaczego ja to nagrywam? Przepraszam, nigdy nie słyszeliście przekleństwa z moich ust… starałem się być przy was taki grzeczny, może to przez to teraz tutaj stoję…? O, już pamiętam, chcę sprawiedliwości. Dlatego trzymam właśnie w ręce dyktafon i mówię. Nie robię tego, dlatego że chcę się z wami pożegnać, pewnie moje słowa, które właśnie słyszycie powodują smutek, może łzy. Trudno. Chcę sprawiedliwości, reszta mnie już niezbyt interesuje. Czuję się okropnie, że te słowa płyną właśnie z moich ust. Nie zrozumcie mnie źle, kocham was, ale nie pomogliście mi, gdy tego potrzebowałem i teraz tylko moja śmierć może rozwiązać ten problem. Wiem, mogłem pójść na policję i to zgłosić, tylko że nie umiałbym się później pokazać przy ludziach. Wiem, jak to brzmi, ale oni wszyscy tylko czekają na coś, aby zniszczyć drugą osobę. I wtedy też bym tutaj stał, ale z jeszcze większym bólem w sercu. Ale dlaczego robię to właśnie teraz? Kojarzycie Nowaka, tak, tego nauczyciela biologii, tak, tego, który mnie uczył, dokładnie, tego, który zgodził się na udzielanie mi korepetycji, bo zupełnie nie radziłem sobie z jego przedmiotem. Jakim byłem idiotą, niektórzy zawalają naukę, bo w domu mają ojca alkoholika i chorą matkę, bo muszą pracować i nie mają czasu na naukę, a ja… po prostu byłem pierdolonym leniem. Przepraszam, znowu to robię. No, więc go kojarzycie. Mamo, pamiętasz, kiedy przyszedłem do ciebie  po pierwszym dniu jego pomocy i powiedziałem, że nie chcę? Że nic mi to nie daje? Tak, powiedziałaś wtedy, że to przez to, że byłem tam dopiero pierwszy raz. A wiesz co? Kłamałem. Może nie do tego, że nic mi to nie dawało, bo to prawda, ale… przepraszam, może nie słyszycie mnie zbyt wyraźnie, nie mogę przestać płakać, to okropne o tym mówić, on mnie nie uczył, mamo, ten człowiek to jebany świr. Naprawdę. To zboczeniec. Wiesz, że kiedy o tym mówię, właśnie teraz, czuję ból w nogach, klatce piersiowej i… nieważne. Chyba się domyślasz. Tato, wybacz, że skupiam się na słowach do mamy. Ona po prostu pewnie bardziej to przeżywa… przepraszam, pewnie sprawiam wam teraz ból psychiczny. Wiecie, że nie jest on tylko biologiem? Zna się też na innych rzeczach. Choćby chemii. Wiecie, że umie on przygotować zastrzyk, który paraliżuje nogi na kilka godzin, w taki sposób, że nie możesz nic zrobić, tylko pozwalać na jego dotyk, bo jesteś związany i zakneblowany? No, to już wiecie. Wybaczcie, trochę za bardzo to przeżywam, ale chcę sprawiedliwości. Chcę dla niego kary. Nienawidzę go. Każda myśl o nim mnie obrzydza. To chyba logiczne, prawda? Miałem dziewczynę, miałem, bo ostatnio ode mnie odeszła, twierdząc, że dziwnie się zachowuję. Jak miałem się zachowywać, gdy, nie chcąc tego, miałem jeszcze chłopaka. Mężczyznę. Zboczeńca. Wiecie o co mi chodzi. Na drugą lekcję prowadziliście mnie pod same jego drzwi, twierdząc, że bez tego pewnie nie pójdę, bo jestem tak leniwy. Nieprawda. Bałem się i to słusznie, tak sądzę. A wiedzieliście, że robił zdjęcia, gdy przywiązywał moje nogi i ręce do podłoża i sprawdzał, ile litrów wody się we mnie zmieści. Wybaczcie, ale nie żałuję, że zaraz skoczę. I tak pewnie zdechłbym niedługo na jakiś krwotok wewnętrzny. Zaraz zwymiotuję, te myśli są strasznie przytłaczające, nie wiem jak dla was, dla mnie tak. Pewnie nawet nie rozumiecie, jak ciężko mi o tym mówić, szkoda, chyba, że jesteście w stanie wyczytać to z mojego głosu. Słabego i zachrypniętego, przepraszam, nie umiem nad nim zapanować. Na szczęście umówiliście się tylko na dwie lekcje w tygodniu. W domu starałem się nauczyć jak najwięcej, żeby zaliczyć ten przedmiot i mieć spokój od tego pojebanego człowieka. Przepraszam. Wiecie co? Zapytał mnie na lekcji o coś z zakresu studiów. Jak mogłem na to odpowiedzieć? Nie mogłem. Domyślacie się, że właśnie po tym zdarzeniu zaproponował wam, że będzie mnie uczył cztery razy w tygodniu. A wy się zgodziliście, chociaż was błagałem, abyście tego nie robili. I teraz właśnie stoję tutaj. Nie mogę się doczekać, kiedy stąd zniknę. Nie dbam o to, że pewnie wyląduje w piekle. Piekło mam tutaj. Błagam, zamknijcie go, załatwcie mu karę śmierci, cokolwiek. Nie chcę umrzeć na darmo. Błagam… Ktoś idzie, tak mi się wydaje, może to moje omamy, mam je od niedawna. Od pierwszej lekcji u niego, wciąż czuję jakby ktoś się do mnie zbliżał. Nieważne. To wszystko. Naprawdę was przepraszam. Kto wie, może kiedyś jeszcze się zobaczymy, choć wątpię. Mamo, dbaj o siebie, pilnuj Kasi, niedługo będzie dorastać, nie chciałbym, żeby coś jej się stało. Tato, proszę, dopilnuj, żeby mama i Kasia się nie załamały, kiedy zniknę. I proszę jeszcze o jedno. Sprawdzaj, z jakimi nauczycielami będziecie zapisywać ją na korepetycje. To wszystko. Nie zapomnijcie, robię to dla sprawiedliwości… i przepraszam, po raz kolejny. Naprawdę.

[Własne] Szczęście

Szczęście. Co to jest? Wieczna parabola. W końcu osiągasz spełnienie, docierasz na szczyt, twoje wnętrze ogarnia to przyjemne ciepło, by po chwili dostać najsilniejszy cios. Czy to nie jest najdosadniejszy opis? Im wyżej się wznosisz w swojej radości, tym z większą prędkością sięgniesz dna. A odbicie się wcale nie jest łatwe. Mówi się, co prawda, że gdy jest się na samym dnie, droga prowadzi tylko na górę, lecz jak wyczuć ten prawdziwy koniec? Prawdopodobnie to niewykonalne.

Rozglądam się, chociaż każdy ruch powoduje niesamowity ból. Ogarnia mnie ciemność, chociaż mogę jeszcze dostrzec zarysy budynków. Nie jestem tutaj sam. Gdyby ktoś chciał, mógłby wyjść i mi pomóc. Odpowiedzieć na hałas, jaki niedawno powodowałem, ale nie, to nie ich sprawa, to nie miejsce na ingerowanie w cudze problemy.

Słyszę, jak wiatr przypomina o końcu lata. Huczy jakby miał to robić po raz ostatni. Mimo to nie mogę go poczuć. Być może to wina budynków, być może moja, mojego ciała, bytu. Czuję dokładnie, jak bije moje serce, zupełnie jakbym odprężał się teraz we własnym łóżku. Tym razem jednak robi to nieregularnie, przyspiesza, sprawiając, że odnoszę wrażenie, iż zaraz wyskoczy z mojej piersi, by po kilku sekundach gwałtownie zwolnić. Nie wiem, co się ze mną dzieje.

Cały czas błądzę wzrokiem, natrafiając jedynie na ciemność. Tak, światła zaczynają gasnąć, pochłania mnie powoli jeszcze większa, bezdenna czerń. Czuję kolejne uderzenie w mój bok. Nie przestaje.

Sytuacja, w której jestem, przygnębia mnie. Nie tylko ze względu na ból, powody, stan mój i tej drugiej osoby, której nie mogę odnaleźć w mroku. Jest sucho. To mnie smuci, nawet jeśli dla mnie to korzystne. Chyba. Nie moknę, lecz gdyby nagle ogarnęła nas ściana deszczu, odszedłby. Nie przekonam się niestety, czy ten domysł jest prawdziwy. Niebo dzisiaj było wyjątkowo czyste.
Moje ciało zabrudzone jest krwią, tak gorącą, że mam ochotę krzyczeć od oparzeń, chociaż są złudne. Od walki z własną świadomością, zalewam się potem. Ile bym dał za te chłodne i czyste łzy nieba…
Takie sceny kojarzyłem jedynie z filmów, gdzie, z emocjonalną muzyką w tle oraz niesamowitą ulewą, ofiara leżąca bezsilnie i modląca się o koniec, powoduje w widzu taką empatię, że ten pragnie tylko wejść w ekran i jej pomóc. Tutaj jednak nie słyszałem żadnych melodii, a moje otoczenie wilgotne było tylko przez ślinę, krew i pot. Widocznie nie zasługuję na litość nawet od jakiejś osoby z zewnątrz. Chyba jestem tak zbędną i niepotrzebną postacią trzecioplanową, że nikogo nie interesuje mój los. Nawet ta druga, najbliższa mi osoba, nie wyjawia się z mroku, jakby nigdy nie istniała.

Czuję łzy na moich policzkach. I tak długo wytrzymałem. Zaczynam się poddawać.

Cios.

Wydaje mi się, że słyszę nad sobą osobę inną od mojego oprawcy. Pierwotnie utwierdzam się                       w przekonaniu, że to najzwyklejsza halucynacja, lecz fakt, że nie kojarzę tego głosu, obala twierdzenie. Próbuję coś powiedzieć, poprosić o pomoc, ale nie daję rady. Do moich uszu docierają słowa tak zniekształcone, że nie mogę stwierdzić, czego dotyczy rozmowa. Jestem w stanie jednak stwierdzić, że to kłótnia. Nowo przybyła osoba chyba próbuje mnie obronić, chce w to przynajmniej wierzyć. W podziękowaniu posyłam jej uśmiech, wydobycie go na wierzch, wymaga ode mnie sporego wysiłku.
Kłótnia nagle się kończy. Przemawia teraz tyko ten, który mnie skrzywdził.

Kopnięcie.

Postać, która miała mnie uratować, odchodzi. Domyślam się nawet, co usłyszała od mojego oprawcy. Czuję się coraz bardziej bezsilny. Nieszczęśliwy. Że też musiało do tego dojść właśnie dzisiaj, w dzień, kiedy postanowiłem wyjść z cienia.

Cios.

Nigdy nie zrobiłem niczego nielegalnego. Nie zabiłem, ba, nie pobiłem. Nie przesadzałem                      z alkoholem. Nie brałem narkotyków. Przykładałem się do wszystkich moich prac. Uczyłem się. Znalazłem pracę. Ale i tak cierpię. Nie powinienem był próbować się ujawnić.

Na chodniku, przy  którym się znajdujemy, zaczyna się pojawiać więcej osób. Być może to czas, kiedy duża ich część wychodzi z klubów, pubów i innych takich miejsc, nie wiem.
Moja sytuacja wzbudza w nich ciekawość. Kilkoro podchodzi, by po krótkiej wymianie zdań wrócić na swój pierwotny szlak.

Splunięcie.

Nic im nie zrobiłem, jednak w widoczny sposób mnie nienawidzą, gardzą moją osobą. Chciałbym wstać i wyjaśnić całą tę sytuację, ale cóż, ból ogarniający całe moje ciało, mi to uniemożliwia.

Cios.

Nie mogę pojąć, dlaczego moja inność, pozornie tak niedostrzegalna, skutecznie wymywa z otoczenia empatię. Nie wydaje mi się, żebym krzywdził tym kogokolwiek. Nie jestem bestią, a człowiekiem, jak oni wszyscy.

Kopnięcie.

Oddycham płytko. Znowu jestem z Nim sam na sam. Nie mam pojęcia, dlaczego On tak bardzo chce mnie skrzywdzić, jeżeli nawet Go nie prowokowałem. Moje ciało powoli drętwieje. Gdzieś w oddali słyszę głos, do którego cały czas było mi tak tęskno, tak melodyjny, uzależniający, który jest powodem mojej paraboli szczęścia. Może tym razem pozwoli mi się odbić… może…

Ostatnie kopnięcie.

Już nie czuję bólu. Mój oprawca oddalił się czym prędzej. Zaczęła na mnie spływać ciemność, tak gęsta, że z trudem łapię oddech. Podbiega do mnie moja miłość. Osoba, której zdołałem wyjawić moje uczucia dopiero dzisiaj, zaakceptowała je, lecz ujawienie się w miejscu publicznym było błędem. Pochyla się nade mną, czuje jej słone łzy na twarzy. Jej bliskość uspokaja mnie. Staram się uśmiechnąć. Moje szczęście, to ta postać. Jej uśmiech, spojrzenie, dotyk, głos, serce. Próbuję unieść dłoń, by ukoić smutek, ale nie mogę. Złamanie? Paraliż? Staram się o tym nie myśleć.

Przymykam oczy, czując innych ludzi wokół mnie. Pogotowie, jak mniemam.

Gdy próbuję wrócić do poprzedniego stanu, szerzej je otworzyć, zdaję sobie sprawę, że nie dam rady. Oczy powoli zamykają się coraz bardziej, odbierając mi światło. Nie chcę wracać znowu do ciemności. Nie straciłem na tyle dużo krwi, żeby… Nie! Wszystko wokół mnie zwalnia. Nie mogę wydać z siebie żadnego dźwięku. Słyszę cichnące serce. Zbliżam się do mroku coraz bardziej. Nie pozwolę na ponowne oddalenie się od mojego Szczęścia. Nie teraz.  Ogarnia mnie bezgłośny krzyk, a później…

Później sięgam jeszcze większego dna, z którego tym razem nie znajdę wyjścia. Ono nie istnieje.

I znowu jestem sam.

Wszystko przez homofobię.

 

[Tak trochę bardzo niczego nie dodaję na tego bloga, głównie dlatego, że skupiam się na innym opowiadaniu ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Z tego powodu nie mam czasu na dodawanie nowych rozdziałów z zaczętych tutaj historii. Postaram się więc powrzucać raz na jakiś czas moje własne prace, chociaż nie wiem, czy spodobają się one komukolwiek.
Tak czy inaczej, jeśli ktoś to przeczytał, to dziękuje bardzo, zachęcam do napisania swojej opinii, no i życzę miłego dnia/wieczoru/nocy/czegokolwiek innego :)]

[Mickiewicz x Słowacki] Senpai, notice me…!

W Krzemieńcu słońce wznosiło się już wysoko. Większość ludzi tu przebywających pobudziło się już i ruszyło do prac, w mieście lub na jego obrzeżach w polu. Jak zawsze mieli sporo spraw do załatwienia. Zajęcia tutaj bowiem nigdy się nie kończyły, było to oczywiście zrozumiałe.

W miejscu tym jednak jedna osoba wciąż nie wybudziła się ze swojego snu. Poprzedniego wieczora dostała ona nie kilka flaszek, nie napadu agresji, lecz nagłego przypływu weny. Niejaki Juliusz Słowacki pisał do tak później pory, że był pewny, iż gdy wstanie słońce, pierw oślepi go swym blaskiem, a następnie, jakimś nieznanym sposobem powie mu coś na wzór: „No pora wstawać… a nie czekaj, ty nawet nie zasnąłeś, bo próbowałeś skleić kilka sensownych zdań, ale ci to nie wyszło, ty marna, mała cioto.” Nie przekonał się, czy byłoby to możliwe, gdyż zdążył zasnąć. I spał do teraz. Sny jego były dziwne, trudne do wyjaśnienia, bezsensowne jak przystało na coś zrodzonego w głowie poety. Już zbliżał się do końca jednej z historii przedstawianej w podświadomości, gdy to bezczelne słońce wdarło się promykami do jego pokoju. Przetarł leniwie oczy, zerkając na naścienny zegar. Widząc godzinę, zerwał się na równe nogi, wykrzykując:

- Matko boska! Jestem spóźniony!

Ubrał się w ciągu kilku minut, może dałby radę w kilka sekund, lecz za bardzo bał się, iż będzie przez pośpiech źle wyglądał. Biegał po pomieszczeniu wykrzykując panicznie rymy. Dlaczego? Bo mógł.

Przez jego brak pośpiechu podczas strojenia się, nie miał wiele czasu, by przygotować sobie jakieś odpowiednie śniadanie. Dlatego też zmuszony był nasycić się chlebem z twarogiem. Ser ten był tak śnieżnobiały, że oślepiał on Julka, lecz chłopak nie baczył na to i trzymając posiłek w ustach, chwytając w ręce kartki, część z notatkami, część czystą, czekającą dopiero, by je zapełnić. Wsunął je pod pachę, złapał jeszcze coś do pisania i prędko wybiegł z domu.

Biegł czym prędzej, wymijając przeciętnych mieszkańców, witających się z każdym dookoła, momentami nucących coś pod nosem. Nie odpowiadał im, mógł się tylko domyślić, że w najbliższym czasie pojawią się pierwsze plotki z nim w roli głównej. Starsze kobiety umiały niejednokrotnie stworzyć lepszą fikcję niż wielu artystów. Słowacki odsunął jednak te myśli na bok, przyspieszając, by być na czas w miejscu obranym za cel.

Zbliżał się do skrzyżowania dwóch ulic. Stamtąd tylko w lewo i w ciągu czterech minut będzie na miejscu. Powinien zdążyć. Biegł pewny siebie, wciąż mając w ustach chleb z twarogiem.

Już szykował się, by gwałtownie skręcić, już lis był w kurniku, gdy nagle poczuł, że ta droga nie będzie tak prosta jak zakładał. Po chwili upadł na ziemię pod wpływem zderzenia z obcym ciałem.

Chwilę zajęło mu otrząśnięcie się. Zderzenie spowodowało, że kartki, które trzymał wypadły mu, mieszając się z tymi, które trzymała osoba, na którą Julek wpadł. Przetarł nerwowo oczy, spoglądając na mężczyznę, który przerwał mu bieg.

Był o wiele straszy od niego, włosy miał ciemne jak noc, podczas której oczywiście Słowacki nie miał zamiaru zasypiać, gdyż próbował stworzyć cokolwiek sensownego. Poderwał się na równe nogi, otrzepując swój strój i kłaniając się mężczyźnie w pas.

- Przepraszam najmocniej, to był wypadek – po czym szybko uklęknął, zbierając porozrzucane papiery.

- Cóż, Mały, wypadki chodzą po ludziach – westchnął, również się podnosząc i otrzepując.

Juliusz szybko podał mu część pozbieranych papierów, sam przyciskając do piersi domniemaną swoją własność. Mógł oczywiście zacząć dyskusję, że nie jest mały, lecz obecnie nie miał na to czasu. Przeprosił mężczyznę ponownie, po czym skierował się w stronę swojego celu biegnąc jeszcze szybciej, aby się nie spóźnić.

Udało mu się. Dotarł na obrzeża miasta. Zajął swoje ulubione miejsce pod drzewem, wyczekując tego, co dawało mu złudne natchnienie każdego dnia. Dochodziło południe. Niebawem wszystkie młode panny, pracujące w polu, będą z niego schodzić, by udać się na posiłek. Ich delikatny chód i wygląd kojarzyły się Słowackiemu z czymś tajemniczym i pięknym zarazem. Wierzył, że kiedyś uda mu się napisać historię o damie, która łączyłaby te dwie cechy. Spojrzał na kartki, które wziął ze sobą, lecz nie! To nie były jego notatki, a prace osoby, na którą wpadł.

Oczywiście, mógł jeszcze wstać i zacząć szukać mężczyzny, by oddać mu jego własność, lecz wtedy straciłby tę chwilę, która zdarzała się jedynie raz dziennie. A może tym razem zobaczy tutaj cos wyjątkowego? Nie mógł ryzykować utraty tego widoku.

Uznał jednak, że podczas czekania może przejrzeć jego prace.

Zacząć odczytywać kolejne słowa. Więc i on był poetą? Każda z liter zaczynała go powoli hipnotyzować. Nie miał pojęcia, dlaczego tak się dzieje. Wziął głęboki wdech i zaczął sunąć wzrokiem po kolejnych kartkach. Każde kolejne zdanie pochłaniał niczym chętna dziewoja przyrodzenie swojego lubego. Nie mógł uwierzyć, że ktoś może tworzyć takie dzieła. To było to, do czego on cały czas dążył.

Zaczęły mu się trząść ręce. Po ścieżce do miasta powoli wracały z pracy młode kobiety, śmiejąc się i dokazując, lecz on nie zwracał na nie uwagi. Po policzku spłynęła mu łza. Zazdrość? Duma? Szczęście? Sam chciałby wiedzieć, która z emocji nim teraz kierowała.

Chciał porozmawiać z autorem. Natychmiast.

Zerwał się ponownie, nawracając w stronę miasta. Nie mógł być tutaj tylko na chwilę, wciąż jeszcze miał szansę na spotkanie go.

Momentalnie znalazł się na skrzyżowaniu, na którym zobaczył go po raz pierwszy. Rozejrzał się nerwowo, lecz nigdzie go nie było. Właściwie było to zrozumiałe, lecz Julka zabolało coś w jego wnętrzu. Złapał się za koszulę, czując, że robi mu się coraz goręcej, właściwie możliwe że od pogody, chociaż to nie mógł być jedyny czynnik. Obok niego przeszła jakaś miejscowa kobieta.

- Proszę pani! Niech pani zaczeka! – wypalił, zanim zdał sobie sprawę, co właśnie wyczynia. Rzadko odzywał się do kobiet, a teraz…

- Słucham…?

- Kojarzy może pani jednego takiego mężczyznę? Ciemne włosy, ponad dwadzieścia lat, poeta…? – mówił bez namysłu. Było mnóstwo takich osób w okolicy, nie miał szans, by go odnale…

- Oh, Adam Mickiewicz? – posłała mu serdeczny uśmiech. – To niewątpliwie o niego chodzi… – dodała, po czym odeszła powolnym krokiem.

Patrzył na nią w osłupieniu. Adam… może być. Teraz niewątpliwie go znajdzie, a wtedy…

A wtedy co?

Spojrzał niepewnie w niebo, zastanawiając się, co on tak w ogóle planuje.

To nie miało sensu. Stanowczo.

Pobiegł do domu, cały czas przyciskając przypadkowo zdobyte poematy do piersi. Wbiegł szybko do swojego pokoju i rzucił się na łóżko, powtarzając tekst po raz kolejny… i kolejny… i kolejny.

- Chciałbym, żeby senpai mnie zauważył – szepnął sam do siebie po chwili, lecz słysząc, co powiedział, zakrył usta. Co to w ogóle znaczyło?

Chociaż… nieważne. Musiał coś zrobić, by zyskać w oczach Mickiewicza. Wstał z łóżka i zabrał się do pracy.

Lecz do samego końca był on tym Małym. 

[Kiedy tak bardzo nie masz czasu na pisanie innych opo, że wrzucasz Słowackiewicza, żeby nie usunęli ci bloga ;;; jak znajdę czas to go doprawię i w ogóle, dziękuję za przeczytanie u w u]

 

 

 

[Gimper x JDabrowsky] Unknown – rozdział 3

Wokół nich panowała teraz przytłaczająca cisza. Twierdzenie z internetem było absurdalne, jednak w ich obecnej sytuacji nie można było się w niczym doszukać sensu. Gimper spojrzał na Jasia, ten wyraźnie pobladł na twarzy, trudno było stwierdzić, czemu tak się stało, jednak to co usłyszał, było szokujące, być może to z tego powodu był  tak zmieszany…? Tomek nie mógł tego stwierdzić. Stał, czekając, aż chłopak się odezwie lub zrobi coś innego. Wyczekiwał tego długo, oglądał w tym czasie otaczające ich niebieskie pasy, które teraz mogły być wszystkim. Przesuwały się z różna prędkością, miały różne grubości, odcienie, do tego każdy pas błękitu kierował się w inną stronę. Co to mogło być? Łącza? Prąd? Maile? Kody? Programy? Tutaj wszystko było możliwe. Oczekiwanie się opłaciło, gdyż po chwili Jasiu był w stanie się odezwać.

- Jak to się stało? – jego głos był słaby, niepewny i przerażony, Gimper naprawdę nie mógł zrozumieć dlaczego. Przecież tkwili w tym już trochę czasu. Odkrycie, gdzie dokładnie się znajdują tylko przybliżyła ich do znalezienia stąd wyjścia.

- Nie mam pojęcia – westchnął. – Ale musimy się jakoś wydostać.

Młodszy chłopak skinął głową na zgodę.

- Umiesz przenosić się w różne miejsca… teleportuj nas na jakieś forum odnośnie hakowania, proszę. Może tam uda nam się coś znaleźć. Albo coś o czarnej magii…

Na tę prośbę zadrżał, faktycznie coś, prawdopodobnie medalion, pozwalało mu na przenoszenie się między stronami, jednak nie wiedział, w jaki sposób to funkcjonuje. Powinien po prostu o tym pomyśleć? Wziął głęboki oddech, starał się skupić na czymś, co pomogłoby im znaleźć wyjście. W jego głowie pojawiały się różne propozycje, znał kilka forów, na których można by znaleźć odpowiedź. Ściskał swoje dłonie, myślał, czuł, że otacza go światło, które ich przeniesie. I wtedy usłyszał hałas. Otworzył nerwowo oczy, by spojrzeć za siebie. Jaś milczał i również się temu przyglądał. W ich stronę zbliżały się dwie kreatury. Te lśniły na czerwono, były bezkształtne i poruszały się średnią prędkością. Wydawało się, jakby stworzenia się wiły, jednak mogły też lewitować. Trudno było to stwierdzić. Sama ich barwa podpowiadała, że nie są to istoty przyjazne i powinno się od nich odejść jak najszybciej. Im bliżej były tym wyraźniej dawało się usłyszeć dziwny, specyficzny szum, który mieszał się też z jakimś krzykiem. Widok był przerażający. Gimper odruchowo złapał Jasia za rękę i zamknął oczy, aby czym prędzej przenieść się na upragnioną stronę. Sekundę po zamknięciu oczu poczuł ogarniające go światło, a gdy je otworzył, zrozumiał, iż nie jest na żadnym forum. Dookoła znajdowały się dziwne istoty, które nie wydawały się być niebezpieczne. Również były bezkształtne, ich kolor zmieniał się co jakiś czas na inny. Zielony, żółty, czerwony, bądź niebieski. W oddali, za tymi stworzeniami, dało się dostrzec kreatury, z którymi mieli wcześniej do czynienia. Wydawało się, iż poruszały się szybciej, głównie ze względu na to, że mimo teleportacji, te wciąż były niedaleko Gimpera i Jasia.

Istoty, które prawdopodobnie nie chciały ich skrzywdzić, otoczyły ich i ustawiły się w bojowych pozycjach, aby uchronić YouTuberów od wrogich stworzeń. Kilka, które znajdowały się na samym początku, zwiększyło swoją masę i po chwili można było usłyszeć znajomy komunikat, który jasno zasygnalizował dwójce mężczyzn, gdzie się znajdują.

- Znaleziono wirusa. Ochrona aktywowana.

W głowach huczał im znany alarm, sygnalizujący to, kiedy obserwowali, w jaki sposób ochrona pochłania bezkształtnych wrogów. Gdyby dźwięki w ich głowach ucichły, słyszeliby jedynie szum. Nic więcej. Ilość światła, jakie padało od tego zdarzenia, spowodowała, że byli zmuszeni zamknąć oczy, a kiedy je otworzyli, zdali sobie sprawę, że jest już po wszystkim. Nie mogli jednak odwrócić się i odejść. Antywirusy wciąż ich otaczały. Nie wiedzieli, co robić. W końcu jeden z tych programów wyszedł przed nich. Był przed Tomkiem. Trwali tak chwilę, gdy zabezpieczenie zbliżyło się jeszcze bliżej. „Popatrzyło się” na medalion i powtórzyło komunikat.

- Znaleziono wirusa. Ochrona aktywowana.

Tym razem to Gimper pobladł na twarzy. Po tamtych wirusach nie zostało śladu, czyżby miał podzielić ich los? Odwrócił się w stronę Jasia, ten jednak odwrócił natychmiastowo wzrok. No tak. Chciał to przetrwać bez patrzenia na cenę. Przełknął ślinę i czekał, co się zaraz stanie.

Antywirus dla odmiany się skurczył, zamiast powiększyć, jak to było poprzednim razem. Ponownie oślepiło ich światło, Gimper poczuł, że jego medalion wibruje z całych sił, by po chwili znowu bezwładnie spocząć na jego szyi. Zapory zaczęły powoli znikać, by zostawić dwójkę chłopaków samych. Naprawdę nie wiedzieli, co się stało. Znaczy… zaatakował ich wirus i podświadomie przenieśli się na stronę przeciwko takim zagrożeniom, ale… czemu w Gimperze wykryli wirusa. Wymienili między sobą pytające spojrzenia. Tomek mógł dostrzec, że Jaś czuje się obecnie zażenowany, iż nie chciał mu pomóc, gdy powinien.

- To idziemy szukać  tego forum? – zaczął starszy YouTuber po chwili nieprzyjemnego milczenia. Janek jednak pokiwał tylko głową.

- Tak w ogóle to możesz już puścić moją dłoń – Gimper dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że wciąż ją ściskał. Szybko wykonał polecenie i skupił się na przeniesieniu.

Znowu zamknął oczy, wziął głęboki wdech i szykował się do teleportacji. Myślał… myślał… ale żadne światło ich nie otaczało. Nic się nie działo. Spojrzał na medalion. Nie świecił się tak jasno jak dawniej. Jakby  coś go zablokowało. I tym czymś musiały być antywirusy. Przecież przemieszczanie się między stronami, chociaż nie przesyła się danych jest niezgodne z kryteriami dobrych programów. AVG, bo tam się teraz znajdowali, Tomek stwierdził to po kolorach programów, musiało więc to zablokować.

Jaś, który także zauważył już, że coś jest nie tak, rzucił Tomkowi pytające spojrzenie.

- Nie mogę nas nigdzie przenieść. Musimy iść sami.

- Dlaczego?

Wzruszył ramionami.

- Chyba te antywirusy mi to zablokowały.

- Więc jak będziemy teraz podróżować?

Było to dobre pytanie. Wcześniej już widzieli, jak wiele dróg jest tutaj. Teraz dodatkowo mogli trafić na wirusy, o których istnieniu wcześniej nie myśleli. Był to przecież internet, miejsce, gdzie były miliony stron. Podróż między stroną A do B zajęłaby im kilka dni, może więcej. Musieli coś wymyślić.

Obok nich przepłynęła kolejna błękitna linia była na tyle blisko, że wydawało się, iż można po nią sięgnąć i ją dotknąć. Gimper tego spróbował, wyciągnął po nią rękę jakby cos go do tego zmuszało, kierowało nim, jednak zanim mu się udało ją złapać, uciekła. Mężczyzna wciąż był jednak pewny, że niebieski linie są namacalne. Nie wiedział dlaczego, ale wewnątrz siebie miał pewność, że mogą za ich pomocą podróżować.

- Gimper…? – głos Jasia wyrwał go z zamyślenia. Nie odpowiedział mu jeszcze na jego pytanie. To musiało dziwnie wyglądać.

- Nie wiem, serio. Ale coś wymyślę. A co ważniejsze, musimy się jakoś bronić przed wirusami, nie?

- No tak… nie pomyślałem o tym – brzmiał wyjątkowo niepewnie. Wydawał się teraz być o wiele bardziej przerażonym, niż poprzedniego dnia. – Co w takim razie robimy?

- Mam pewien pomysł – uśmiechnął się tajemniczo. – Ale musisz mi pomóc…

Po dość długiej chwili stali ponownie w tym samym miejscu, co wcześniej, lecz każdy z nich trzymał w rękach małą paczuszkę. Gimper rozglądał się nerwowo w poszukiwaniu jakiejś w miarę grubej niebieskiej łuny, na która mogliby się zmieścić, ale nic takiego się nie pojawiało.

- Sądzisz, że to wypali? – zapytał Jaś z wyraźną nutą wątpliwości.

- Zadajesz za dużo pytań. Jasne, że tak. Warto chociaż spróbować – w momencie, kiedy zablokowano jego medalion, chociaż częściowo, poczuł, że wraca do niego optymizm.

Więcej się nie odezwał. Czekali długo. Przynajmniej jak na to miejsce, gdzie co kilka sekund można było zobaczyć przelatujące linie, prawdopodobne dane. Dopiero po chwili Gimper dostrzegł, że w ich stronę zbliża się coś białego. Zmrużył oczy i po kilku sekundach przyglądania się doszedł do wniosku, że wyglądem to coś przypomina kopertę, więc może to być mail.

- Zaraz będziemy się tego łapać – wskazał na obiekt. – Raczej nic nie powinno nam się stać, ale tutaj wszystko jest możliwe… – chłopak skinął na zgodę. – W razie czego mogę cię podsadzić, żebyś na pewno wsiadł.

Tym razem nie zdążył odpowiedzieć, gdyż biała, dość spora koperta była coraz bliżej.  Nie myśląc za wiele, Gimper podniósł lekko Jasia, aby ten mógł z łatwością na nią wejść. Chłopakowi faktycznie się udało, ale koperta nie zwolniła, Tomek musiał się pospieszyć, by także móc się na niej znaleźć. Pominął jednak fakt, że nie jest osobą wysportowaną. Nie miał zbyt dużych szans, żeby znaleźć się obok Janka. Zostawało mu więc poczekanie na kolejną wymianę danych, która przeniosłaby go tam, gdzie planował. Ale co z Jasiem? On nie wie, w którym miejscu powinien zejść z koperty. Czy to znaczy, że się rozdzielają i nigdy już się nie zobaczą?

Nad sobą zauważył rękę. Należała ona do młodszego YouTubera. Więc jednak ma szansę na dalszą podróż w jego towarzystwie… Złapał się go i odbił od podłoża. Próbował się podciągnąć, by szybciej wejść, ale przez to prawie upuścił swoją paczuszkę, bez której ich teraźniejsza podróż nie miałaby sensu.  Odetchnął z ulgą, gdy znalazł się obok swojego towarzysza.

- Dzięki – posłał w jego stronę uśmiech. Bez niego nie wszedł by tutaj za żadne skarby.

- Coś mi po prostu kazało ci pomóc…

Znowu milczeli. Gimpera bardzo zastanawiało, dlaczego Janek jest tak bardzo oziębły w stosunku do niego. Nie mógł przecież jeszcze się domyślić, że to z jego winy został w to wszystko wciągnięty… prawda?

Lecieli długo, mieli szczęście, ze ten mail został zaadresowany do kogoś, kto ma skrzynkę na końcową literę alfabetu. Oni musieli zejść z wiadomości, gdzieś przy literze „S”. Koperta wznosiła się coraz wyżej. Z tej wysokości można było obejrzeć chociaż kawałek otaczającego ich wirtualnego świata. Widać było miliony niebieskich świateł, budynków, które  były jako osobne serwisy, różnych pól… Przede wszystkim w tej fali błękitu wyraźnie widać było czerwone wirusy, które czyhały na prawie każdym rogu. Patrząc na to, miał nadzieję, że jego plan się uda.

Wiadomość zniżała się coraz bardziej, by po kilku sekundach znaleźć się tuz nad ścieżką, prowadzącą do ich celu. Jak wielkie mieli szczęście, że mail był zaadresowany w to samo miejsce, gdzie chcieli się udać. Jaś rozglądał się po okolicy niepewnie, oczywiście, kojarzył to miejsce, ale nie sądził, że przylecą właśnie tutaj. Gimper wszedł do środka, wciąż ze swoim tajemniczym uśmiechem, który spokojnie mógł być teraz powodem niepokoju Janka. Kierował się spokojnie, tym razem szukając innej litery. Kiedy ją ujrzał, skręcił w korytarz, by odszukać jedną nazwę. Szedł dłuższą chwilę, lecz w końcu ją ujrzał. Pchnął drzwi i przepuścił Jasia pierwszego. Dało się słyszeć wybuchy, strzały i rosyjski. Dołączył do towarzysza, który był w szoku, spowodowanym tym widokiem.

- No więc jesteśmy… w CS GO.

 

[Odnoszę wrażenie, że to opowiadanie mnie przerasta. Bardzo to widać? Staram się jak mogę, jednak wydaje mi się, iż to zbyt mało. Bardzo prosiłabym o jakąś opinię.

Ten rozdział miał być dłuższy, o wiele, jednak napisałam, że dodam go dzisiaj. Tak to jest, kiedy zabierasz się za coś, bo dawno tego nie pisałeś, chociaż nie masz weny. Co chwilę musiałam robić przerwę na seriale i w końcu napisałam tylko połowę zaplanowanych rzeczy na ten rozdział. Jednak postaram się dodać kolejny jak najszybciej. Oczywiście jeśli chcecie. Bo jeśli widać, że nic dobrego z tego jednak nie wyjdzie, to raczej powinnam chyba odpuścić :T

Dziękuję za przeczytanie ;//u//; ~Grelloo]

 

[Gimper x JDabrowsky] Unknown – rozdział 2

Rozejrzał się dookoła. Nie mógł stwierdzić, gdzie się właśnie znajduje. Okolica nie przypominała mu niczego, z czym się kiedyś spotkał. Dookoła ogarniał go mrok, wydawało się, że stoi na platformie, wokół której znajduje się pustka. Mylił się jednak. Po chwili wyczekiwania na coś, co pomogłoby mu stwierdzić, w które miejsce został przeniesiony i przede wszystkim – w jaki sposób, dostrzegł, iż wokół niego pojawiają się cienkie i granatowe linie, zaznaczające kontury biegnącej ścieżki. Stał jak wryty, przyglądając się świetlistym pasom, które rozchodziły się w setki dróg, biegnących przez wiele kilometrów, w taki sposób, że nie można ich było widzieć w pewnym momencie. Były zbyt daleko.

Serce zaczynało mu bić szybciej. Nie wiedział, gdzie się znajduje. Nie wiedział, co tutaj robi. Nie wiedział, w jakim jest tu celu. Nie znał tego miejsca. I był tutaj sam.

Zaczęło mu się kręcić w głowie, nie miał pewności, co znajduje się pod platformami, dlatego wolał nie ryzykować upadkiem. Usiadł na posadzce, która teraz okazała się być szarawa, w końcu jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności i widział o wiele więcej rzeczy. Oddychał ciężko, nie wiedział, co powinien teraz zrobić. Nie miał telefonu, dlatego stracił najistotniejszą metodę ostatnich czasów do kontaktowania się z ludźmi. Siedział tak dłuższą chwilę, lecz po chwili usłyszał za sobą kroki. Ktoś powoli, niepewnie kierował się w jego stronę. Odwrócił się jak najszybciej i zamarł.

Był przed nim. On. Również wyglądał na zagubionego, przestraszonego. Miał na sobie jedynie bieliznę. Tomek zastanawiał się, dlaczego tak jest, lecz po chwili zauważył, że i on nie jest ubrany w nic innego. Spojrzał na niego pytającym wzrokiem. Sam fakt, że nie jest tutaj sam, nieco go uspokoił.

-Gimper? – zapytał niepewnie.

-Jasiu…? Co ty tutaj robisz?

-Mógłbym ciebie zapytać o to samo – posłał w jego stronę niepewny uśmiech, który miał chyba rozluźnić atmosferę. – Albo skąd się tutaj wzięliśmy?

Światła obok nich stawały się coraz jaśniejsze. Przerwy między ciemnością na trasie robiły się coraz mniejsze.

-Nie mam pojęcia, poszedłem spać u siebie w mieszkaniu i obudziłem się tutaj.

-Miałem tak samo! – powiedział podekscytowanym tonem, jakby to było jakieś szczególne odkrycie. Dopiero po chwili ściszył głos. – Nie wiem w ogóle, co to za miejsce… wygląda jak scena z jakiegoś filmu…

Mógł się z nim zgodzić. Wygląd otoczenia przypominał po części coś z filmów z gatunku sci-fi lub gier. Przez to tym bardziej nie wiedział, gdzie mogą się znajdować. Westchnął ciężko i pokiwał głową na znak, że zgadza się z tym, co mówi. Nie był pewny, jak powinien się zachowywać przy Jasiu. W końcu była to osoba, którą darzył szczególnym uczuciem. Nie chciał zbyt wiele mówić, żeby niechcący nie powiedzieć czegoś głupiego. Stali więc jeszcze chwilę w zupełnej ciszy. Niezręczność między nimi narastała, dopiero po chwili młodszy chłopak ponownie się odezwał.

-W ogóle to ciekawy medalion… – wskazał na przedmiot zawieszony na szyi Tomka, jego kolor był podobny do tych niebieskich linii, które otaczały ich z każdej strony. YouTuber zdziwił się, skąd on się tam znalazł i dopiero po kilku sekundach przypomniał sobie, że poszedł z nim spać. Dochodząc do tego wniosku nagle go olśniło.

-Jestem prawie pewny, że to przez niego tu jesteśmy – powiedział po chwili. Ten prezent musiał być w jakiś sposób powiązany z tym miejscem. Wydawało się to przecież takie oczywiste.

-Normalnie bym w to nie uwierzył, chociaż tutaj wszystko jest dziwne… – zaczął Janek. – W takim wypadku opowiedz mi, o co chodzi.

-Okej, ale może przy okazji chodźmy stąd, powinniśmy znaleźć wyjście.

Młodszy chłopak skinął głową na zgodę i ruszyli w drogę. Miejsce nie zmieniało jakoś szczególnie wyglądu, całą drogę wyglądało wręcz tak samo, ciemność z niebieskimi przebłyskami. Można było dostrzec też nieskończoną ilość dróg, centralnie co kilka metrów pojawiały się rozwidlenia, a na nich kolejne… i kolejne. Całość tworzyła ogromny labirynt, wręcz niemożliwy do przejścia, jednak dwójka YouTuberów nie poddawała się. Nie mogli tutaj zostać. Nie mieli jedzenia, wody, ubrań, niczego. Poddanie się mogło oznaczać więc rychłą śmierć.

-Więc sądzisz, że dostałeś jakiś dziwny, przeklęty medalion i to on cię tutaj wciągnął? – ich rozmowa stawała się coraz dziwniejsza, większość teorii i tematów była absurdalna dla osób, które nie znajdowały się w sytuacji podobnej do tej. Dla tej dwójki jednak twierdzenia, że to wszystko wina jakiejś magii, przekleństw lub nieznanych im kultów były obecnie jak najbardziej sensowne i poważne.

-Jestem tego pewny! W liście do niego dołączonym napisano, że on ma spełnić moje najskrytsze pragnienia, a ja chciałem odejść od rutyny… nie widzę innej opcji.

-Okej, rozumiem,  ale dlaczego ja też tutaj tkwię? – na to pytanie Gimper zareagował dość niecodziennie. Kiedy zdał sobie sprawę, o co może chodzić, na jego twarzy pojawił się lekki rumieniec. Jak działał ten człowiek, sekta lub medalion, że poznano jego pragnienia aż do tego stopnia?!

-Widocznie potrzebowałem towarzystwa – odpowiedział mu po chwili oraz posłał w jego stronę uśmiech. Miał nadzieję, iż Jaś nie zrozumiał, o co się rozchodzi.

Szli już naprawdę długo, jednak obraz się nie zmieniał w jakiś szczególny sposób, być może było to spowodowane tym, że ani razu nie zakręcili. Po długiej rozmowie i wspólnym stwierdzeniu, iż mają spore kłopoty, być może są w miejscu bez wyjścia i nie wiedzą, czy ktoś zauważył ich zniknięcie, zamilkli. Przez resztę czasu szli w milczeniu. Po jakimś czasie Tomek zwolnił, nie był przyzwyczajony do tak długich wędrówek, a szli już kilka dobrych godzin. Jaś przystanął obok.

-Przerwa? – zapytał.

-Nie trzeba.

-Też jestem zmęczony, nic dzisiaj nie jedliśmy, nie piliśmy… pewnie za chwilę też opadnę z sił.

-Dobrze byłoby znaleźć jakieś miejsce na odpoczynek, mam wrażenie, ze niedługo któryś z nas zemdleje, pewnie ja.

Młodszy YouTuber skinął głową, by pokazać, że zgadza się ze słowami towarzysza.

-Najchętniej bym teraz poszedł spać… – ciągnął dalej Gimper i przysiadł na szarawej drodze, którą cały czas podążali, aby odpocząć. Dopiero teraz poczuł, jak bardzo jest zmęczony. Obok niego usiadł Jaś, również wydawał się wycieńczony, nie wiedzieli, ile kilometrów zdołali przejść tego dnia, jednak mieli już dość. Do tego cała ta sytuacja była przytłaczająca.

-Ej, Gimper… – zaczął Jaś, po chwili milczenia, w jego głosie wyraźnie było słychać niepokój. – Twój medalion…

Spojrzał na niego nerwowo, dopiero teraz poczuł, że przedmiot zaczyna drgać i mocniej lśnić na swój specyficzny kolor. Przez patrzenie na niego, kręciło mu się w głowie, jednak nie mógł odwrócić wzroku, Jaś miał tak samo.

Przez chwilę wydawało mu się, że zniknął, że jego ciało rozstało się z duszą, jednak nie trwało to długo. Otworzył oczy i ujrzał przed sobą wnętrze jakiegoś domu. Nigdy wcześniej go nie widział. Wszystko od czasu, gdy się obudził, było inne. Rozejrzał się po pomieszczeniach. Dostrzegł wejście do łazienki, salonu i sypialni. Domyślił się, że kuchnia znajduje się za kolejnymi drzwiami, dlatego nawet tego nie sprawdzał. Obok niego stanął Jasiek, również zdziwiony tym całym zajściem.

Milczeli przez dłuższą chwilę. Dopiero po namyśle Gimper doszedł do wniosku, że nie jest teraz istotnym, w jaki sposób się tam znaleźli, ważnym było to, iż mieli łazienkę i miejsce do spania. Skierował się więc w stronę toalety. Wziął prysznic i wyszedł, aby odpocząć. Idąc w stronę sypialni, zauważył, że wszystko w tym miejscu jest wyjątkowo jaskrawe, jakby przerysowane. Mogło mu się to oczywiście wydawać. Był naprawdę wycieńczony dzisiejszą podróżą… Wszedł do sypialni i zauważył to, czego podświadomie się spodziewał. Jaś zasnął na łóżku. Widocznie również był zmęczony tym wszystkim, tylko lepiej to znosił lub ukrywał. W miejscu, gdzie się teraz znajdował stało łoże małżeńskie i Tomek bez problemu mógłby się tam położyć, chciał tego, chciał „przypadkowo” objąć swoją sympatię, jednak po  dłuższych przemyśleniach, wycofał się z pomieszczenia i skierował na kanapę. Spotkali się dzisiaj dziwnym trafem, być może to przez niego młodszy YouTuber został w to wszystko wciągnięty, nie powinien go teraz sobą straszyć, niech widzi w nim tylko przyjaciela, przynajmniej na razie. Zasnął prawie od razu.

Nie śnił, spał spokojnie. Obudził się, gdy zdał sobie sprawę, że ktoś mu się przygląda, otworzył leniwie oczy i zrozumiał, że tą osobą jest nie kto inny jak Jasiu. Zerwał się natychmiast, lekko przestraszony, co chłopak u niego robi. Dopiero po chwili przypomniał sobie, że razem tkwią w jakimś dziwnym miejscu.

-Cześć… – przywitał się chłopak, lekko niepewnie, nie mając świadomości, przez co Tomek podniósł się na równe nogi.

-Hej, idziemy dalej? – przebywanie z Jasiem, powodowało, że czuł się zmieszany. Było jak spełnienie marzeń, jednak niekomfortowe ze względu na to, że nie wiedział, jakie są uczucia Janka wobec niego.

W momencie, gdy zadał to pytanie, usłyszeć można było burczenie w brzuchu. Obydwaj umierali z głodu. Straszy chłopak ruszył w stronę kuchni, by po chwili zdać sobie sprawę, że pokój jest pusty. Nie było w nim żadnego jedzenia. Tomasz nie był przyzwyczajony do głodówki, mieszkał w końcu w mieście, gdzie zawsze mógł coś zamówić. Tutaj brak jakiegokolwiek pokarmu ponownie wzbudził w nim panikę, że zginą z powodu pustego żołądka. Odwrócił się w stronę towarzysza, aby ten mógł zauważyć, jak bardzo Gimper pobladł.

Kręciło mu się w głowie. Nie wiedział, co powinien teraz zrobić. Dobrze, mógłby się jeszcze pogodzić z obecną sytuacją, gdyby nie to, że trwał w niej z drugą osobą, której nie chciał skrzywdzić w żaden sposób. Już prawie upadł, gdy przed jego oczami pojawiło się światło, a sekundę później znajdowali się w innym miejscu.

Ściany były szare, na nich znajdowały się różne przyprawy i przyrządy do kuchni. Na ciemnym blacie stały słoiki pełne marynat, różne warzywa i książki kucharskie. Akurat to miejsce kojarzyli obydwaj. Tylko skąd?

-Siemaneczko, witam w mojej kuchni! – obok nich usłyszeć się dało znajomy głos. A więc to była jego kuchnia, no tak. Ale… jak oni tutaj trafili? Do Piotra Ogińskiego, przecież nigdy tam nie byli, skąd więc mogli znać to miejsce? Widzieli je przecież tylko z filmów.

Mężczyzna powoli opowiadał swoim widzom, w jaki sposób przygotuje kolejne danie, czego użyje, z czego będzie się składało. Nie widział ich. Tomek przyglądał mu się chwilę i doszedł do zaskakującego wniosku. To hologram. Tak jak ten człowiek nie był prawdziwy, tak wszystko w kuchni było. Nie zważając na kulturę i zostawiając na chwilę zastanawiania, co tu się stało, rzucili się na jedzenia. Ich głód był spory, jedli jakby był to ich ostatni posiłek. Pili jeszcze więcej. Dopiero gdy ich żołądki były pełne, kontynuowali dedukcję.

-Co tu się dzieję…? – mruknął pod nosem Gimper, Jaś słysząc to pytanie, zdecydował się odpowiedzieć;

-Może nieświadomie wzięto nas do jakiegoś projektu życia w podświadomości, albo czegoś w rodzaju oculusa? Nic o tym nie wiemy, ale…

-Nie, to nie to – przerwał mu. – To coś bardziej skomplikowanego i dziwnego. Tylko co?

Stali tam chwilę, przyglądając się, jak mężczyzna przygotowuje mięso i miesza zioła. Starszy z YouTuberów zauważył, że z pomieszczenia nie ma wyjścia. Zwrócił na to uwagę Jasiowi.

-Ale jakoś musieliśmy tutaj wejść, nie? Może to przez… hmmm…

-To medalion! Na pewno! – przypomniało mu się, że kiedy byli w swojej poprzedniej lokacji, czuł lekkie drgania. A światło musiało pochodzić od niego.

Znowu milczeli przez trochę czasu. Te przerwy w rozmowach powoli zaczynały działać Tomkowi na nerwy, jednak nic nie mógł na to poradzić. Nikt tutaj nie był pewny co do swoich słów.

-Gimper… – zaczął znowu Janek. – Może spróbowałbyś nas gdzieś przenieść? Spróbuj chociaż.

Skinął głową. Dwa poprzednie razy mu się to udało. Po prostu czegoś chciał. Teraz pragnął się stąd wydostać. Zamknął oczy i myślał, co chciałby zobaczyć, gdzie się znaleźć. Czuł ciepło rozchodzące się po jego ciele, lekkie drgania, miał wrażenie, że medalion zaczyna świecić. W oddali słyszał głos Jasia. Brzmiał radośnie, chyba mu się to udawało.

Otworzył oczy. Faktycznie, udało się. Wyszli z tamtego zamkniętego miejsca, ale teraz byli w kolejnym. Wydawało się, że jest z niego wyjście, jednak był to ewidentny labirynt. Rozejrzał się. Miejsce wyglądało na coś w stylu galerii sztuki. Na białych ścianach porozwieszane były zdjęcia, przyjrzał się bliżej, były to zdjęcia Jasia. Ruszył przed siebie, osoba ze zdjęć podążała za nim. Mijał kolejne zakręty, na ścianach pojawiały się coraz to nowsze zdjęcia, czasami trafiał na szafki z napisami „ulubione”, „obserwowane”, czy „obserwatorzy”. Domyślał się, gdzie mogą teraz być, jednak wciąż nie miał pewności. W końcu zauważył jeszcze jedną szafkę, „filtry”. Jasiu dobiegł do niego, gdyż w pewnym momencie Gimper zaczął iść coraz szybciej, aż w końcu przeszedł do biegu. Obaj ciężko oddychali. Dopiero teraz młodszy YouTuber zauważył , co widnieje na zdjęciach.

-Gimper, co to do cholery jest?

Był już prawie pewny, co do swojej teorii. Wszystko, co wcześniej przeszli łączyło się w jedną całość, prowadziło do jednego wniosku.

-Instagram.

-Czekaj, co?! Czy to znaczy, że…

-Tak – wziął głęboki oddech. Miał stuprocentową pewność, że to prawda. – Jesteśmy w internecie.

 

 

 

[Gimper x JDabrowsky] Just a Game

Widzę go. Patrzy się na mnie tak niewinnie i uroczo.

Drżę z podniecenia, on pewnie też.

Przesuwam rękę wyżej, by usłyszeć jego delikatny głos po raz kolejny.

Chcę go słuchać cały czas, gdyby nagle ucichł, zwariowałbym.

Potakuje na jego słodkie słowa i kontynuuję czynność.

Stara mi się pomóc, chociaż nie wychodzi mu to.

Nie wiem, co powinienem mu powiedzieć, w jaki sposób go poinstruować.

Na moim ciele pojawiają się pierwsze krople potu.

Od wysiłku moja dłoń zaczyna boleć.

Zmienić ją? Nie, nie teraz.

Za bardzo się wczułem w moje zajęcie.

Pochylam się jeszcze bardziej. Teraz wszystko jest wyraźniejsze. Lepiej widzę, lepiej słyszę.

Oglądam go w całej okazałości, jest idealny, boję się, że przestraszę go moim podekscytowaniem.

Oddycham spokojnie, miarowo, jestem do tego przyzwyczajony, często to robię.

On wręcz przeciwnie.

Nie jest to oczywiście jego pierwszy raz. Doskonale orientuje się, co powinien robić, jak się poruszać, jednak jest już zmęczony. Nie sądził, że nasza zabawa będzie trwała aż tyle.

Spokojnie pytam się go, czy wszystko jest dobrze. On, zbyt skupiony zajęciem, potakuje jedynie głową.

Uwielbiam, kiedy tak robi. Oczywiście przeszkadza mi fakt, że wtedy trudniej mi się z nim skontaktować, jednakże pokazuje mi to, że jest zainteresowany naszym wspólnym zajęciem.

Najgorsze dla mężczyzny uczucie jest wtedy, gdy ktoś traci nim zainteresowanie, oczywiście jest tak i z kobietami, to jedna ze słabości ludzkich, dlatego myśl o tym, że to, co robimy wciąż mu się podoba, cieszy mnie, nie ukrywam tego, uśmiecham się jak głupi, on pewnie nie do końca zdaje sobie sprawę, dlaczego.

Dołączam drugą rękę, robię to rytmicznie, by zabawa trwała jeszcze dłużej i była ciekawsza. Widzę, że i jemu się to podoba i naśladuje moje ruchy.

Sądząc po ruchach jego warg, które co jakiś czas przygryza ze względu na skupienie naszym wspólnym zajęciem, chce mi coś powiedzieć, ale nie może zebrać odwagi na to posunięcie.

Ignoruję to, by po raz kolejny przesunąć rękę, tym razem niżej.

Robię to gwałtownie.

Na jego twarzy wita zdziwienie, szok, nie spodziewał się tego.

Ślę w jego stronę wredny uśmiech.

Niech widzi, kto tutaj jest dominujący.

Przyspieszam, chociaż widzę, że jest już zmęczony i powinniśmy to kończyć.

Nie chcę teraz przerywać ze względu na to, że zbytnio się w to wczuliśmy.

Sądząc jednak po jego, wciąż przyspieszającym, oddechu, muszę to kończyć.

Obwieściłem mu to, a on po raz kolejny jedynie pokiwał głową, gdyż nie był w stanie wydusić żadnego słowa.

Robię jeszcze kilka ruchów rękami, na przemian, raz szybkie, raz spokojne i delikatne.

Podoba mu się to, podziwia mnie za moje zdolności. Nasza gra niestety już się kończy. Mijają ustawione dwie godziny livea. Musimy kończyć tę rozrywkę.

-Dzięki, Jasiu, było genialnie.

Chcę, żeby wiedział, że zawsze będę miał dla niego czas, wystarczy napisać lub zadzwonić. On, naprawdę wycieńczony, ale szczęśliwy, uśmiecha się serdecznie do mnie, żałuję, iż widzimy się teraz jedynie na ekranach naszych komputerów, jednak nic na to nie poradzę.

-Jeśli kiedyś będziesz miał czas, to poucz mnie jeszcze grać w Far Craya, sam widziałeś, że jeszcze sobie z nim nie radzę.

Potakuję i odwzajemniam uśmiech.

-I tak w ogóle, to jesteś mistrzem w tę grę! Nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak zręcznie poruszał myszką, albo klikał coś na klawiaturze, nawet jeśli brzmi to absurdalnie!

Dziękuję mu i ślę w jego stronę jeszcze jeden uśmiech. Umawiamy się na kolejną grę w najbliższym czasie. Następnie żegnam się z moimi widzami, on ze swoimi. Po ich wypowiedziach wnioskuję, że podobało im się, ale i dostrzegli moje podekscytowanie Jasiem. Nic na to nie poradzę. Uwielbiam go.

Zamykam wszystko i przechodzę na kanapę w pokoju obok, sięgam po telefon i wysyłam krótką wiadomość.

„Napisz, kiedy możemy to powtórzyć.”

Odpowiedź jednak nie nadchodzi. Nigdy.

[Gimper x JDabrowsky] Unknown – rozdział 1

Wieczór zbliżał się nieubłaganie. Była to zima, dlatego słońce zachodziło w bardzo szybkim tempie. W taki dzień, szczególnie iż była to środa, większość ludzi siedzi już w domu, ze względu na zmęczenie po dniu pełnym pracy. Tomasz, znany również jako Gimper, także to robił. Jego dzień nie mógł się jeszcze zakończyć. Był YouTuberem. Musiał nagrywać, aby jego widzowie byli usatysfakcjonowani. Chociaż czasami wyjątkowo go to nudziło. Momentami wszystko wydawało mu się takie powtarzalne, nudne. Chciałby coś zmienić, niestety nie miał do tego jakiejś szczególnej okazji.

Był w trakcie nagrywanie overwatcha, odcinek ten miał być przepełniony banami. Mało oryginalności, dużo reklam i słabych memów. W ten sposób mógł opisać nagranie. Momentami jego zdenerwowanie obecnym poziomem grupy przerywał jakiś dobry fanart, jednak to zdarzało się naprawdę rzadko. W tym odcinku trafiał na bardzo dużą ilość przeróbek z nim i JDabrowskym. Nie wiedział, w jaki sposób powinien na nie reagować. Cieszyło go to, gdyż większość z nich była jeszcze na przeciętnym poziomie, jednak… no cóż, lubił Jasia, dlatego często zastanawiał się, czy choćby te przeróbki, gdy wypływają poza grupę, nie odstraszają od niego chłopaka.

Nagrywał jeszcze chwilę, był już naprawdę zirytowany i znudzony powtarzalnością pojawiających się treści na grupie, gdy usłyszał dzwonek. Zignorował go, przepraszając za to oglądających. Sytuacja powtórzyła się dwukrotnie. W końcu wstał ze swojego fotela i ruszył w stronę drzwi. Był wściekły. Nie miał pojęcia, kto będzie po drugiej stronie, jednakże przygotował się już na wyładowanie na nim swojego niezadowolenia.

Kilkukrotnie szarpnął za klamkę, chciał to załatwić jak najszybciej. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że ma zamknięte drzwi. Przekręcił zamek, wciąż wściekły, mając wewnątrz siebie nadzieję, że zastanie tam kogoś interesującego, co chociaż trochę poprawi mu nastrój. Mylił się. Na progu stał średniego wzrostu mężczyzna, wydawał się być w jego wieku, ubrany był w kurierski strój.

-Dobry wieczór – zaczął. – Paczka dla pana Tomasza Dzielowego.

-Działowego – poprawił go, wciąż wściekły. Widział jednak, że mężczyzna nie jest w tym doświadczony, dlatego tym razem zdecydował się mu odpuścić. – To ja. Proszę się pospieszyć.

Chłopak podał mu urządzenie, na którym YouTuber powinien zostawić swój podpis na znak, że przesyłka została odebrana przez właściwą osobę, i sięgnął po paczkę do swojej torby. Pakunek nie był duży, pudełko było kwadratowe i bez problemu mogło być trzymane w jednej ręce. Nie zawierało adresu nadawcy, ani żadnej innej wskazówki, która mogłaby Gimpera naprowadzić na jakiś trop odnośnie osoby, od której ją otrzymał. Podpisał się, odebrał paczkę i zatrzasnął kurierowi drzwi przed nosem. Musiał szybko wrócić przed komputer. Nie miał w zwyczaju montować filmów, dlatego i tym razem nie planował takiego zabiegu. Z tego względu nie chciał, aby ludzie czekali na niego zbyt długo. Odłożył więc nieotwarty pakunek na półkę i pobiegł przed monitor.

Nagrywanie zajęło mu jeszcze chwilę. W pewnym momencie po prostu zdjął słuchawki i wyłączył wszystko. Ostatnio często mu się to zdarzało. Nie miał pojęcia, czy w jakiś sposób mógłby naprostować poziom swojej grupy. Ostatnio nie wiedział, jak mógłby zmienić kilka rzeczy, które szczególnie mu przeszkadzały. Głównie była to rutyna. Miał jej dość.

Siedział przed komputerem jeszcze chwilę. Przygotował miniaturkę do filmu, poodpisywał ludziom na Facebooku, pooglądał jakieś randomowe filmy. Nic nowego.

Gdy zakończył wszystkie zbędne czynności, wstał i powolnym krokiem ruszył w stronę swojej łazienki, by w końcu wziąć prysznic. Było już późno w nocy, dla niego nie robiło to jednak różnicy. Często zdarzało się, iż kładł się spać nad ranem. Tak miało być  i tym razem.

W łazience zauważył, że w jego mieszkaniu znów jest bałagan. Powinien się za niego zabrać w najbliższym czasie. Może dzięki porządkom odejdzie od rutyny. Stał pod strumieniem chłodnej wody i zastanawiał się, co mógłby zmienić w swoim życiu. Potrzebował tego. Nie chciał cały czas trwać w jednym punkcie. Po dłuższej chwili uznał, że powinien po prostu zacząć się z kimś spotykać. Może gdzieś wyjedzie na tydzień…? Najchętniej znalazłby na tym wyjeździe partnera, aby nie czuć się tak samotnie, chociaż nie był pewny, czy to się uda. Mimo wszystko osobą, która mu się podobała był Jan Dąbrowski i odnosił wrażenie, że nie jest w stanie pokochać nikogo innego, co sprawiało, że raz na jakiś czas łapał depresję, gdyż zdawał sobie sprawę, że jego uczucia nie zostaną odwzajemnione.

W końcu wyszedł. Ubrał świeżą bieliznę i ruszył w stronę swojej sypialni, jednak kiedy szedł przedpokojem, jego wzrok natrafił na odebraną wcześniej paczkę. Interesowała go ze względu na to, że ostatnio niczego nie zamawiał. Sięgnął po nią i idąc do pokoju, rozerwał karton, by sprawdzić, co znajduje się wewnątrz. Usiadł na roku łóżka i wsunął rękę do środka pudełka. Po krótkiej chwili natrafił ręką na jakiś przedmiot. Medalion. Wyglądał dość dziwnie, miał wygrawerowane nieznane mu symbole i słowa, a odcień srebra pomieszanego z błękitem intrygował go. Bez zastanowienia przewlókł go przez niewielki łańcuch, który również odnalazł w paczce i umieścił na swojej szyi. Wydawało mu się, iż prezent delikatnie drga. Po chwili zauważył również list. Wziął go i zaczął czytać, nie był długi.

„Witaj. Nie znasz mnie, jednak ja znam Ciebie. Nie ważne kim jestem, nie interesuj się tym, nigdy mnie nie poznasz. Musisz jedynie wiedzieć, że znam Twoje najskrytsze pragnienia. I postanowiłem je spełnić. Wszystko, czego potrzebujesz, aby odmienić swoje życie to medalion, który Ci podarowałem. Załóż go, później nie będzie już odwrotu. Baw się dobrze, jednak pamiętaj, że Twe pragnienia mogę być zgubne, mają swój limit. Żegnaj. I uważaj na siebie.”

To żart, ktoś z jego znajomych musiał mu to wysłać. Tomek uśmiechnął się pod nosem i odłożył pakunek z listem. Nawet jeśli ktoś chciał z niego jedynie zażartować, trudno, medalion wyglądał  na tyle ciekawie, że był fajnym prezentem. Poprawił mu humor.

Chciał już położyć się spać. Sięgnął po telefon, by nastawić budzik, następnie złapał łańcuch na swojej szyi, aby zdjąć prezent. Nie mógł tego zrobić. Odnosił wrażenie, że okalający jego kark przedmiot nagle się skurczył. Dodatkowo zawieszka wyglądała, jakby zaczynała świecić błękitnym światłem. Był zmęczony, dlatego to zignorował. Położył się spać ze swoim nowym wisiorem.

Sen miał niespokojny, twardy, przepełniony złymi wizjami, jednakże co jakiś czas coś go w nim uspokajało, jakaś sylwetka, głos, widok. Sam nie wiedział, o czym jest ta mara, nigdy z czymś takim się nie spotkał.

Po jakimś czasie otworzył oczy. Nie czuł już zmęczenia. Nie obudził go jednak budzik. Sięgnął po telefon. Nie było go tam. Podniósł się. Nie spał na łóżku. Przetarł oczy ze zdumienia.

Nie miał pojęcia, gdzie się znajdował, ale nie było to na pewno jego mieszkanie.

[Gimper x JDabrowsky] Flashback

Spoglądam na niego po raz kolejny. Tak bardzo chciałbym być teraz obok. Móc znowu poczuć to ciepło, którem darzył mnie jakiś czas temu.

Pragnę po raz kolejny dotknąć jego delikatnej skóry. Tęsknię za nim. Potrzebuję go. Bez niego… czuję się inny. Samotny. Nieczuły. Ludzie dookoła mnie tego nie widzą. Oni nie zauważają takich rzeczy, albo to ja zbyt dobrze je ukrywam.

Zresztą… za dużo od nich oczekuję. Znają mnie tylko z ekranów swoich komputerów, laptopów bądź innych urządzeń. Nie jestem tam zupełnie inną osobą, po prostu problemy zostawiam za drzwiami.

Nie chcę, żeby odeszli, są moją rodziną, jednakże… traktują to wszystko jako żart. To boli. Co mogę z tym zrobić? Nic. Nawet na spotkaniach. Zorganizowanych, bądź też zupełnie przypadkowych, widzą we mnie tylko rozrywkę. Nie powinienem jednak narzekać, prawda? Sam na nich zarabiam…

Ponownie kieruję na niego swój wzrok. Mam wrażenie, że jest za niewidzialną ścianą, której nie mogę ominąć. Kiedyś byliśmy tak blisko…

Nie mieszkaliśmy  w tej samej okolicy. Poznaliśmy się przez internet. Pisaliśmy o wszystkim, zaczynając od rzeczy dość błahych, głupich i dziecinnych, przez gry, muzykę oraz literaturę, kończąc na dorosłych tematach. To nie wszystko. Dzieliliśmy się naszymi obawami… najskrytszymi myślami… Potrzebowałem kogoś takiego jak On. A On potrzebował kogoś jak ja. Miał kompleksy. Oboje je mieliśmy. Ale… jakoś razem się ich pozbyliśmy. Rozwiązanie było proste. Absurdalnie. Aparat na zęby. Ja już się go pozbyłem, on nie.

Pisaliśmy długo. Rok, może dłużej. Dorastaliśmy. On wyszedł z propozycją, że mnie odwiedzi, wpadnie na kilka dni. Zgodziłem się. Byłem taki szczęśliwy. Jeszcze wtedy nie pisałem Mu, dlaczego to mnie tak cieszy. Nie wiedział. Sam nie mogłem w to uwierzyć.

Oczekiwania na Niego dłużyły mi się niesamowicie. Już wtedy mieszkałem sam. Musiałem przygotować mu miejsce do spania i kilka innych rzeczy. Chciałem, żeby był zadowolony z tego, że przyjechał. Żeby tej wizyty nie zapomniał. Pragnąłem, aby chciał tu wrócić.

W końcu nadszedł ten dzień. Z niecierpliwością czekałem na autobus, z którego miał wysiąść. I w końcu Go zobaczyłem. Był taki jak na zdjęciach, którymi się wymienialiśmy. Pamiętam to dokładnie, nie miałem pojęcia, co powiedzieć, jak się przywitać, zawiesiłem się. Ale On wykonał pierwszy krok. Podbiegł do mnie, spokojnie, bez stresu. Wszystko mam w głowie jakby to było wczoraj. Już wtedy na Jego widok serce biło mi mocniej. Drżałem, nie mogłem wydusić z siebie żadnego słowa, dźwięku. I wtedy złapał mnie za rękę, aby się przywitać. Ta niewidzialna bariera zniknęła, miałem nadzieję, że na zawsze. Teraz wiem, iż się myliłem.

Szliśmy, rozmawiając przez całą drogę. Pomagałem nieść Mu bagaże. Nie było ich dużo, w końcu to chłopak, jednak wziął ze sobą jeszcze śpiwór, co trochę mnie zasmuciło, gdyż przygotowałem już miejsce na swoim łóżku, ja miałem zająć kanapę. Czułem się przy Nim tak luźno, rzadko kiedy osoby, które znają się z internetu, przy pierwszym spotkaniu w rzeczywistości są tak otwarte. Z własnego doświadczenia wiem, iż często dochodzi do niezręcznej ciszy podczas rozmowy, ale tym razem tak nie było. Wciąż mieliśmy wiele tematów do wyczerpania, a z każdą chwilą pojawiały się nowe. Droga do budynku, w którym mieszkałem nie była długa, dodatkowo znałem kilka skrótów, dlatego szybko znaleźliśmy się u mnie. Wiem, że mogłem przedłużyć drogę, by móc porozmawiać z Nim jeszcze dłużej, jednakże wydawał mi się zmęczony, chciałem, by odpoczął. W końcu i tak miał być u mnie przez tydzień. Tak bardzo się cieszyłem, że rodzice wtedy Mu na to pozwolili. Nie był jeszcze pełnoletni, wiem, że było mu do tego blisko, ale zdarza się, iż ktoś nie puści swojego dziecka do innego miasta, na tydzień, do osoby, którą zna z internetu.

Czas z Nim spędzony był niesamowity. Graliśmy w różne gry, żartowaliśmy, chodziliśmy w różne miejsca. Nigdy tego nie zapomnę. Pewnie dlatego, że już do tego nie wrócimy. Pamiętam tak wiele szczegółów z tego spotkania. W końcu zajął moje łóżko, mówił przez sen. Czasami lunatykował. Nie jadał śniadań. Siedział po nocach i sypiał do południa. Tak wiele szczegółów, o których On sam może nie wiedzieć. Jak bardzo później to się zmieniło.

Wrócił do siebie, lecz nie urwaliśmy kontaktu, wciąż rozmawialiśmy na czatach, przez telefon. Przyjechałem na jego osiemnaste urodziny. Jego znajomi też byli świetnymi rozmówcami. Pamiętam, że za moją namową zaczął nagrywać na YouTube. Dałem mu w prezencie mikrofon, by filmy były bardziej profesjonalne. Był świetnym przyjacielem.

Jego kanał szybko się rozwijał. Pomagałem mu wybierać filmy, montować materiał. To było jak sen. Później postanowił odwiedzić mnie po raz kolejny. Powtórka. Dużo grania, rozmów, żartów, spacerów. Było wspaniale. Kupiłem nam alkohol. W końcu był już dorosły. Oglądaliśmy jakiś żałosny, nudny film, który może być zabawny, tylko kiedy jesteś nietrzeźwy. Jedna z niewielu chwil, spędzonych z Nim, której nie pamiętam. Ale On ją zapamiętał. Przesadziłem z piciem. Chciałem mu pokazać, że jestem od niego bardziej doświadczony i mam mocniejszą głowę. To nie był dobry pomysł, przynajmniej teraz tak sądzę.

Rano, gdy byłem już trzeźwy, opowiedział mi wszystko. Był taki miły. Czuły. Po alkoholu powiedziałem Mu to, co chciałem trzymać tylko w sobie, żeby Go nie stracić. Wyznałem mu swoją orientację. I fakt, że jestem w nim zakochany. Przyjął to niespodziewanie dobrze. Uśmiechał się, gdy o tym mówił. Nie mogłem wyczytać z jego twarzy, o co mu chodzi. Byłem pewny, że interesują go jedynie dziewczyny. Bałem się, że wszystko drastycznie się zmieni, że zabierze swoje rzeczy i odjedzie jak najszybciej. Myliłem się. Został. Wszystko było jak dawniej, może byliśmy nawet sobie bliżsi.

Pewnego razu obudziłem się na kanapie, która zajmowałem i zdałem sobie sprawę, że On spał ze mną. Przyszedł do mnie w nocy. Nie mogłem w to uwierzyć. Zaakceptował moje uczucia. To był najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Przynajmniej wtedy. Teraz nie wiem, czy nie jeden z gorszych. Przedłużył swoją wizytę u mnie, nie miałem nic przeciwko. Od tamtej pory spaliśmy razem, czułem Jego ciepło, Jego oddech, kiedy spał, każdy jego ruch. Kiedyś powiedział moje imię przez sen. To było takie piękne doznanie. Nigdy nie sądziłem, że bycie zakochanym jest takie cudowne. Za każdym razem, gdy mnie dotykał, miałem dreszcze. Czułem się wspaniale. Dotąd nie wiem, co czuł On.

Nadszedł czas Jego wyjazdu. Więcej już mnie nie odwiedził. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem. Pomagałem Mu nieść jego rzeczy ze smutkiem, że znowu wyjeżdża, ale i z nadzieją, na kolejne spotkanie w najbliższym czasie. Widział to. Czekaliśmy na dworcu w ciszy. Już za Nim tęskniłem. Byłem żałosny. Tego dnia padał deszcz. Czułem nastrój jak w jakimś dennym, stereotypowym filmie. To dołowało mnie jeszcze bardziej. Po długiej, męczącej chwili czekania Jego bus przyjechał. Wstałem, by pomóc Mu zapakować rzeczy jak najszybciej, aby nie moknął na deszczu.  Wciąż w ciszy.

W końcu ludzie zaczęli wsiadać. On wciąż stał. Chciałem się z Nim pożegnać, ale znowu zabrakło mi słów. Tak jak za pierwszym razem.

„Żegnaj.”

Powiedział cicho i mnie pocałował. Jego usta były takie słodkie, delikatne, powiedziałbym, że niewinne, ale nie sądzę, że robił to pierwszy raz. Czułem się niesamowicie. Byłem taki szczęśliwy. Miałem wrażenie, że z oczu lecą mi łzy, ale mogły to być też krople deszczu. Nie wiem, nigdy tego nie stwierdziłem. Staliśmy tak chwilę, nie obchodziło mnie, że ludzie na nas patrzą. Liczył się tylko On.

Odsunął się i wszedł do środka busa. Wciąż stałem w miejscu. Nie dochodziło do mnie, co się właśnie stało. Myślałem, że to spełnienie moich marzeń. Stałem na deszczu i wpatrywałem się, jak odjeżdża.

Miałem nadzieję, że od tego wydarzenia będziemy parą, jednak do tego nie doszło. Jego kanał rozrósł się bardzo szybko i zyskał ogromną ilość fanek. Nie mógł być z mężczyzną, gdyż straciłby na popularności. Nigdy sam mi tego nie powiedział. Już więcej nie rozmawialiśmy, chociaż bardzo tego pragnąłem. Na jego filmach widziałem mikrofon, który dostałe ode mnie na osiemnaste urodziny, nie wyrzucił go, nie wiem, czy dlatego że jest dobry, czy  może wciąż coś do mnie czuje. Raczej nigdy się nie przekonam. Nie odbiera, nie odpisuje. Nie mogę do Niego podejść na żadnym konwencie. Zawsze otacza go wianuszek fanek.

Nawet teraz.

Patrzyłem na Niego jeszcze chwilę. Miałem niesamowitą ochotę chociaż się przywitać, jednak coś mnie powstrzymywało. Na chwilę popatrzył się w moją stronę. Nasze spojrzenia się spotkały. Był zbyt daleko, nie mogłem nic wyczytać z Jego oczu. Szybko skierował spojrzenie na coś innego. Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem na jeden z paneli, na który miałem w zamiarze się wybrać od początku, lecz On mnie powstrzymał swoją osobą. Czułem się w tym momencie jak śmieć. Mogłem nigdy się z Nim nie spotykać. Nie odzywać. Nie wiem, co mnie do tego skłoniło. Teraz mam złamane serce i nic tego nie zmieni.

Jestem chorym pojebem.

[Madara x Orochimaru] Riders – rozdział 14

Gdyby powiedzieć, że pobudka po przedawkowaniu alkoholu jest przyjemna, skłamałoby się, o czym większość ludzi wie doskonale. Madara z trudem otworzył oczy po swoim długim śnie. Przeciągnął się leniwie i spróbował się podnieść. Na ten dzień nie miał jakichś szczególnie ważnych planów, więc bez problemu mógłby sobie pozwolić na przeleżenia całego dnia w swoim łóżku, gdyby niejeden problem. Strasznie bolała go głowa. Uchiha był stuprocentowo pewny, że powodem jest ten alkohol, który spożywał poprzedniego dnia. Była to po części prawda, jednakże ten ból był tak silny ze względu na cios, który otrzymał od Orochimaru, o czym on niestety nie pamiętał.

Musiał wstać po tabletki przeciwbólowe, w tym momencie irytował go dźwięk oddychania. Wstał bardzo powoli, spał długo, dlatego zdążył już w dużej mierze wytrzeźwieć, ale wciąż czuł się nieswojo i odnosił wrażenie, że zaraz upadnie.

Szedł chwiejnym krokiem, opierając się o ścianę, Każdy szybszy ruch głową powodował u niego mdłości. Musiał szybko znaleźć kogoś ze służby, kto zapewniłby mu wodę i tabletki, które mogłyby mu pomóc. Na całe szczęście droga nie zajęła mu wiele czasu i po chwili był już w głównych holu, rozglądając się za jakąś służącą, służącym… kimkolwiek, kto zapewni mu potrzebne w tym momencie rzeczy. Na szczęście kogoś takiego zauważył.

-Ej, ty! – zawołał wskazując na kobietę, która akurat niosła średni kosz z praniem, znowu nie wiedział, jak się nazywa, ale szczerze powiedziawszy niezbyt go to interesowało – Powiedz komuś, żeby zaraz mi przyniósł wodę i coś na ból głowy.

Kobieta skinęła głową i przyspieszyła kroku. Zanim zniknęła za drzwiami, Madara zdążył jeszcze zawołać, że to ważne i ma się pospieszyć. Oparł się o ścianę i czekał… na szczęście niezbyt długo i po chwili mógł zaspokoić pragnienie i połknąć kilka różnych tabletek. Powoli skierował się w stronę swojego pokoju, szedł na tyle wolno, że leki zaczęły działać niedaleko drzwi.

Wszedł do środka i uznał, że powinien wziąć prysznic lub chociaż przepłukać twarz. Nie odświeżał się w końcu od poprzedniego dnia i powinien w końcu to zrobić.

Nacisnął klamkę. Zamknięte. Zapukał. Cisza.

Drzwi się zatrzasnęły? Nie, ktoś jest w środku.

Dopiero wtedy Uchiha przypomniał sobie, że poprzedni wieczór spędził z wężookim. To musiał być on.

-Orochimaru? Jesteś w środku? – zapytał, jednak nie otrzymał żadnej odpowiedzi. – Orochimaru? Zatrzasnąłeś się? – wciąż cisza.

Nacisnął klamkę jeszcze kilka razy, ale drzwi ciągle pozostawały zamknięte.

-Spróbuje je wywarzyć, ok? Nie podchodź.

-Nawet nie próbuj! – krzyknął w końcu wężooki. Madara nie mógł uwierzyć, że się odezwał, coś musiało się wydarzyć wieczorem lub w nocy, ale Uchiha nie mógł sobie przypomnieć.

-Dlaczego?

-Przesadziłeś.

Nie miał pojęcia, o co mu chodzi, starał się przypomnieć sobie, do czego doszło, kiedy przesadził z alkoholem, ale nie mógł. Oparł się o drzwi i starał się dowiedzieć więcej rzeczy, aby móc wciągnąć stamtąd Orochimaru bez używania siły.

-Nie rozumiesz, że mężczyźni mnie obrzydzają i przerażają? – Uchiha czuł narastające napięcie w tej rozmowie i nieprzyjemną atmosferę, jaka ich otaczała, ale wciąż ją ciągnął.

-O co ci chodzi?

-Nie pamiętasz? – wężooki odpowiedział normalnym tonem, ale po chwili dodał coś o wiele ciszej. Madarze wydawało się, iż powiedział: „może to i lepiej”.

-Wiem, że byłeś w więzieniu, doskonale pamiętam wszystko, czego się o tobie stamtąd dowiedziałem, wiem, że robiłeś tam za dziwkę, ale nie rozumiem, dlaczego nagle czujesz się u mnie zagrożony i zamykasz się w mojej łazience.

Cisza.

-Czy ja ci kiedyś cos złego zrobiłem? A pamiętasz, kiedy po alkoholu wpadłem do twojego domu i nocowałem? Czy wtedy coś ci zrobiłem?

Jeszcze kiedy Python żył i Orochimaru mieszkał w swoim mieszkaniu w tej przedwojennej kamienicy, między nim i Madarą doszło do pewnego zbliżenia, na szczęście tylko pozornego. Uchiha wygrał ważne dla niego zawody motocyklowe i świętował ze znajomymi. Impreza była przepełniona alkoholem, innymi używkami, chętnymi do zabaw kobietami i znajomymi sportowca. Trwała ona wiele godzin, ale gdzieś w połowie ludzie byli na tyle niefunkcjonalni, że Madarze znudziła się tam zabawa. Zupełnie nietrzeźwy, pod wpływem różnych narkotyków wsiadł na swój motor i ruszył przed siebie. Jechał impulsywnie, dochodził do wniosku, gdzie byłoby fanie i tam się kierował. I w ten sposób znalazł się pod kamienicą Orochimaru. Walił w jego drzwi i krzyczał, aby go wpuścić, była to późna nocna pora, dlatego wężooki nie miał wyboru i był zmuszony go zabrać do środka, aby żaden z sąsiadów nie zadzwonił po policje. Madara, kiedy znalazł się już w środku, uśmiechał się głupio i chwalił się swoją wygraną, a po chwili doszedł do wniosku, że teraz powinien odwiedzić swoich znajomych, którzy mieszkają w drugiej części miasta i chyba nie byli na jego imprezie, jednak jeździec jasno powiedział, że w tym stanie nie wypuści go ze swojego mieszkania. Przygotował więc miejsce na kanapie dla Uchihy, dał mu miskę na wymioty i butelkę wody i zniknął za drzwiami, które prowadził y do jego sypialni. Historia się jednak na tym nie zakończyła, Madara doszedł do wniosku, że jest mu niewygodnie w jego ubraniach i rozebrał się do samej bielizny, po chwili leżenia na kanapie uznał, iż jest ona niewygodna i ruszył w stronę sypialni wężookiego. Oczywistym do przewidzenia było to, że położył się obok Orochimaru. Rano obudzili się dość spanikowani. Bladoskóry panikował, że doszło do czegoś między nimi.

-Ej spokojnie, – śmiał się wtedy Uchiha, który nie był jeszcze do końca trzeźwy – gdyby do czegoś doszło to chyba bolałaby cię dupa, nie?

-Taa – odpowiedział mu wtedy Orochimaru.

Faktycznie nie znaleźli później niczego co mogłoby wskazywać na jakieś zbliżenie. Był to jedyny raz, kiedy Madara nocował u wężookiego. Dopiero niedawno Uchiha zrozumiał, dlaczego bladoskóry później na to nie pozwalał, jednakże cieszył się, że udało mu się wtedy pokazać, że nie jest homofobem, bez tego ciąg wydarzeń mógłby się potoczyć jeszcze gorzej. O ile mogło być gorzej.

-Pamiętam… nie zrobiłeś… ale…

-Ale co?

-Tym razem naprawdę przesadziłeś.

-I dlatego nie wyjdziesz?

Trwała długa i głucha cisza. Madara przez chwilę zastanawiał się, czy nie powiedział niczego nieodpowiedniego. Chciał już zakończyć tę rozmowę, była nieprzyjemna, jak kłótnia i wydawało mu się, że nie prowadzi do niczego dobrego. Po dłuższej chwili usłyszał jednak głos Orochimaru;

-Wyjdę, jeśli nic mi nie zrobisz.

Dopiero zdał sobie sprawę, o co mogło chodzić wężookiemu. Czy on…? Po pijaku…? Oh, nie…

-Nie zrobię ci nic złego, jeśli nie będziesz tego chciał! – powiedział szybko, impulsywnie i dopiero po chwili zdał sobie sprawę, co właśnie wyszło z jego ust.

-Czyli chciałbyś robić takie rzeczy, zboczeńcu?

Zerwał się z miejsca i stanął naprzeciwko drzwi.

-Nie! To nie tak!

-Jesteś gejem?

-Haha, jeszcze czego! Znaczy…

Rozmowa przybrała teraz ton przyjacielskiego przekomarzania się, jednak Madara nie zauważył tego, był zbyt zajęty kłótnią na temat swojej orientacji.

W końcu nastała cisza. Uchiha myślał intensywnie nad tym, co się właśnie działo. Czy to możliwe, że…? Tyle osób mu mówiło, iż… Nie… To nie może być tak…!

-Madara? – ciszę w końcu przerwał spokojny głos bladoskórego – Powiedz coś…

-Chyba… chyba mi się podobasz, Orochimaru – wydusił w końcu, po długim milczeniu.

-O kurwa… – usłyszał w odpowiedzi.

-Coś nie tak? – brzmiał teraz niepewnie, nigdy jeszcze nie był w takiej sytuacji, nie chciał tego zepsuć – Wiem, że to dziwne, ale…

-Ty też mi się podobasz.

Madara wstrzymał oddech, lekko kręciło mu się w głowie i czuł, że coś ściska wszystkie jego wnętrzności.

-Co? – wypuścił powietrze.

-Znaczy, podobałeś, ale tamtego wieczoru, no wiesz…

-Chodź do mnie, Orochimaru.

-Bez niezręcznych zbliżeń?

-Bez.

Słyszał, jak przesuwane są jakieś szafki, które miał w łazience i jak wężooki przekręca wiele zamków w drzwiach. Czyli wywarzenie drzwi byłoby trudne… Ze środka wyszedł Orochimaru. Jego oczy były lekko czerwone, widocznie to wszystko było dla niego naprawdę ciężkie. Ale dla kogo by nie było? Przeszedł kilka kroków i stanął przed Madarą. A ten go przytulił, najmocniej jak umiał, aby mieć pewność, że nie ucieknie.

-Kłamałeś… – zaczął jeździec, kiedy dał mu chwilę wytchnienia.

-Kłamałem. Ale widzę, że ci się to podoba – uśmiechnął się do niego.

A później go pocałował. Tym razem szczerze. Na trzeźwo.

 

 

[Loool znowu miesiąc nie pisałam XD
Ale tłumacze się, że staram się coś stworzyć do Opowiadań Kotori ;;
Chociaż to, że chcieliby zatwierdzić moją prace to tylko marzenia ;_;
Dziękuję za przeczytanie <3]

 

 

 

[Madara x Orochimaru] Riders – rozdział 13

Orochimaru przebywał u niego już kilka dobrych tygodni. Gdyby dłużej zastanowić się, ile czasu już u niego mieszka, to wyszłyby jakieś dwa miesiące, ale nikt nie miał ochoty się nad tym zastanawiać.

Dla Madary mieszkanie tutaj nie różniło się szczególnie od czasu sprzed wprowadzenia tu wężookiego. Tak naprawdę miał tylko trochę mniej miejsca w swojej sypialni, bo nie mógł pozwolić, aby bladoskóry spał gdzieś indziej, za bardzo się o niego martwił.

Mimo tej troski jeździec nie okazywał wdzięczności. Właściwie nie okazywał niczego. Pierwszego dnia Uchiha pokazał mu, gdzie znajduje się kuchnia, gdzie łazienki, gdzie znajdzie wyjście i tym podobne miejsca, dlatego młody jeździec nie mówił mu nigdy o swoich potrzebach, po prostu spokojnie je załatwiał. Madara wiedział, że nie nadużywa jego dobra, z lodówki znikały tylko najtańsze i najmniej potrzebne produkty, rachunek za wodę i prąd nie ukazały większej różnicy w zużyciu… prawie jakby Orochimaru tutaj nie było. Uchiha  naprawdę odnosił wrażenie, iż wężooki to tylko jakieś złudzenie. Niewiele rozmawiali, prawie w ogóle.

Przez większość dnia wymijali się w jakiś sposób, kierowca dużo czasu spędzał na rodzinnych torach treningowych, testował swoje nowe pojazdy… czasami, przynajmniej raz na tydzień, wychodził ze znajomymi, aby zapić smutki. Ostatnio przyszło mu ich sporo właśnie ze względu na bladoskórego. Jego ojciec nie dawał mu spokoju w związku z tym. Cały czas powtarzał, że nie godził się tutaj na takiego darmozjada, że powinni zostawić go w jakimś szpitalu. Stosunki Madary z rodziną nigdy nie były tak napięte. Nawet jego młodszy brat, Izuna, który zawsze go popierał i starał się stawać po jego stronie, uznał, iż przy tym mężczyźnie czuje się bardzo nieswojo.

Bardzo tęsknił za dawnymi czasami. Wszystko było wtedy dobrze, z jego życiem, rodziną i Orochimaru. Wraz ze śmiercią Pythona umarła jakaś część szczęścia dookoła niego. Momentami denerwował się na siebie, że zechciał poznać bladoskórego jeźdźca i doprowadził do tego wszystkiego. Po nocach  śniły mu się takie obrazy jak widok wężookiego w szpitalu lub chwila, w której nie mówi mu o terenie niezdatnym do jazdy i tym samym zabija jego konia. Chwilami wyrzuty sumienia powodowały u niego myśli samobójcze, ale wciąż powtarzał sobie, że jest silny i nie może się poddać. Nie może. Szczególnie, że nie osiągnął jeszcze swojego celu.

Jeśli chodzi o przeszłość Orochimaru – nie dowiedział się niczego nowego, nie trafił na żaden trop. Pamiętnik ukrył w jednym ze swoich prywatnych sejfów, aby jeździec przypadkowo na niego nie trafił. Miał już zbyt dużo kłopotów z jego strony i nie chciał stać się w jego oczach jeszcze gorszy. Myślał czasami, aby poszukać gdzieś w urzędach informacji o dziadkach wężookiego, o których przeczytał w zapiskach bladoskórego, jednak zrezygnował z tego. Trudno dowiedzieć się o rodzinie kogoś, kto nie posiada tutaj nazwiska. Momentami myślał też, aby spróbować dowiedzieć się czegoś od samego Orochimaru, przykładowo kiedy śpi, jednak i z tego zrezygnował. Wierzył, że niedługo wszystkiego się dowie, że wystarczy tylko jeszcze trochę cierpliwości, której miał w sobie tak mało… ale minęło już zbyt dużo czasu.

Tęsknił za dawnym Orochimaru.

Musiał go jakoś wyciągnąć na zewnątrz, bo był pewny, że ta część mężczyzny, którą uważał za najlepszego przyjaciela wciąż gdzieś tam jest.

A gdyby to się udało, wtedy poznałby także jego historię.

Uchiha znał bardzo dobry sposób, aby ktoś ujawnił całego siebie. Jeszcze nigdy się na nim nie zawiódł.

Alkohol. To na pewno załatwi sprawę.

Było to sobotnie popołudnie. Izuna i jego ojciec wyjechali na jakieś zawody i nie wrócą prawdopodobnie przez dwa dni. Idealnie. Dzień był wyjątkowo ciepły, Madara miał pewność, iż nie będzie padać, przynajmniej dzisiaj, dzięki temu mógł spokojnie pojechać po kilka zgrzewek piwa na motorze. Nie miał ochoty dusić się w upał w samochodzie, nawet jeśli nie byłby zmuszony jechać po alkohol na kilka razy. Miał czas.

Jazda zajęła mu ponad dwie godziny, nie lubił kupować w sklepach w jego okolicy. Bardziej smakowały mu piwa z początku biedniejszej dzielnicy, do tego były tańsze. Skoro nie było w domu jego ojca, dlaczego miałby kupować coś drogiego i niesmacznego? Teraz nikt nie mógł się do niego za to przyczepić.

Skończyłby przewożenie zakupionego alkoholu o wiele szybciej, ale dwukrotnie trafił na jakiegoś swojego znajomego i tracił czas na rozmowę o niczym. Tyle samo razy zatrzymała go policja. Chyba naprawdę się nudzili.

Kiedy skończył przywozić już wszystko, udał się z ostatnią partią w stronę swojego pokoju. Po drodze zaczepił tylko jedną z pokojówek, aby poinformowała kogoś w kuchni, że za kilka minut zejdzie tam i chciałby coś zjeść. Był niesamowicie głodny po tym wszystkim.

Pozostało jeszcze znaleźć wężookiego, nie spędzał z nim czasu za dnia, dlatego nie miał pojęcia, gdzie może być. Nie przejął się tym szczególnie. Doszedł do wniosku, że kiedy tylko zje, zapyta się o miejsce pobytu Orochimaru kogoś ze służby. Prosił ich o zajmowanie się nim za dnia. Nie znaczyło to, że mieli traktować go jak niepełnosprawnego albo jak dziecko, po prostu musieli sprawdzać, czy niczego sobie nie robi. Madara zbyt martwił się, że kiedyś, mimo opieki z jego strony, bladoskóry odbierze sobie życie.

Zszedł do jadalni, na stole czekał na niego talerz wypełniony kanapkami, no cóż, nie zdążyliby przecież przygotować nic ciepłego w kilka minut. Chociaż tak naprawdę to ucieszyło go to, że jedzenie było zimne, w taką pogodę było na pewno lepsza opcją. Zjadł je szybko i wyszedł szybko w poszukiwaniu kogoś, kto wie, gdzie znajdzie jeźdźca.

Akurat trafił na jedną z pokojówek, nie pamiętał jak się nazywa, rodzina Uchiha ma zbyt wiele domów i zbyt wiele służby, by zaprzątać sobie umysł ich imionami.

-Hej, ty! – podbiegł do dziewczyny i złapał ją za ramię. Wzdrygnęła się lekko i odwróciła w jego stronę – Wiesz gdzie jest teraz Orochimaru?

-Tak, panie… – zaczęła – chodzi o tego bladego mężczyznę, prawda? Powinien być na pańskiej siłowni… spędza tam sporo czasu.

Bez słowa obrał kierunek do podanego przez kobietę budynku. Bladoskóry tam trenuje? W jakim celu? Nie czuje się tutaj bezpieczny? Pierwotnie takie pytania zaczęły zaprzątać mu głowę, później jednak Madara zaczął zastanawiać się, czy jego przypuszczenia o to, iż wężooki kiedyś kogoś zabił, nie są prawdziwe i czy jeździec nie planuje znowu czegoś zrobić.

Znalezienie się pod budynkiem nie zajęło mu dużo czasu, chociaż w pewnym momencie miał wrażenie, że idzie w złym kierunku. Nie przebywał na siłowni zbyt często. Cicho wszedł do środka, już po przekroczeniu drzwi usłyszał pierwsze dźwięki, które jasno oznaczały, że ktoś jest w środku. Uderzenia, regularny oddech. Ktoś ewidentnie tam ćwiczył, a teraz na terenie posiadłości Uchiha były tylko dwie osoby upoważnione do korzystania z siłowni. Madara bezgłośnie podszedł bliżej, aby przyjrzeć się ćwiczeniom Orochimaru.

Jego ruchy były płynne i dopracowane. Widać było, że wie, co robi. Uchiha nie mógł stwierdzić, którym stylem walki się posługuje, ale było to imponujące. Miał nadzieję, że nigdy nie przyjdzie mu być workiem treningowym bladoskórego.

Nie chciał go przestraszyć, dlatego zapukał kilkukrotnie w drzwi, w których stał, jednak to nie zwróciło uwagi ćwiczącego mężczyzny.

-Ej, Orochimaru…! – zawołał, by w końcu jeździec zdał sobie sprawę, że nie jest tutaj sam. Wężooki faktycznie go usłyszał, odwrócił się nerwowo w jego stronę, jednak był chyba zbyt wykończony, dlatego zakręciło mu się w głowie i tracąc równowagę, upadł. Uchiha szybko do niego podszedł, by podać mu rękę. – Powinieneś bardziej uważać. – uśmiechnął się ciepło w jego stronę.

Złapał jego dłoń i wstał, ale nic nie odpowiedział. Jak zwykle.

-Chciałbym dzisiaj spędzić z tobą trochę czasu, myślę, że nie będziesz miał nic przeciwko, prawda? – po raz kolejny uśmiechnął się w jego stronę, miał nadzieje, że bladoskóry nie wyczuje jego specyficznych intencji.

Orochimaru skinął tylko głowa na zgodę i poszedł w stronę szatni, aby się przebrać. W tym czasie Madara czekał na niego ze spokojem. Pamiętał, kiedy niesamowicie martwił się o wężookiego ze względu na to, że tak mało mówi, bał się, że stracił tą umiejętność, bo przez pierwsze dni nie odzywał się w ogóle, dopiero po kilku dniach zaczął odpowiadać na „dobranoc” lub „dzień dobry”.  Obecnie nie zrobił żadnych większych postępów, ale Uchiha wierzył, iż po alkoholu to się zmieni.

Po chwili wężooki wyszedł i ruszyli w stronę części posiadłości, która należała do Madary. Kierowca zadecydował, że będą pili w pokoju z grami, może obejrzą jakiś film lub mecz, ewentualnie w coś pograją. Później przeniosą się do sypialni, bo obok jest łazienka, w razie przedawkowania alkoholu będą mogli opróżnić żołądek właśnie tam.

Kiedy już znaleźli się w pokoju, Madara z dumą spojrzał na swoje zakupy, kilka zgrzewek piwa oraz dwie butelki mocniejszego trunku. Orochimaru będzie nietrzeźwy, był tego pewny.

Minęła dopiero siedemnasta, ale Uchiha nie chciał czekać. Po prostu zasłonił okna. Wziął dwie puszki, usiadł na kanapie, włączył telewizor, otworzył jedną i, kiedy Orochimaru znalazł się obok niego, podał mu drugą.

Oglądali jakiś losowy kanał, nawet nie zwracali uwagi na treść, siedzieli w ciszy i popijali piwo z puszki. Trwało to kilka godzin. Dookoła leżało bardzo dużo rzeczy, które pokazywały, jak wiele alkoholu spożyli.

Madara próbował sprawdzić, która jest godzina, ale za bardzo kręciło mu się w głowie. Tak, zapomniał o tym, że upija się szybciej niż wężooki. Wstał, zrobił się strasznie senny.

Chciał szybko znaleźć się w swoim łóżku. Pierwszy krok… drugi… zwymiotował. Orochimaru, widząc go, wstał z kanapy i wziął go pod ramię. Szli powoli, chwiejnie, wężooki też był nietrzeźwy, ale w mniejszym stopniu. Uchiha miał wrażenie, iż przemieszczają się po nieznanym mu budynku, wszystko było takie obce. Tylko wężooki obok niego pomagał mu chociaż trochę odnaleźć się w sytuacji.

Po naprawdę długiej chwili stanęli przed drzwiami sypialni. Następnego dnia prawdopodobnie będą mieć kilka siniaków, gdyż w czasie drogi zdarzyło im się uderzyć kilkukrotnie w ścianę. Bladoskóry otworzył drzwi, weszli do środka.

Uchiha został delikatnie położony na jego łóżku. Problem w tym, że nie był już senny. Jego mózg poradził mu coś innego.

Złapał rękę wężookiego i przyciągnął go do siebie.

-Oroichamru – wybełkotał.

Podniósł się lekko i przygniótł mężczyznę swoim ciałem. Leżał na nim chwilę, a kiedy ten się odwrócił, pocałował go. Bladoskóry wyrywał się, szarpał, ale on wciąż to robił, przestał dopiero, gdy zabrakło mu tchu. Spojrzał na jeźdźca, wyglądał na przerażonego. Nic dziwnego. Jedną ręką przytrzymywał jego dłonie, drugą włożył pod koszulkę mężczyzny. Podniecił się. Tak strasznie miał ochotę z nim to zrobić. Po tym na pewno wężooki się przed nim otworzy. Poluzował uścisk, aby zsunąć z niego spodnie, by zrobić to na co ma ochotę. Nachylił się nad bladoskórym i pocałował go po raz kolejny. Jeździec krzyczał i błagał o przestanie, cieszyło to Madarę, w końcu zaczął mówić. Z ust zsunął się na jego klatkę piersiową, drażnił jego sutki, skoro podniecało to jego byłe dziewczyny, dlaczego nie działałoby na mężczyznę. Po chwili ugryzł go w bark, chciał go oznaczyć. Prawie udało mu się zsunąć dolną część jego ubrania, ale potrzebował do tego dwóch rąk, był zbyt pijany, by panować  nad swoimi ruchami. Puścił Orochimaru, aby to zrobić, a chwile później zrozumiał swój błąd.

Nie minęło dużo czasu, a stracił przytomność uderzony w głowę.

 

[Omg, dwa miesiące tego nie pisałam XD
Pewnie ma teraz pełno błędów fabularnych i ogólnie jest gorsze niż wcześniej, ale ok ;;
Niedługo koniec ;/v/;
Dziękuję za przeczytanie owo <3 ~Grelloo]

[Craig x Kenny] Royal Wedding – prolog

I’m goin’ down to South Park, gonna have myself a time…

Dni były ciepłe. Wyjątkowo, biorąc pod uwagę, że kończył się listopad. Niektórzy mieszkańcy, głównie dzieci, mieli na sobie lżejsze ubrania. Niedawno minęło szaleństwo związane z Czarnym Piątkiem.

Friendly faces everwhere, humble folks without temptation…

Policja powoli pozbywała się zniszczeń po tym dniu. A było co uprzątać. Galerie prawdopodobnie nie będą czynne przez kilka dni. Tym razem ilość ludzi, którzy stracili życie podczas tych promocji przeszła ludzkie pojęcie. Budynki były przepełnione krwią i ciałami. Wspomnienie  tej rzezi było możliwe tylko dla osób, które to widziały, reszta nie była w stanie sobie tego wyobrazić.

I’m goin’ down to South Park, gonna leave my woes behind…

Dzieci nie przejmowały się tym jednak. Bez żadnych ofiar w swoich szeregach zdołały kupić wymarzoną konsolę. Zdobycie jej sprawiło im niesamowicie dużo problemów. Odetchnęli z ulgą, kiedy pojawiła się informacja, że walka między Play Station i Xboxem nie wywołała wojny amerykańsko-japońskiej.

Ample parking day or night, people spouting: „Howdy, neightbour!”

Mimo wspólnej konsoli Królestwo Ludzi i Elfów na stałe się podzieliły. Na czele tych pierwszych stał Eric Cartman, Król Czarodziej. Nad fantastycznymi istotami panował z kolei Kyle Brovlowski, Wysokiej Klasy Żyd. Obydwaj mieli za sobą pokaźną ilość wojowników.

I’m headin’ down to South Park, gonna see if I can’t unwind…

Królestwa miały obecnie zawieszone bronie, lecz Cartman wciąż miał wrażenie, że przeciwnicy szykują się do kradzieży najważniejszego reliktu na świecie, Kijka Prawdy. Jeśli którejś z krain uda się utrzymać go u siebie przynajmniej tydzień, zdobędą chwałę i uznanie. Wygrają.

A on znał wiele sposobów, aby wygrać.

So come on  down to South Park and meet some friends of mine.

[Craig x Kenny] Liar – rozdział 4

Idziemy?

-Długo już tutaj siedzisz? – usłyszałem za sobą to krótkie pytanie. Pierwotnie nie mogłem stwierdzić, kto to powiedział, dlatego szybko odwróciłem się na pięcie, chowając za sobą puszkę z piwem. Nie chcę, żeby ktoś mnie zobaczył, kiedy staram się upić, by zapomnieć. Sam nie wiem o czym, ale od momentu mojego obudzenia się dzisiaj czuję, że coś mnie dręczy. Nie wiem co.

Moja szybka i paniczna reakcja spowodowała, że z puszki uleciało trochę napoju. Ochlapałem się nim i przekląłem pod nosem. Osoba, która mnie wystraszyła, zaśmiała się. Spojrzałem na nią.

No tak, to był Kenny. Kto inny by tutaj przyszedł? Pierwotnie jego widok lekko mnie zdziwił, wręcz budził niepokój, ale po chwili wszystko zniknęło. Nagle poczułem się wyjątkowo szczęśliwy. Moje wszystkie obawy zniknęły i uśmiechnąłem się do niego.

Blondyn szybko odwzajemnił uśmiech. Zrobiło mi się naprawdę ciepło na sercu. Tak bardzo chciałem go teraz przytulić, ale nigdy tego nie robiliśmy, bałem się, że wyjdę przez to na idiotę. Wiem, że to głupie, ale jakiś czas temu zacząłem traktować romantyzm jak coś zbędnego i pokazującego słabość ludzką.

Byłem gotów zaproponować mu napicie się ze mną, kiedy to on podbiegł do mnie i rzucił mi się w ramiona. Wszystko dzisiaj jest takie dziwne. Przez ten zaskakujący obrót sytuacji upuściłem puszkę, na posadzce znalazła się spora kałuża piwa. Nie zwróciłem na nią jednak szczególnej uwagi, zamiast tego po krótkiej chwili wahania odwzajemniłem uścisk. Zdałem sobie sprawę, że drży. Delikatnie przeczesałem jego włosy. Wydawały mi się tak miękkie…

Potrzebowałem chwili czułości od dawna, teraz to rozumiem.

-Tęskniłeś za mną? – zapytał, kiedy  odsunęliśmy się od siebie. Co mam mu odpowiedzieć? Nie widzieliśmy się od wczoraj. W tak krótkim czasie zaczynają tęsknić chyba tylko małe dziewczynki, które naoglądały się zbyt dużo seriali o miłości… Do tego my nie byliśmy oficjalną parą, bardziej sex-przyjaciółmi. Co mu odpowiedzieć?

-Może… – powiedziałem niepewnie, wahałem się, czy to odpowiednie stwierdzenie. On tylko skinął głową i usiadł pod ścianą. Zrobiłem cos nie tak? Dołączyłem do niego. Z mojej torby wyjąłem kolejną puszkę.

-Chcesz później pójść do sklepu? Kupię ci piwo, bo przeze mnie jedno rozlałeś…

-Nie trzeba.

Ponownie skinął głową i sięgnął do kieszeni. Domyślałem się, że po papierosa. Kiedyś naprawdę go to zabiję, jednak nie mogę go od tego odciągać, to jego wybór… Spojrzałem na przedmiot, który wyjął, miałem racje – papieros – tym razem jednak wyglądał inaczej.

-Co to? – wskazałem na niego.

-E-papieros – powiedział szybko i zaczął go używać. Dym miał o wiele przyjemniejszy zapach niż ten z prawdziwych wyrobów tytoniowych. Cisnęło mi się za to na usta, skąd Kenny miał na niego pieniądze. Jego rodzina nie należy do najbogatszych, przecież czasami głodują przez kilka dni, bo nie maja na nic pieniędzy, a nagle on pojawia się z czymś takim.

-Ładnie pachnie… – powiedziałem po chwili niezręcznej ciszy.

-Wiem – nie spuszczał wzroku z urządzenia. Wydawał mi się dzisiaj taki tajemniczy…

-Skąd go masz? – musze się dowiedzieć  o co mu chodzi.

-Nie pamiętasz? – nagle spojrzał mi w oczy. O co mu chodzi? Zaprzeczyłem. Wiem, że był wczoraj w szpitalu, ale nic mu przecież nie jest. Nawet nie wiem, dlaczego tam był. Ma to jakiś wpływ na jego zachowanie? Może coś stało mu się z głową…? – W takim razie nieważne.

-O co ci chodzi? – nie należę do osób, które muszą wszystko wiedzieć, ale ta sprawa mnie dotyczyła. To musiałem wiedzieć.

-Czy kiedyś przeze mnie cierpiałeś?

-Nie… – czyli to ma jakiś związek z tą obietnica z przedwczoraj?

-Nidy nie płakałeś z mojego powodu? Nie chciałeś się zranić?

-Nie! – krzyknąłem. Na tą odpowiedź Kenny odłożył na bok swój nowy nabytek i wstał. Stanął przede mną i spojrzał na mnie z góry.

-Wiem, że nie pamiętasz, ale kłamiesz. Cierpiałeś przez moją śmierć tak wiele razy, ale nigdy o tym nie pamiętasz… – o czym on kurwa mówi? Przecież jest tutaj, właśnie teraz. Żywy. Przyciągnąłem go do siebie. Znów mięliśmy oczy na tej samej wysokości. Wydaje mi się, że on cierpi bardziej niż ja. Szczególnie, iż ja o niczym nie wiem. Musze mu to powiedzieć, aby chociaż trochę złagodzić sytuację.

-Skoro o tym zapominam, nie przejmuj się mną. Jest dobrze.

Zamilkł. Chciałem rozluźnić atmosferę i teraz miałem do tego idealna okazję. Przyciągnąłem go do siebie jeszcze bardziej, stracił równowagę i wpadł na mnie. Uśmiechnąłem się wrednie, żeby wiedział, że naprawdę wszystko jest w porządku, przykułem go do ziemi, całując.

Po krótkiej chwili, odsunął mnie od siebie. Myślałem, że jest na mnie wściekły, ale sam tez posłał mi uśmiech. Zaczęliśmy walkę o dominację. Byłem taki szczęśliwy. Wiedziałem, że wygram. Chciałem poczuć każdy skrawek jego ciała. Napawać się delikatnością jego skóry. Poczuć jego ciepło i jego zapach. Chciałem go. On również tego pragnął. Przeczesałem jego gęste włosy. Był taki wspaniały, kiedy pozwalał mi na każda czynność. Zjechałem na jego tors. Nie mogę zrozumieć, dlaczego niektóre miejsca na nim są zabliźnione lub posiniaczone, skoro, według niego, odradza się po każdej swojej śmierci. Wciąż nie mogę mu w to uwierzyć, jednak nie będę poruszał tego tematu.

Przypomniałem sobie, że nie kupiłem prezerwatyw. Jak teraz mamy to robić?

-W mojej kieszeni – wskazał na leżącą niedaleko nas pomarańczową kurtkę. Pocałowałem go po raz kolejny .

Później uprawialiśmy seks. Tak bardzo go kocham, kiedy mi się oddaje.

Kocham?

Ja go kocham? Podczas seksu czy zawsze?

Co ze mną jest nie tak? Mięliśmy być tylko do wzajemnego siebie zaspokajania, nie powinienem czegoś do niego czuć…

Skończyliśmy.

Siedzieliśmy obok siebie, czułem się teraz tak dziwnie… Co mu powiedzieć?

Złapał mnie za rękę. Zadrżałem. Coś mi to przypominało, ale nie wiem co.

-Craig… mógłbyś mnie pocałować jeszcze raz? – deja vu. On chce coś mi przekazać. To moja szansa. Delikatnie musnąłem jego usta i wtuliłem się w niego.

-Kocham cię Kenny.

Zauważyłem uśmiech na jego ustach i usłyszałem ciche westchnienie.

-Ja ciebie też.

Wstałem i  zacząłem się ubierać. On także zaczął to robić.

Kiedy skończyłem, ująłem jego dłonie. Teraz były takie ciepłe, prawdopodobnie pod wpływem naszego wcześniejszego zajęcia.

-Idziemy? – zapytałem.

Skinął głową, nawet nie pytał gdzie. Czytamy sobie w myślach? A może on obrał za cel coś innego? Ja za to już postanowiłem co teraz zrobię.

Dowiem się, czy on faktycznie przyciąga do siebie śmierć, lecz nie może zginąć…

…oraz przestane ukrywać, że go kocham.

 

[To już ostatni rozdział ;;
Dziękuję za przeczytanie owo
Mogłam się chyba bardziej postarać, bo chyba mi nie wyszedł, ale wciąż walczę z artblockiem ;-; wybacznie ;;;
W sumie zakończenie miało być trochę inne, nie jakoś szczególnie, ale no :v
W notatkach zapisałam to jako „o hej Kenny, idziemy na szluga? XD”, ale chyba ta wersja Idziemy jest lepsza ;//u//;
Jeszcze raz dziękuję za przeczytanie <3 ~Grelloo]

[Craig x Kenny] Liar – rozdział 3

Odszedłeś…

Resztę dnia faktycznie spędziłem w miłym towarzystwie. Nie mogę zrozumieć dziewczyn. Niby są takie grzeczne i niewinne, ale przy, jak one mówią, buntowniku zupełnie zapominają ile mają lat i co mogą robić.

Wróciłem późno i dlatego nikt z rodziny nie miał nawet siły zaczynać ze mną kłótni. Cieszę się z tego powodu, jeszcze powiedziałbym im coś głupiego i miałbym wyrzuty sumienia. Tylko siostra naprzeklinała na mnie, że nie teraz się nie wyśpi. Nie mogę jej zrozumieć, nie idzie spać, bo się o mnie martwi, a później denerwuje się, że straciła część czasu na sen… Z nią jednak nie zaczynałem kłótni. Kiedyś nakryła mnie z Kennym i zdarza jej się zastraszać mnie, że wygada się o mojej biseksualności. Czasami wolę nie ryzykować i daje jej spokój. Po tym wszystkim spałem długo.

Byłem zmęczony i najchętniej przespałbym cały dzień, ale nie mogłem sobie pozwolić na nie przyjście w umówione miejsce, szczególnie że poprzednim razem nie mogliśmy się zadowolić z tak głupiego powodu jak brak prezerwatyw. No i widziałem, że coś go trapi, chciałbym mu jakoś pomóc.

Odpoczynek minął mi bez ciekawych snów, przynajmniej tak mi się wydaję, ponieważ nigdy ich nie pamiętam. Żałuję tego, chciałbym  opanować umiejętność świadomego śnienia, myślę, że stworzenie świata marzeń chociaż na krótką chwilę, byłoby ciekawe.

Z łóżka wyszedłem około południa. Przebrałem się na świeże ubrania, rzadko to robię, ale jeśli Kenny od wczoraj ma jakiś dziwny humor, nie chciałbym go dobijać tym, że po jego odejściu poszedłem do kogoś innego, aby się zaspokoić.

Nakarmiłem jeszcze Stripe, mam nadzieję, że będzie ze mną jeszcze chwilę. Czytałem, że świnki morskie mogą żyć do dziesięciu lat, jeśli dobrze się nimi opiekuje. Mam go już trochę czasu i wiem, że niedługo umrze, ale staram się o tym nie myśleć zbyt często.

Byłem już gotowy do wyjścia. Zabrałem moją torbę i kilka dolarów, bo po drodze chciałem wstąpić do apteki z wiadomych przyczyn. Zanim jednak opuściłem dom, uznałem, iż wstąpię do kuchni i wezmę coś do zjedzenia po drodze. Mogłem to sobie odpuścić, miałem wystarczająco pieniędzy, żeby kupić coś po drodze, ale na swoje nieszczęście nie pomyślałem o tym.  W środku trafiłem na całą rodzinę, która przygotowywała się do obiadu.

Wszyscy skierowali na mnie swój wzrok, przekląłem w myślach, mogłem chociaż zostawić gdzieś torbę, bo teraz wiedzieli, że szykuję się do wyjścia. Modliłem się w duchu, żeby nie chcieli sprawdzić, co jest w środku.

-Craig… – zaczął mój ojciec, czułem, że moje serca zaczyna bić szybciej – wybierasz się gdzieś?

-Do Kennego – raczej nie wiedzieli, że robię z nim coś niedozwolonego, a nauczyłem się, iż przy nich lepiej nie zatajać prawdy.

Zauważyłem, że wymienili się spojrzeniami.

-Sibling, odprowadzisz brata – powiedziała moja matka głosem nieznoszącym sprzeciwu.

Spojrzałem na nich gniewnie, ale nic nie powiedziałem, pokazałem im tylko środkowy palec, oni odpowiedzieli mi tym samym.

Bez słowa wyszliśmy z kuchni. Siostra powiedziała mi, żebym zostawił torbę, bo nie będzie mi potrzebna, ale nie posłuchałem jej, co ona może wiedzieć o moich zamiarach…

Szedłem obok niej, uważam, ze wyrosła na nawet ładną dziewczynę. Trochę martwiło mnie jednak, że barwa jej włosów to mieszanka koloru rudego, po tacie, oraz blondu mamy. Sam mam przecież ciemne i zastanawiam się czasami, czy nie jestem adoptowany…

Dotarliśmy pod ratusz, nie mogę uwierzyć, że nic się w nim nie zmieniło, wciąż mamy nawet tą sama burmistrz. Zauważyłem na zakręcie Stana, Kyle’a, Cartmana i Buttersa. Spędzają z Kennym coraz mniej czasu i wydaje mi się, że na stałe wyrzucili go ze swojej grupy, nigdy nie mogę zobaczyć ich razem. Szkoda, kiedy byliśmy dziećmi przeszli razem wiele ciekawych przygód, teraz żałuję, że nie dołączyłem się do nich, chociaż czasami mi to proponowali, bo ich przygody były niesamowite i czasami absurdalne, ale chociaż mają co wspominać.

Sibling zauważyła ich i skierowała się w stronę domu jakby uznała, że to koniec mojej trasy. Ucieszyłem się, że mam już od niej spokój i podbiegłem do chłopaków.

-Idziesz z nami? – zapytał Stan, kiedy do nich dołączyłem.

-Nie, spotykam się z Kennym – odparłem, doszliśmy do skrzyżowania i skierowałem się na trasę do naszej kryjówki.

-Burdel jest w drugą stronę! – zawołał za mną Cartman, po chwili usłyszałem, że zaczyna się kłócić z Kyle’em. Ten grubas powinien czasami trzymać język za zębami – Szpital zresztą też! – dodał, po chwili. Odszedłem pokazując mu środkowy palec. Rozumiem, że McCormick często choruje, ale nie muszą z tego żartować.

Znowu wszedłem do budynku, jednak po raz kolejny jego nie było. Tym razem nie czekałem długo, mówił, że raczej przyjdzie, a dokładniej, że ma taką nadzieję. Nie mogłem zrozumieć o co mu chodziło, ale miałem w zamiarze się tego dowiedzieć. Wstałem i opuściłem to miejsce. Byłem gotów skierować się do jego domu i zapytać się jego, bądź kogoś innego kto tam mieszka, o co chodzi.

Nie dotarłem jednak dalej niż pod ratusz, moją uwagę przykuło poruszenie pod szpitalem. Stał tam tłum ludzi i kilka samochodów ludzi z telewizji.  Coś mi podpowiedziało, że tam go znajdę.  Z trudem przecisnąłem się przez mieszkańców South Park, przez obrońców praw dzieci i jakieś inne grupy ludzi.

Barbrady nie chciał mnie najpierw przepuścić, mówiąc swój rutynowy tekst o tym, że nie ma tam nic do oglądania. Powinni go w końcu wyrzucić z tej pracy. Jakimś cudem udało mi się go przekonać, że to moja sprawa i mam prawo wejść. Posłuchał mnie. Podszedłem do recepcji i zapytałem o Kennego. Kobieta spojrzała na mnie przestraszona i skinęła głową, że się tutaj znajduje. Wziąłem głęboki oddech i poprosiłem ją, aby mnie do niego zaprowadzono.

-Masz jakieś dokumenty, które potwierdzą, że jesteś z nim powiązany? – jeszcze nigdy nie byłem poproszony o dowód tożsamości, aby spotkać się w szpitalu, ale nie wnikałem, z jakiego powodu nagle stało się to wymagane. Nosiłem ze sobą fałszywy dowód osobisty, żeby móc kupić piwo, jednak on nie przyda mi się teraz do niczego.

-Spokojnie, to jego przyjaciel – usłyszałem za sobą głos Tokena.

Kobieta skinęła głową i zawołała pielęgniarkę. Podziękowałem staremu kumplowi, on nie odpowiedział, ale posłał mi serdeczny uśmiech, chociaż widziałem w nim smutek.

Szliśmy przez długie i puste korytarze, czułem się jak w labiryncie. Nie wiem, kiedy ręce zaczęły mi się pocić i drżeć. Bałem się, co mogę zobaczyć. W końcu pielęgniarka się zatrzymała i otworzyła drzwi. Niespokojnie zajrzałem do środka i go zobaczyłem. Przy łóżku siedziała większość naszych przyjaciół. Zauważyli mnie i pożegnali się z blondynem. Niektórzy byli zapłakani i ciężko oddychali. Nie wchodziłem jeszcze do środka, bo chciałem się ich zapytać, co dokładnie się stało. Przyciągnąłem do siebie Stana, który był teraz w naprawdę opłakanym stanie oraz Kyle’a, bo wydawało mi się, że od nich dowiem się najwięcej.

-Co mu jest? – starałem się brzmieć stanowczo, jednak myślę, że wyczuwali moje zmartwienie.

-Rak płuc – odparł drżącym głosem Marsh i pociągnął nosem.

Zadrżałem z przerażenia, ale starałem się myśleć logicznie.  Czytałem o nim kiedyś.

-Czy on nie ujawnia się dopiero po czterdziestce? Jak to możliwe?

-A myślisz, że z jakiego powodu jest tu tyle reporterów?! – wybuchł Kyle, lecz po chwili się opamiętał, posmutniał i z jego oczu popłynęła struga łez – To będzie pierwszy tak młody przypadek śmierci przez ten nowotwór.

Poczułem jakby ktoś uderzył mnie czymś ciężkim w głowę. Nagle wszystko wydawało się przyćmione. Upadłem na kolana i przez nagły skurcz żołądka zwymiotowałem do kosza stającego obok. Dwójka jego przyjaciół odeszła, nie mogli już wytrzymać tego bólu. Miałem wrażenie, że coś rozrywa moje wnętrzności, szczególnie serce. Czułem, że zostało przebite niewidzialnym sztyletem.

Siedziałem przed drzwiami kilka minut, nie mogłem zapanować nad łzami, a nie chciałem się pokazywać mu w takim stanie. Cały drżałem. Nie mogłem nad tym zapanować jakbym ja także umierał.

Chwilę zajęło mi opamiętanie się. Przecież on jeszcze żyję. Musze z nim porozmawiać.

Starałem się iść pewnie, ale nie wychodziło mi to, zataczałem się, byłem zmuszony podpierać się o ścianę.

Zapukałem, ale nie usłyszałem żadnej odpowiedzi. Wszedłem.

Leżał w tej nieskazitelnie białej sali i ciężko oddychał. Po pomieszczeniu słychać było tykanie zegara i dźwięki wydawane przez urządzenia medyczne, które prawdopodobnie podtrzymywały go przy życiu.

Skierował swój wzrok na mnie, chociaż widziałem, że przyszło mu to z trudem. Podbiegłem do łóżka, usiadłem obok i złapałem jego dłoń. Wydawała mi się teraz taka chłodna. Nerwowo obejrzałem każdy widoczny kawałek jego ciała.  Paznokcie wydawały mi się mieć inny kolor, był tez siny. Czy on naprawdę umiera?

Jego oczy wyglądały jak ze szkła, ale lśniły od łez. Nie wiem jak mógłbym go pocieszyć przed śmiercią. Nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje. Czy to nie ja doprowadziłem go do takiego stanu? To ja go w to wciągnąłem, pozwalałem mu palić, namawiałem go do tego. Nie powinienem. To ja go zabiłem?

-Już dobrze… – zaczął beznamiętnym tonem, brzmiał jakby już się z tym pogodził.

-Nie jest dobrze! – mój głos załamywał się na każdym słowie, nie byłem w stanie nad tym zapanować – To wszystko moja wina!

Spojrzał mi prosto w oczy, tak bardzo chciałem uciec od tego wzroku, pełnego bólu, ale i troski, lecz nie mogłem.

-Craig… jesteś dla mnie bardzo ważną osobą, wiesz? – znowu zaczyna, często zaczynał ten monolog, który za każdym razem wydawał mi się pożegnaniem, jednak zawsze wychodził z tego i wszystko było dobrze. Teraz on nie przeżyje, to jest pewne. Skinąłem głową, a on kontynuował;  - Kiedy odejdę, proszę, nie zrób sobie niczego. Ja wrócę.

-Nie wrócisz… – po policzkach popłynęła mi kolejna struga łez.

-Wrócę, jeśli obiecasz mi, że nic sobie nie zrobisz – starał się uśmiechnąć, ale był już naprawdę słaby, walczył z samym sobą, aby być tutaj jeszcze chwilę. Skinąłem głową na zgodę.

Trwałem przy nim jeszcze niemą chwilę, kiedy weszła pielęgniarka.

-Chłopcze, mógłbyś zaraz go opuścić? – zaczęłam, rozumiałem, że Kenny potrzebuje chwilę spokoju – Ludzie od rekordów Guinessa chcieliby zamienić z nim kilka słów.

Rzuciłem jej nienawistne spojrzenia, jakim prawem ludzie mogą robić z jego śmierci sensacje i zabawę?

-Proszę dać mi pięć minut – kobieta zniknęła.

-Craig… – wyszeptał McCormick – mógłbyś mnie pocałować? Chciałbym mieć jakieś miłe wspomnienie z dzisiaj…

Nie spodziewałem się takiej prośby, jej wydźwięk mnie zasmucił, znowu czułem, że coś pożera mnie od wewnątrz, nie mogłem mu jednak odmówić. Nachyliłem się nad nim i delikatnie musnąłem jego usta. Czy to jest moje pożegnanie z nim? Więcej już tego nie zrobię? Po chwili na jego twarzy wylądowało  kilka moich łez. Poczułem jego ciepły oddech i wtuliłem się w niego mocno, nie chciałem go tracić.

-Kocham cię Kenny – wyszeptałem, a on wydał z siebie tylko słabe westchnienie, nie miał już siły mówić. To tak strasznie bolało, ale wiedziałem, że nie umrze teraz w smutku.

Opuściłem salę, moje miejsce w niej zajęła duża grupa dziennikarzy. Jak ja nienawidzę takich ludzi. Szedłem powoli. Na zewnątrz szpitala zobaczyłem kilku naszych przyjaciół. Tak, naszych. Postaram się teraz żyć dla Kennego. Zrozumiałem, że był najważniejsza osobą w moim życiu, chociaż mogłem domyślić się tego wcześniej. Nie musiałbym niedługo przejść na mówienie o nim czasie przeszłym.. Chciałem do nich podbiec i chociaż na chwilę się uspokoić, ale upadłem. Moje ciało nie pozwoliło mi na taki ruch. W mgnieniu oka byłem otoczony przez lekarzy. Później straciłem przytomność.

Obudziłem się w moim pokoju. Byłem sam i czułem się okropnie.

Odnosiłem wrażenie, że nie mogę normalnie funkcjonować, bo we mnie też coś umarło. Wziąłem głęboki oddech. Chciałem jakoś zapomnieć o bólu. Sięgnąłem do szuflady, gdzie trafiłem na żyletkę, czasami mi pomagała. Byłem gotów, by uszkodzić sobie skórę na nadgarstku, lecz przypomniała mi się obietnica złożona Kennemu. Odrzuciłem przedmiot od siebie.

Wstałem i zszedłem na dół.  Musiałem obudzić się późno, bo nikogo nie było ani w salonie, ani w kuchni. Spojrzałem na zegar. Wpół do czwartej w nocy. Podszedłem do okna, ciemno jak zawsze. Miałem w zamiarze napić się tylko wody i wrócić do łózka, ale coś skłoniło mnie, aby wyjść na zewnątrz.

Zimny wiatr zawiał mi w twarz. Wciąż czułem się okropnie, ale cóż… może tak miało być? On jest teraz w lepszym miejscu.

Chciałem zostać jeszcze na zewnątrz, jednak coś skłoniło mnie do powrotu do pokoju. Jakby nagle zapanowała nade mną  jakaś niewidzialna siła, której nie mogłem się sprzeciwić. Zapomniałem o wodzie, o tym, że przespałem dużą część dnia… po prostu położyłem się na łóżku i zasnąłem…

 

 
[Dziękuję za przeczytanie owo
Pierwotnie początek miał brzmieć: „umarłeś”, ale to byłby straszny spojler ;; ~Grelloo]

[Craig x Kenny] Liar – rozdział 2

Kłamałeś…

Następnego dnia nie pojawił się na naszym stałym miejscu spotkań o tej porze co zawsze. Być może dzisiaj nie przyjdzie.  Nie zdenerwowałem się na niego, nie miałem podstaw, bo przecież mówił mi, że ma już plany. Chciałem jednak go spotkać i zapewnić go, iż nic mi się nie stało.

Od zawsze miał dziwny nawyk przyjmowania na siebie wszystkich ciosów. Czasami ich nawet nie unikał, wciąż nie mogę go zrozumieć. Odnoszę wrażenie, że on myśli, że śmierć go nie dotyczy i jest niezniszczalny. Nie chcę, żeby kiedyś zawiódł się na swoich przekonaniach.

Cały dzień przesiedziałem wewnątrz naszej kryjówki. Musiałem wyjść wcześnie, żeby rodzice nie próbowali mnie powstrzymać. Powinni już odpuścić, bo i tak ich nie posłucham. Rozumiem, gdyby to nie była sobota, wtedy mogliby męczyć mnie tymi głupimi tekstami w stylu: „nie skończyłeś jeszcze swojej edukacji!”, ale dzisiaj miałem prawo pójść, gdzie tylko chcę.

Mogłem spędzić w tym budynku cały dzień. Był dla mnie miejscem, w którym mogłem się zrelaksować i zapomnieć o problemach. Do środka nigdy nie wpadał śnieg, nie wiał tutaj wiatr, więc było w miarę ciepło. Kiedyś przynieśliśmy tutaj koce, dlatego mogłem położyć się w jednym ze starych pokoi.

Wziąłem głęboki oddech i poczułem słodką woń najtańszych papierosów, które Kenny wypalał tutaj najczęściej. Zapach tytoniu wymieszał się z kurzem, poczułem suchość w gardle i kaszlnąłem kilka razy. Już kiedyś chciałem chociaż trochę wywietrzyć ten pokój, ale coś mi nie pozwala. Spędzamy tutaj najwięcej czasu i ta zniszczona i zakurzona część domu pochłonęła najwięcej naszych wspomnień. Odnoszę czasami  wrażenie, że posprzątanie go może sprawić, że je stracę. W tym pokoju pierwszy raz zapaliliśmy, upiliśmy się i po raz pierwszy uprawialiśmy seks. Czasami czuję, jakby to miejsce skłoniło nas do buntu przeciwko społeczeństwu.

Sięgnąłem po kolejny łyk piwa, wolałem to od tytoniu, może po tym muszę czasami wytrzeźwieć, ale przynajmniej nie grożą mi widoczniejsze i niebezpieczniejsze skutki w przyszłości. McCormick nie przejmuje się tym. Zapewnia mnie, że jemu nic takiego nie grozi. Faktycznie, nigdy nie zauważyłem, żeby chociażby pożółkły mu zęby.  Nie mam pojęcia jak on to robi. Wydaje mi się, że posiada wyjątkowe zdolności regeneracyjne. Nieważne, jak bardzo jest poobijany, następnego dnia wygląda jakby nic się nie stało. Zazdroszczę mu tego.

Usłyszałem na korytarzu kroki. To musiał być on. Dźwięki nie były rytmiczne, czułem, że tym razem znowu przesadził z alkoholem. Wyjrzałem z pokoju przez dziurę, w której kiedyś stały drzwi. To faktycznie był Kenny, ale raczej nie był pod wpływem alkoholu. Był za to ranny. Coś ugryzło go z nogę i dlatego utykał. Nie byłem pewny, czy chce się teraz ze mną widzieć, ale mimo wszystko wstałem i podbiegłem do niego.

-Mówiłem, że spróbuję przyjść, więc jestem… – posłał mi swój najbardziej przepraszający uśmiech.

-Co tym razem?

-Pies nie chciał się słuchać… a mięliśmy tak genialny pomysł…! – westchnął i ruszył w stronę wejścia do pokoju, gdzie wcześniej siedziałem.

Usiadł na podłodze, a ja sięgnąłem do torby, którą zabrałem ze sobą i wśród puszek, pełnych lub pustych, znalazłem niewielką apteczkę. Zacząłem ją nosić jakiś czas temu, kiedy uznaliśmy, że jest tutaj coraz niebezpieczniej i coraz częściej zdobywaliśmy niewielkie rany czy otarcia. Wiedząc, że to stare i zaniedbane miejsce, woleliśmy je odkażać. W środku znalazłem butelkę wody utlenionej i zwykłej, mydło, bandaż oraz nożyczki.

-Pokaż – powiedziałem głosem nieznoszącym sprzeciwu. Od razu to wyczuł i odsłonił łydkę, na której pozostał ślad po zębach otoczony dużą ilością krwi. Noga była spuchnięta. Przestraszyłem się, że zwierzę mogło mieć wściekliznę, ale Kenny zauważył to i wyjaśnił mi spokojnie, że to najzwyklejsze ugryzienie najzwyklejszego psa.

Czynności, które miałem wykonać, znałem na pamięć. Najpierw oczyszczenie rany, później odkażenie i zabandażowanie. Nie chciałem, żeby panowała między nami napięta atmosfera, dlatego po zakończeniu pracy delikatnie pocałowałem niezakrytą część jego łydki. Blondyn uśmiechnął się i po chwili nasze usta połączyły się w namiętnej walce o dominację. Przycisnąłem go do podłogi.

-Nie miałem dzisiaj szansy zarobić, nie kupiłem prezerwatyw – wyszeptał.

Chciałem zapytać się go, dlaczego nie zrobimy tego bez nich, ale on wyprzedził mnie i od razu odpowiedział;

-Nie robi mi to różnicy, jeśli zaraziłbym się czymś to i tak nic mi nie będzie, ale nie chciałbym ci niechcący zmarnować życia… wiesz, nie możesz przeze mnie cierpieć. Obiecałem ci.

Zbliżyłem się do niego w taki sposób, że nasze oczy były na równym poziomie.

-To mój wybór, co robię. Nie obiecuj mi niczego. – Zjechałem niżej i zostawiłem na jego szyi malinkę. Rozsunąłem jego kurtkę. Pożądałem go.  Spojrzałem na niego. Na jego twarzy zawitał niewielki rumieniec. Kenny uśmiechnął się w moją stronę co znaczyło, że pozwala mi na całkowitą dominację.

Byłem gotów, żeby pozbawić go części stroju, ale on nagle odsunął się ode mnie. Zakaszlał kilka razy i spojrzał na mnie przepraszająco. Nie do końca rozumiałem, co się właśnie stało.

-Odpuśćmy sobie dzisiaj, ok? – powiedział, a ja tylko skinąłem głowa na zgodę.

Usiedliśmy na kocu, milczeliśmy. Czasami tak się zdarzało, ale nikt z nas nie uważał tego za coś dziwnego. Każdy przecież potrzebuje chwili na przemyślenie niektórych rzeczy. Zapalił papierosa.

Patrzyłem ze spokojem na dym wydobywający się z jego ust. Wydawało mi się, że myśli o czymś bardzo intensywnie. Wiem, że jest najbardziej skupiony, kiedy ma bezpośredni kontakt z tytoniem, ale dopiero teraz zauważyłem, że przesadza. Kiedy skończył pierwszego, od razu sięgnął po kolejnego. Nie uzależnił się za bardzo?

-Wyhamuj. – Powiedziałem, słysząc moje słowa, wzdrygnął się, widocznie naprawdę bardzo się zamyślił. – Za dużo palisz.

-Martwisz się o  mnie? – odsunął rękę z papierosem od ust, ale nie miał zamiaru go gasić.

-Wydajesz na nie zbyt dużo kasy… i będziesz miał problemy ze zdrowiem w przyszłości.

-Ja i problemy ze zdrowiem? – zaciągnął się – Spokojnie, nic mi nie będzie.

Westchnąłem. Musiałem się z nim zgodzić.  Jest chyba odporny na wszystko.

-Coś nie tak? – no tak, nie odpowiedziałem mu.

-Chyba masz rację. Nie powinienem się o ciebie tak martwić. Masz talent do unikania śmierci… – zacząłem i sam sięgnąłem po papierosa. Jeden mi nie zaszkodzi.

-Naprawdę? – spojrzał na mnie zdziwiony. Nie wiem dlaczego, to chyba oczywisty fakt.

-No tak… pamiętasz, kiedy chorowałeś na zanik mięśni? Albo kiedy przez nasze miasto przeszła epidemia jakiegoś dziwnego wirusa zombie? – zacząłem wymieniać przypadki kiedy udało mu się przeżyć, chociaż był w naprawdę beznadziejnej sytuacji. Było tego naprawdę dużo, po kilkunastu przykładach miałem dość i zakończyłem wyliczanie ich – Za każdym razem miałeś niesamowite szczęście…

Znowu obrzucił mnie ty dziwnym spojrzeniem. Nie mam pojęcia o co mu chodzi. Spędziliśmy tam jeszcze jakąś godzinę, po czym on wstał, zgasił papierosa i oznajmił;

-Może jeszcze gdzieś uda mi się znaleźć szybką pracę na dzisiaj. Do zobaczenia.

Nagle stwierdziłem, że brzmi jakoś inaczej. Jego głos był zachrypnięty. Zawołałem za nim;

-Przyjdziesz jutro?

-Mam taką nadzieję – powiedział, nie odwracając się nawet.

- Kupie kondomy – chciałem, żeby dzisiejszy dzień nie zakończył się dla nas sztywno, ale on nic nie odpowiedział. Po prostu zniknął.

Niedługo później sam wyszedłem z budynku. Stwierdziłem, że skoro to sobota, to może uda mi się do kogoś wpaść i spędzić trochę czasu w innym towarzystwie niż Kenny. Nie można się przecież ograniczać do jednej osoby… Może Wendy albo Bebe? W najgorszym wypadku wyląduje po prostu na kawie u Tweeka.

Miałem nadzieję, że jutrzejszy dzień spędzę z Kennym na dość przyjemnych rzeczach.

 

[Craig x Kenny] Liar – rozdział 1

Obiecywałeś…

-Ile już tutaj siedzimy? – Zapytałem, zaczynało się już ściemniać i nie chciałem, żeby znowu nas szukali, nie potrzebuję kolejnych kłopotów.

-Jakieś pół dnia… – zaśmiał się i wypuścił z ust kolejną porcję dymu. Po pierwszego papierosa sięgnął, kiedy tutaj przyszliśmy, ile on już ich dzisiaj wypalił?

Ruszyłem przed siebie. On dołączył do mnie po chwili. Chciał dokończyć palenie.

Dlaczego nie mógł iść z papierosem? Bo mamy tylko szesnaście lat.

Kiedyś przesadziliśmy z alkoholem, pamiętam, że zobaczył go wtedy jego ojciec. Sam nie zna umiaru, ale widok własnego dziecka w takim stanie naprawdę go zdenerwował.

Współczuję Kennemu rodziny. Zdarzało się, że opowiadał mi o nich. Wiem, że jego starszy brat nienawidzi ich rodziców, ale on i Karen nie cierpią jakoś szczególnie. Nawet jeśli często dochodzi u nich do przemocy, rozdzielono ich kiedyś. Kenny wylądował w rodzinie zastępczej, ale szybko wrócili do South Park i znowu wszystko było tak jak dawniej.  Nigdy nie mówił mi, że chciałby urodzić się w lepszym środowisku, jednak domyślam się, iż byłby wtedy szczęśliwszy. Nie głodowałby, nikt by mu nie dokuczał… I nie wpadłby w tak beznadziejne towarzystwo jak moje.

-Dlaczego ty w ogóle palisz? Myślałem, że nienawidzisz ludzi z nałogami. – Zapytałem, ponieważ na myśl o jego rodzinie przypomniało mi się, jak skończyła się sprawa z jego ojcem i naszym piciem alkoholu. Pobił go na moich oczach, później zawlekł do domu przeklinając i, o ironio, grożąc, że jeśli jeszcze raz zobaczy go z alkoholem, chociaż sam daje mu taki przykład i powód do picia, to go zabije. Chory skurywysyn. Następnego dnia Kenny był cały poobijany i ledwo chodził. Później zaczął wymiotować krwią i zabrano go do szpitala, przynajmniej tak mi się wydaje, bo pamiętam to jak przez mgłę. Na szczęście następnego dnia czuł się już dobrze….

-Mówiłem ci już kilka razy, – uśmiechnął się do mnie, przynajmniej teraz mogę zobaczyć jego twarz, kiedy byliśmy dziećmi, chodził cały zasłonięty i mało kto wiedział, jak wygląda bez kaptura. Teraz wyraźnie mogłem widzieć jego rozczochrane blond włosy i oczy o specyficznym kolorze połączenia czerni, błękitu i fioletu – palę, bo ojciec wyczułby ode mnie zapach piwa, gdyby to się stało to by mnie zabił. No i narkotyki są dla mnie zbyt drogie.

Nie mogę zrozumieć, jak można pogodzić się ze swoją biedą i patologią w rodzinie. Za to cieszę się, że mam w nim towarzysza. Nikt inny nie chciał się ze mną spotykać w żadnym opuszczonym budynku, bo bali się, że ktoś ich zauważy i będą mieć kłopoty… a przecież jesteśmy już prawie dorośli.

Szliśmy jeszcze chwilę, gdyż budynek w którym się znajdywaliśmy miał długie korytarze. Ogólnie był ogromny. Nie pamiętam, kiedy go odkryłem i kiedy pokazałem go Kennemu. Nawet nie wiem, czy był w tym jakiś sens, stał  tutaj od zawsze, ale nikt z nas nie zwracał na niego uwagi. Ten stary dom okazał się bardzo dobry na spotykanie się z alkoholem, papierosem… lub na miejsce do przenocowania po nadmiarze problemów. Jego wadą było to, że jedyne wyjście z niego, przez zbitą szybę przy głównych drzwiach, od razu wystawiało nas na innych. Z tamtego punktu każdy mógł nas zobaczyć, dlatego musieliśmy pamiętać, żeby nie zrobić czegoś głupiego. Nikt oprócz nas się do niego nie zapuszczał, dlatego mieliśmy w środku pełną swobodę. Był może unikali tego miejsca, bo było niebezpieczne. Słyszałem kilka razu o tym, że ktoś tutaj zginął, całkiem niedawno, ale nigdy nie mogę zapamiętać nazwiska… Chociaż dopóki to nie jest ktoś, kogo znam, nie muszę się martwić.

Byliśmy już blisko wyjścia, odwróciłem się i spojrzałem na blondyna.

-Jutro też się spotykamy?

-Raczej tak, ale nie wiem, czy Eric nie będzie chciał, żebym mu pomógł… no wiesz, przydałoby mi się trochę kasy.

Zrozumiałem o co mu chodzi. Cartman zawsze miał jakiś pomysł na zarobek, ale często wykorzystywał do tego Kennego.

-Już raz siedziałeś za prostytucje, nie dość ci? – Miałem dość tego, że ciągle stara się zarobić w jakiś głupi sposób, gdyby chciał, mógłby poszukać normalniej pracy.

-Nie puszczam się za pieniądze, – stwierdził stanowczo i po chwili dodał z szerokim uśmiechem, który ujawnił u niego brak jednego zęba, nigdy mi to nie przeszkadzało, moim zdaniem dodaje mu uroku, nieważne jak dziwnie to brzmi – bez pieniędzy tym bardziej.

-Kiedyś już nam mówiono, że robienie czegokolwiek dla zadowolenia innych jest prostytucją, pamiętasz? – Nie miałem zamiaru ustąpić, martwiłem się, że kiedyś faktycznie przesadzi i stanie mu się coś poważnego, czasami musiałem pomóc mu wyhamować…

-To nie prostytucja, tylko wspólny biznes. On cos wymyśla, ja mu pomagam i dostaje za to 30% zarobionych pieniędzy.

-Ah, czyli odwalasz za niego całą robotę i zgarniasz za to mniej niż połowę? Bardzo mądrze.

-To wystarcza, chcę mieć tylko z czego kupić fajki – rozejrzał się po pomieszczeniu, jakby chciał sprawdzić, czy na pewno nikogo tutaj nie ma oprócz nas, chociaż to było pewne i pocałował mnie. Po prostu to zrobił, a ja nie stawiałem się.  Czasami to robiliśmy. Kiedy odsunęliśmy się od siebie dodał; – i na sam wiesz co.

Uderzyłem go po przyjacielsku.

-Jesteś niewyżytym zboczeńcem, wiesz o tym?

On tylko uśmiechnął się i skierował się do wyjścia. Nie wiem dlaczego, ale mam do niego słabość. Z wzajemnością. Nie jesteśmy prawdziwą parą, to bardziej cos w rodzaju luźnego związku. Jeśli któryś z nas tego chce, po prostu to robimy. Ale nie ograniczamy się do siebie. Nie jestem gejem, on raczej też nie.

Podbiegłem do niego i chciałem zacząć kolejną luźną rozmowę, ale zauważyłem, że idziemy po najbardziej zniszczonej części budynku, z sufitu tutaj czasami odpadał tynk lub, co gorsza, cegły. Akurat Kenny zatrzymał się, żeby zawiązać buta. Miałem przeczucie, że jedna prawdopodobnie zaraz  na niego spadnie. On to ma szczęście, ciągle coś próbuje go zabić, ale zawsze się wywija, chociaż tym razem mogłoby mu się to nie udać.

-Kenny! –  Zawołałem, nie chcąc dopuścić do siebie myśli, że coś mogłoby mu się stać. Zawróciłem i odciągnąłem go od miejsca, gdzie wcześniej się znajdował, chociaż przez to stracił równowagę i się przewrócił. Spojrzał na mnie zszokowany, a ja tylko się uśmiechnąłem i podałem mu rękę, żeby mógł wstać. Zapomniałem o cegle, spadła. Nie uderzyła w niego, ale nie spadła też bez pośrednio na podłogę. Uderzyła mnie w ramię.

Muszę przyznać, że zabolało mnie. Być może je złamałem, ale mam nadzieję, że nie. Syknąłem z bólu. Blondyn przetarł oczy ze zdumienia, szybko wstał i popchnął mnie do wyjścia.  Biegł jakby bał się, że zaraz cały budynek runie, a ja tylko przebierałem przed nim nogami, aby go nie opóźniać  i trzymałem się za bolącą kończynę.

Opuściliśmy teren budynku, ale on wciąż biegł. Obydwoje mieliśmy dobrą kondycję, dlatego bez żadnej przerwy doprowadził mnie pod szpital. Później zajęli się mną lekarze.

Zadzwonili po moich rodziców, chociaż wciąż powtarzałem im, że nie będzie to konieczne. Jakimś cudem  ramię było tylko mocno stłuczone. Nie wiem, jak t o jest możliwe, ale cieszę się ze swojego szczęścia.

Po badaniach mogłem wrócić do domu, była już noc. Martwiłem się, co z Kennym. Nie chciałbym, żeby się obwiniał.

Kiedy tylko stanąłem w drzwiach domu, rodzice zaczęli swoje kazanie o tym, że chodzę po jakichś starych budynkach i że kiedyś to mnie zabije. Nie słuchałem ich i poszedłem do pokoju.

Nie zmienił się jakoś szczególnie przez te wszystkie lata, od zawsze utrzymywałem go w ciemnych kolorach, dookoła panował nieład, teraz tylko ściany były ozdobione jakimiś głupimi plakatami, które dał mi Clyde.

No i tym razem dostrzegłem coś jasnego na moim łóżku, zaświeciłem światło i mimowolnie na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Nauczył się cichych włamań, kiedy mięliśmy czternaście lat. Zawsze go z tym kryłem, bo wtedy wyjątkowo potrzebowali pieniędzy, nawet nie pamiętam z jakiego powodu, ale wiedziałem, że bez nich rozpadnie się jego rodzina. Później było u niego trochę lepiej, dlatego pilnowałem, żeby nie został złapany za zbędne kradzieże i nie wylądował w więzieniu. Przestał to robić, ale czasami wykorzystywał swoje umiejętności do innych celów. I tak było tym razem. Zdarzało się, że już tak robił, kiedy mieliśmy jakąś małą sprzeczkę. Po powrocie do domu znajdywałem na łóżku jakiś film porno, chusteczki i list z przeprosinami. Jego romantyzm zawsze mnie bawił. Tym razem był to tylko list.

Otworzyłem go.

„Przepraszam za dzisiaj. Nie musiałeś tego robić, ale dziękuję. I obiecuję, że już nigdy nie będziesz przeze mnie cierpiał. Kenny.”

Nie napisał nic więcej. Widać, że bardzo się tym przejął.  Miałem nadzieję, że przy najbliższym spotkaniu będę mógł mu wyjaśnić, że nic mi się nie stało.

I że nie musi mi nic obiecywać.

[Sasuke x Orochimaru] Special Servant – rozdział 8

Szedł przez ciemność. Nie widział dookoła siebie niczego. Jakby był jedyną istotą we wszechświecie. Czuł się niesamowicie lekki, jakby utracił ciało. Miał wrażenie, że nie potrzebuje już powietrza, że oddychanie to tylko kolejna zbędna czynność. Zaczął biec. Chciał odnaleźć coś, cokolwiek, co pomoże mu zorientować się w terenie. Może ma tylko zasłonięte oczy i błądzi? A może oślepł? Ucieszyłby się z najmniejszego ziarenka piasku, które pokazałoby mu, że nie jest tutaj jedynym ciałem. Biegł dłuższą chwilę, lecz nie odczuwał zmęczenia. Nie czuł niczego.  Cały czas starał się poruszać. Nic się nie zmieniało. Jakby coś trzymało go w jednym miejscu. Zmieniał kierunek kilkukrotnie, licząc na najmniejszą odmianę otoczenia. Wciąż nic. Biegł jeszcze chwilę, czas nie miał teraz znaczenia. Mogła to być minuta, godzina, dzień, bądź kilka. On i tak nie czuł. Przystanął i położył się. Liczył, że wyczuje jakieś drganie, jakiś trop. Cokolwiek. Bezskuteczne? Owszem. Jeszcze nigdy nie był  tak zdezorientowany. Otoczony przez nicość. Być może przez wieczność. Spróbował krzyknąć, może będzie tutaj echo…  Wiedział, że wydał z siebie dźwięk, ale nic nie słyszał. Czy on został pochłonięty przez tą nicość? Nie istnieje? Starał się myśleć logicznie, ale opanowywała go panika. W głowie powtarzał błagania, aby nie znikać. Skulił się i pierwszy raz poczuł się tak samotny. Zapomniany. Zbędny.

Zacisnął mocniej powieki, a przynajmniej miał takie wrażenie, próbował przywołać jakieś swoje wspomnienia. Jeśli ma zniknąć, to chociaż z ciepłem w sercu. Przez jego umysł przemijały kolejno obrazy z różnych chwil w jego życiu. Polowania z Itachim. Treningi z ojcem. Chwile z matką. Misje z Drużyną 7. Pojedynki z Naruto. Współpraca z przyjaciółmi. Nauki u Orochimaru. Nieustanna adrenalina. Poznanie Karin, Suigetsu i Jugo. Ponowne spotkanie z bratem. Z wężookim. Ponowne połączenie sił z Naruto i Sakurą… Narodziny Sarady.

Nawet wspomnienia, które wcześniej powodowały u niego ból, wydawały się teraz takie przyjemne. A przynajmniej wszystkie do czasu zakończenia Czwartej Wojny.  Później Drużyna 7 oddaliła się od siebie. Co z tego, że był z Sakurą? Zawsze widział ją z Naruto. Oczywiście, to ich sprawa z kim byli, jednak… odnosił wrażenie, że gdzieś w głębi serca wciąż chcieliby być razem.

Wszystko stało się takie formalnie, nie było jak za dawnych lat. To tylko utwierdziło go w przekonaniu, że szczęśliwe zakończenia nie istnieją, nieważne, jak bardzo na nie pracowałeś.

I on nic nie może z tym zrobić. Przecież nie istnieje.

Sasuke…

Naruto? Sakura? Kakashi? Itachi? Karin? Madara? Kto to powiedział…?

Sasuke… jeszcze nie teraz…

Tak bardzo chciał dowiedzieć się, kto jest właścicielem tego głosu. Kto jest w stanie dotrzeć do niego przez tą zasłonę z nicości? I o co mu chodzi?

Masz coś do zrobienia.

Zasłona z czerni zniknęła. Stał otoczony przez ludzi, którzy coś dla niego znaczyli. Rodzina. Przyjaciele.

-Chodź do nas – Naruto Uzumaki, w swojej formie z czasów, kiedy miał piętnaście lat i razem z Sasuke walczył na wojnie, wyciągnął do niego swoją dłoń i uśmiechnął się w charakterystyczny dla siebie sposób.

Jak tu się nie zgodzić? Tak bardzo chciał go złapać, wstać i przenieść się do czasów, kiedy mieli jakieś wyższe cele i nieprzetarte szlaki w życiu. Mogli wtedy sami o sobie decydować. Nie to co teraz…

Był gotów podać mu swoją dłoń. Zapomnieć o wyznaczonej misji… Odejść.

Ale…

Sasuke…

On nie miał dłoni. Nie miał ciała. Przecież nie istniał.

Po raz kolejny wydał z siebie niesłyszalny krzyk.

-Sasuke!

Podniósł się do pionu. Otworzył oczy. Był w miejscu, w którym przebywał zanim znalazł się w ciemności.  Spojrzał na siebie. Znów miał ciało. Obolałe, ale jego własne. Dłonie, palce, ramiona, nogi…

Uśmiechnął się sam do siebie.

Chociaż w głębi serca żałować, że nie odrodził się w młodszym o piętnaście lat ciele, głównie cieszył się, iż nie jest skazany na samotność w próżni.

Rozejrzał się dookoła. Miejsce bardzo się zmieniło. Było puste. Zniszczone. I przede wszystkim czerwone od krwi mieszkańców. Uchiha zabił kilku z nich, to prawda, jednak nie była to duża liczba, a znajdująca się ciecz należała do większej liczby osób, to było pewnie. Było jej za dużo. Jakby cała wioska została wymordowana.

Sam również w niej był. Dodatkowo niektóre obszary na jego ciele zostały starannie zabandażowane. To nie on był tutaj mordercą, to było pewne.

-Śmierć nie należy do przyjemnych rzeczy, prawda? – usłyszał znany sobie głos dochodzący zza ściany, to musiał być Orochimaru – O ile się nie mylę, uniknąłeś jej już drugi raz, prawda?

-Pokaż się – powiedział słabym, ale stanowczym głosem.

-Uwierz mi, wolałbyś mnie teraz nie widzieć – dobiegł go dźwięk kaszlu. Bardzo nieprzyjemny i charakterystyczny, pojawiał się zwykle, kiedy ktoś kaszlał krwią.

-Jesteś ranny?

-To raczej błędne określenie – usłyszał zachrypnięty śmiech, przerwany po chwili wcześniejszym dźwiękiem.

-Pokaż się.

-Jesteś pewny? Nie chciałbym niepokoić rannego, który dopiero co powstał z martwych.

-Pokaż się i wszystko mi wyjaśnij – z każdą chwilą odzyskiwał siły, być może będą w stanie wyruszyć już za kilka godzin.

Chwilę trwało, zanim Sasuke mógł go zobaczyć. Najpierw słyszał jedynie dźwięki czołgania się, czasami następowała między nimi przerwa, na jej końcu pojawiały się jęknięcia z bólu lub ciche przekleństwa.

W końcu jednak pojawił się przy Sasuke. Orochimaru, a przynajmniej jego część.

Nie był już bladoskóry. Całe jego ciało otulała krew. Czy on w ogóle miał skórę? Jedno było pewne, nóg nie posiadał.

-Nawet nie wiesz, jak to cholernie boli – wykrztusił, starając się zaciskać zębów z bólu, pewnie chciał pokazać, że jest silny… idiota.

Uchiha zerwał się na równe nogi, jakby początkowo nie był pewny, czy postać przed nim to ten Shinigami, z którym zawarł kontrakt. Później jednak zorientował się, iż nie mogła być to inna osoba i przeszedł do pozycji siedzącej.

-Przyniosę bandaże.

-Zregeneruję się za jakiś czas, spokojnie. Chyba, że masz tabletki przeciwbólowe… – odpowiedział, wciąż cierpiąc, posiadacz sharingana dostrzegł, że z jego oka zaczęła lecieć stróżka krwi.

-Nic takiego nie mam, przykro mi. – próbował mówić łagodniej, zdawał sobie sprawę, iż wężooki bardzo cierpi – Co się stało?

-A co chciałbyś wiedzieć? – nienawidził, gdy odpowiadano mu pytaniem na pytania, jednak przy Orochimaru był w stanie to wybaczyć.

-Wszystko, co ważne.

-Zostałeś postrzelony, zginąłeś, ale przywróciłem ci życie – starał się uśmiechnąć w szyderczy sposób, ale nie wychodziło mu to za dobrze.

-Ze szczegółami.

Wężooki wciąż głęboki wdech i zaczął wypowiedź, która co jakiś czas była przerywana kaszlem, jęknięciem z bólu lub pojawieniem się nowej rany;

-Wszystko to idealnie zaplanowali, mówię ci.  Tamci mieszkańcy cię postrzelili, więc padłeś martwy. Zwykle w takich chwilach kontrakt się załamuje i mógłbym wrócić do Świata Bogów Śmierci, ale zleciłeś mi zadanie, które potrwa jeszcze kilka miesięcy. Wiesz o czym mówię… – spojrzał na Uchihe i zakaszlał po raz kolejny, na posadzce pojawiło się jeszcze więcej krwi – Nie mogłem tego tak zostawić. Najpierw pozbyłem się ludzi, którzy nas zaatakowali, później udałem się do Prawdziwych Shinigami z prośbą o przywrócenie ci życia. – „Prawdziwi Shinigami”? Sasuke zwrócił szczególną uwagę na ten zwrot, był dziwny, Orochimaru będzie musiał mu go później wyjaśnić – Nienawidzę ich, a oni doskonale o tym wiedzą… ale to nieistotne. Chcieli ofiary. Zabiłem więc wszystkich mieszkańców tej wioski, rozumiesz? Kilkuset ludzi za ciebie. Chcieli jeszcze mojej zdolności regeneracji, ale przy tym kontrakcie jest mi ona potrzebna,  bo nie mogę cię opóźniać. Zgodzili się na inną zapłatę z mojej strony… – po raz kolejny napad kaszlu -… wszystkie rany, które zadano mi od mojej przemiany w Boga Śmierci zostaną powtórzone… chore skurwiele, wiedzieli, że nie mogę się teraz szybko regenerować. I to wszystko.

Nastąpiła długa cisza. Sasuke nienawidził, kiedy ktoś musiał cierpieć z jego powodu, szczególnie teraz. Musiał coś szybko wymyślić, jednak w tym czasie mógł też dowiedzieć się kilku rzeczy od wężookiego. W końcu dowie się, jak wygląda jego życie wśród Shinigami.

-Prawdziwi Shinigami, co? Czyli ty jesteś fałszywy? – to były pierwsze pytania, które przyszły mu do głowy, zresztą chciał poznać odpowiedź, dlaczego by więc ich nie zadać?

-Ci, którzy byli tacy od zawsze. Kiedyś byłem człowiekiem, wiesz to doskonale, z pewnych powodów, po mojej śmierci, dołączyłem do nich, jednak jestem tylko ich sługą. Ich zadaniem jest zwykle zbieranie dusz, mnie wysyłają do kontraktów, bo sami nie lubią ich wykonywać, chyba ich rozumiem, spełnianie różnych ludzkich zachcianek nie należy do przyjemnych. – westchnął, lecz po chwili ponownie zakaszlał, Sasuke zauważył na jego brzuchu nową krwawą plamę – Skoro jestem tylko sługą, to mogą robić ze mną wszystko. A po zakończeniu Wojny i zapanowaniu pokoju na całym świecie ninja, umierało coraz mniej ludzi. Nudzili się… a to sadyści, sadyści w najczystszej postaci. Zresztą będziesz widział stopniowe efekty mojego przebywania z nimi, a nie byłem tam nawet rok…

Pierwszy raz Orochimaru powiedział więcej, niż Sasuke oczekiwał. Musiał przyznać, że było mu żal sannina. Widział, iż wężooki bardzo cierpi i to nie pierwszy raz. Chciałby mu pomóc, ale nie posiadał do tego sprzętu, nie umiał też leczyć. Mimo widocznego bólu Boga Śmierci podczas mówienia, nie mógł przestać go wypytywać. Końcówka wypowiedzi mężczyzny zwróciła jego uwagę.  Nie widział Orochimaru od końca wojny. Prawdopodobnie niedługo po niej zginął. Nie mógł być sługą bogów tylko rok, minęło około czternaście lat.

-Nie byłeś z nimi nawet rok? Jak to możliwe?

-Czas inaczej tam płynie. Jeden dzień w Ich świecie to dwadzieścia sześć dni tutaj…

Dwadzieścia sześć. Po raz kolejny spotyka się z tą liczbą. Tyle znaków musiał wykonać, aby użyć techniki przywołania, tyle jest świątyń na całym świecie… może Orochimaru w tej postaci ma tyle lat? Wyglądał na około dwadzieścia cztery, jednak jaka była prawda? To niewielka różnica w wieku…

-Dlaczego akurat tyle?

-Dwadzieścia sześć to dość specyficzna liczba… Dwa jak dwie gałęzie ninja i sześć jak Mędrzec Sześciu Ścieżek… a jeśli dodamy do siebie te dwie cyfry, wyjdzie osiem, które wygląda jak nieskończoność… a nieskończoność cechuje Bogów Śmierci, bo…

Urwał, nie był w stanie więcej mówić. Mógł tylko krzyczeć. Nogi już prawie mu odrosły, skóra także zaczęła się pojawiać, mniejsze rany co jakiś czas znikały i pojawiały się na nowo. Teraz jednak pojawiła się kolejna rana na brzuchu, większa niż poprzednie. Orochimaru skulił się na posadzce i starał się coś powiedzieć, jednak każde słowo, padające z jego ust, było niewyraźne, zniekształcone przez ból. Uchiha zdał sobie sprawę, że ten moment odnosi się do jakiejś z tortur, w której pozbawiano bladoskórego któregoś z organów wewnętrznych.

Tak bardzo chciał mu pomóc.

Odzyskał już prawie wszystkie siły, nie był głodny lub zmęczony. Nie miał ze sobą żadnego zbędnego bagażu. Zrobił pierwsze co mu przyszło do głowy. Podniósł Orochimaru i wyszedł, nie zwracał uwagi na krew, pozostałą po ludziach stąd, czy wężookiego. Jego własna pozostawała w jego ciele.

Shinigami, wciąż pełen bólu, posłał mu pytające spojrzenie.

-Zabieram cię do Konohy. Tam na pewno cos wymyślą. – powiedział i szybko ruszył przed siebie, nie zważając na to, że do Wioski Liścia jest kilka dni drogi… oraz na to, że ludzie stamtąd kojarzą Orochimaru.

[Jak zwykle dziękuję za przeczytanie owo
Jeszcze raz - Wesołych Świąt <3  ~Grelloo]

[Sasuke x Orochimaru] Special Servant – rozdział 7

Tej nocy spał wyjątkowo spokojnie, nie miał żadnych koszmarów, a to zdarzało się bardzo rzadko. Zanim poprzedniego dnia zasnął, zdenerwował się, ponieważ zapomniał o jedzeniu, które zostawił nad ogniem, kiedy wrócił od Orochimaru, było już zupełnie spalone.

Przez cały ranek nie widział się z wężookim. Może to i dobrze, przez większość czasu Sasuke nie wiedział, jak powinien się zachować, kiedy go spotka. Nie mógł wyrzucić z głowy widoku nagiego, młodego ciała sannina. Obwiniał się za to, miał wyrzuty sumienia. Stanowczo nie powinien o to prosić, ba, rozkazywać tego. Honor bladoskórego stanowczo na tym ucierpiał. Szczególnie, że teraz był Bogiem Śmierci.

Przygotował lekki posiłek dla siebie i Orochimaru, był głodny, ale zapasy jedzenia powoli się kończyły. Czuł, że powinien niedługo wrócić do Konohy, aby je uzupełnić. Wszystkie inne wioski oferowały mu darmowe miejsca do przenocowania, ale prowiant mógł otrzymać tylko w swojej rodzinnej.

Zapakował przygotowany posiłek i zaczął zbierać rzeczy z obozu na jedno miejsce, aby móc cofnąć je za jednym razem.  Podczas tej czynności zastanawiał się, jak tłumaczyć sobie to zajście z wężookim, żeby nie mieć wyrzutów sumienia. Oczywiście wygrało stwierdzenia, że to dla dobra klanu Uchiha.

Już kończył swoją pracę, odkładał futon, który był ostatnią rzeczą, a Orochimaru wciąż nie było. Sasuke już powoli martwił się o niego, chociaż bał się bardziej o to, że utracił bardzo przydatnego towarzysza i syna, który miał być przecież stworzony przez bladoskórego, niż o samą postać wężookiego.

Wiedział jednak, że mężczyzna nie ma prawa od niego odejść, bo zawarli kontrakt. Miał rację, kiedy odesłał wszystkie zbędne na czas marszu przedmioty, bramy otaczające ich obóz cofnęły się, a on zobaczył w oddali bladoskórego, który powolni maszerował w jego stronę. Uchiha zauważył, że jego krok jest wyjątkowo powolny i chwiejny. Zabierając wszystkie pozostawione rzeczy, Sasuke podbiegł do niego, aby oszczędzić tamtemu chociaż trochę drogi.

Kiedy stanął przed nim, zauważył, że Orochimaru nie tylko utyka, ale ma też widoczne zaczerwienienie wokół szyi, jakby ktoś zaczął go dusić, a także ślad po uderzeniu na lewym policzku.

-Kto cię zaatakował? – zapytał bez namysłu. Zastanawiającym było to, że wężooki nie zregenerował się po uderzeniu, chyba że nastąpiło ono niedawno, chociaż dla Sasuke było to mało prawdopodobne, w końcu mężczyzny nie było całą noc.

-To błędne określenie…  – zaczął spokojnie, jak zawsze, Orochimaru – Zresztą i tak ich już tutaj nie ma. Zaraz wszystkie ślady znikną, nie martw się, nic mi nie jest, wciąż mogę bez najmniejszego problemu ci pomagać.

-Wolałbym znać ich tożsamość, mogą zaatakować ponownie.

-Uwierz mi, nie zrobią tego – posłał Sasuke dość dziwny, tajemniczy uśmiech. Uchiha wiedział, że może mu po prostu rozkazać, żeby powiedział mu, co się stało, ale doszedł do wniosku, że po ostatnim, do czego zmusił wężookiego, powinien dać mu trochę swobody, a było widać, że bladoskóry nie chce wyjaśnić mu sytuacji.

-No dobrze, – westchnął i ruszył w ustalonym kierunku, obrał za cel jedną z mniejszych wiosek, nie była daleko i mogli tam spokojnie przenocować – a z tobą wszystko dobrze? Wiesz, po wczorajszym…

-Tak… ale moje umiejętności regeneracyjne są słabsze, bo muszę utrzymywać inny organizm. Nie powinno to jednak wpłynąć na moje umiejętności walki lub wyszukiwania kryjówek.

Później szli w milczeniu. Mijali powtarzający się krajobraz pustkowia. Tylko kamienie i piasek dookoła nich. Łatwo było tam stracić orientację, czy po prostu poczuć się nieswojo. Przez całą trasę minęli tylko kilka krzewów lub większych skał, które mogły dać schronienie, dlatego przy każdym z nich decydowali się na postój, już niedługo powinni wyjść z tej pustyni, więc nie martwili się, że zużywają dużą ilość wody.

W pewnym momencie myśli Sasuke zeszły na zupełnie nowy tor. Zastanawiał się, czy Orochimaru posiada teraz umiejętność jasnowidzenia. Mógł on oczywiście wykrywać pułapki i inne zagrożenia, ale to nie to samo co przewidywanie przyszłości. Byłaby to przydatna umiejętność, ale tylko dla posiadacza, Uchiha nie chciał, żeby wężooki wiedział wszystko co ma się zdarzyć. Czasami mogłoby to pokrzyżować jego plany.

-Orochimaru… byłbyś w stanie przewidzieć, co będzie za dziesięć lat? Czy będę żył? Czy zniszczę wszystkie kryjówki? – wolał nie pytać się o to bezpośrednio, miał takie przyzwyczajenie.

-Bogowie Śmierci wiedzą, kiedy ktoś umrze, bo często sami o tym decydują, ale w obecnej formie nie jestem w stanie przewidzieć większości zdarzeń, mogę co najwyżej wyczuć zagrożenie podczas przeszukiwania kryjówki, bo ty sam zabroniłeś mi używać  jakichkolwiek paranormalnych umiejętności. Tak więc wybacz, przeznaczenie ludzi ciągle się zmienia, więc trudno dokładnie stwierdzić co będzie kiedyś, szczególnie że w twoje życie ingerują obecnie siły boskie – powiedział, nie spoglądając nawet na Sasuke. Mówił to, jak zawsze, z wyjątkowym spokojem, jednak na ostatnie zdanie położył nacisk.

-No dobrze… a bliską przyszłość? Jutro? – chciał zapytać o każdą możliwość.

-Jeśli chcesz, będę używał tej zdolności.

-Nie. Nie rób tego. Masz używać swoich boskich mocy tylko przy poszukiwaniu kryjówek oraz kiedy rozkażę.

I kontynuowali marsz. Ciało Orochimaru zregenerowało się niedługo po tym, jak wyruszyli, dlatego nie musieli iść wolniej niż zwykle. Mimo to droga bardzo się dłużyła. Sasuke miał wrażenie, że się zgubili, gdyż wydawało mu się, iż mijają pewne uschnięte drzewo po raz kolejny. Na szczęście mylił się. Zaczęło się ściemniać, a oni wyszli z zupełnego pustkowia, jakie otaczało ich cały dzień. Szli teraz między wysokimi skałami, które chroniły ich przed wiatrem, przenoszącym ostry piach. Pierwszym znakiem, że znajdują się niedaleko wioski, była właśnie okolica, na tych terenach ludzie ukrywali się właśnie za skalnymi murami.

Drugim był widok, który Uchiha zapamiętał kiedyś ze słów Itachiego podczas ich pojedynku. Jego starszy brat powiedział wtedy, że to co porusza się tylko po ziemi, nie ucieknie przed czymś co może także latać. Odnosiło się to do węża, czyli metafory Orochimaru, oraz sokoła, który był symbolem Sasuke. Spotkaniu tych dwóch zwierząt zawsze towarzyszyła walka. I to ptak zwykle odnosił zwycięstwo. Uchiha wyczuł, że to sprawdza się i w jego przypadku. Nawet teraz więził mężczyznę w tym świecie jako swojego sługę, chociaż było to wbrew woli bladoskórego. Idąc wśród skał zobaczył właśnie węża, który mimo dobrego wtopienia się w otoczenie, został po chwili pochwycony przez sokoła pustynnego i wzniesiony wysoko w górę, by stać się pokarmem dla tego opierzonego zwierzęcia. I to był drugi znak, że są już blisko jakiejś wioski. Ludzie z tych okolic wykorzystywali ptaki takie jak tamten, aby patrolować okolicę.

Przyspieszył kroku, wierząc, że za chwilę w końcu będzie mógł przenocować w normalnych warunkach.  Biegł tak kilka minut, upewniając się co jakiś czas, czy wężooki dotrzymuje mu kroku.

W końcu stanęli w bramie wioski. Nikt nie pilnował przejścia, dlatego weszli do środka bez najmniejszych przeszkód. Okolica nie była duża, ale domy stały ściśnięte ze sobą. Były już po procesie modernizacji świata ninja. Wysokie i smukłe mieszkania piętrzyły w górę i sięgały końca skał. Uchiha nigdy tutaj nie był. Widocznie wyraźnie zboczyli z trasy. Idąc, czuł się obserwowany. Musieli być tutaj niemałą atrakcją. Pewnie rzadko zdarzało się, że ktoś  obcy zjawiał się w tych okolicach.

Przeszli całą długość wioski i stanęli przed jedyną gospodą. Sasuke był pewny, że zbudowano ją tylko po to, aby ludzie stąd mieli gdzie się udać, aby upić się do utraty przytomności. Nie lubił takich miejsc, były dla niego zbyt wieśniackie, jednak w obecnej sytuacji, kiedy poszukiwali miejsca do przenocowania przez cały dzień i byli wykończeni, nie mógł wybrzydzać.

Wszedł do środka i podszedł do lady. Stał za nią młody mężczyzna, który był wyraźnie zdziwiony widokiem nieznanej osoby.

-Z rozkazu piątki Kage niszczę pozostałości po niebezpieczeństwach starego świata ninja i przysługują mi bezpłatne noclegi na całym świecie. Proszę więc o dwuosobowy pokój – wyrecytował formułkę, którą powtarzał w każdym miejscu. Ze względu na Orochimaru zamienił tylko jedno słowo.

-Imię?

-Sasuke Uchiha.

Był przyzwyczajony, że nie może pozostać anonimowym na tej misji i czasami musi podać swoje dane, dlatego nie uznawał tego za nic dziwnego.

Zdziwiła go jednak reakcja ludzi na jego odpowiedź. Wywołała spore poruszenie i zanim posiadacz sharingana się spostrzegł, miejscowi ludzie pochwycili Orochimaru przystawiając mu kunai do gardła. Podobnie chcieli zrobić z Sasuke, jednak ten sięgnął po swoją katanę i był gotowy do obrony.

-Daj nam się złapać, albo ten kunai znajdzie się w jego gardle – powiedział jeden z ludzi w tłumie.

-A czy wtedy powiecie mi kim jesteście? – chciał grać na czas, bo i tak zdawał sobie sprawę kim są ci ludzie. Widocznie trafili na jedną z konspiracyjnych wiosek, w której  buntowano się przeciwko władzy Kage i uważano, że osoby które przyczyniły się do wygrania Czwartej Wojny Ninja, popełniły błąd, gdyż wizja idealnego świata była bardzo kusząca. Nienawidzili oni w szczególny sposób właśnie Sasuke, Naruto oraz Sakury, a wraz z postępem technologii w tym świecie, zaczęli praktykować zakazaną technikę łączenia chakry z elektrycznością. Tworzyło to niebezpieczną broń, nazywaną przez większość ludzi, palną.

-Wybacz, ale to niemożliwe – tym razem odezwał się człowiek, który trzymał Orochimaru.

-W takim razie śmiało – uśmiechnął się pod nosem, zaczynając rytmiczną walkę z mieszkańcami wioski. Wężooki nie mógł umrzeć, bo był Bogiem Śmierci, ale oni o tym nie wiedzieli. Uchiha miał nad nimi przewagę. Oczywiście zaboli to bladoskórego, nawet bardzo, a regeneracja będzie chwilę trwała, jednak przeżycie Sasuke było ważniejsze. On nie może odżyć z własnej woli.

Był gotów do przebicia swoją bronią kolejnej osoby, jednak wtedy rozległ się huk. Posiadacz sharingana zobaczył za ladą jednego z mieszkańców, który właśnie użył tej zakazanej praktyki.

Zobaczył też pocisk lecący w jego stronę.

A później nastąpiła ciemność.

[Cześć, lubię uśmiercać postacie, wesołych świąt ;-; ~Grelloo}

[Madara x Orochimaru] Riders – rozdział 12

Spędził z nim jeszcze trochę czasu, pierwotnie chciał dotrzymać mu towarzystwa przez całą noc, jednak uznał, iż wężooki potrzebuje trochę odpoczynku. Na początku nie był do końca pewny, czy powinien to robić, ale pielęgniarka, która zajmowała się Orochimaru poprosiła go o opuszczenie sali.

Zrobił to.

Dookoła było już ciemno, w budynku zgaszono wszystkie światła, gdyż większość pacjentów spała. Szedł powoli, nie myślał praktycznie o niczym, wyłączył się. Ludzie których wcześniej spotkał, zniknęli. Pewnie przeszli do swoich gabinetów, czerwonowłosa prawdopodobnie zakończyła swoją zmianę. Było już dość późno. Zupełnie stracił poczucie czasu.

Był on osobą dość odważną i nie dawał się łatwo przestraszyć. Cieszył się z tego powodu. Musiał przyznać, że ten szpital wygląda teraz dość mrocznie. Kiedy wychodził  z niego, odwrócił się po raz ostatni, wtedy przypomniały mu się horrory jakie oglądał w dzieciństwie. Miał wrażenie, że z ciemnego zakamarka wyłoni się jakaś podejrzana postać. Na szczęście nic takiego się nie stało.

Mimo iż z dnia na dzień robiło się coraz cieplej, wieczory i noce wciąż były chłodne. Uchiha chciał jak najszybciej znaleźć się w swoim domu, nie lubił marznąć. Po raz kolejny pozwolił sobie na złamanie przepisów ruchu drogowego. Chociaż o tej porze można było spotkać się z częstymi burzami, które prawdopodobnie były powodem częstych wypadków drogowych, ta noc zaliczała się do wyjątkowo suchych. Nie musiał martwić się o nagły spadek ciśnienia, który mógłby wpłynąć na jego koncentracje, czy na śliską jezdnię, przez którą niejeden wpadł w poślizg.

Droga do domu Madary, kiedy jechało się tą trasą, nie była skomplikowana. Prowadziła przez główne drogi, dopiero później, prawie na samym końcu, skręcało się w jedną z bocznych ulic, dzięki którym dojeżdżało się w ciche, bezpieczne i bogate okolice.

Ochrona nie miała powodów, by kwestionować tożsamość Madary, byli przyzwyczajeni, że wraca on dość późno, dlatego wjechał na teren swojej posesji bez najmniejszego problemu, poinformowano go tylko, iż Hashirama zostawił rzeczy, o których przewiezienie go prosił, w jednym z garaży. Chwilę zajęło mu dowiedzenie się, w którym konkretnie, sam nie miał jakoś ochoty sprawdzać każdego z osobna, bo mieli ich sporo. W końcu udzielono mu tej informacji. Odetchnął z ulgą, kiedy dowiedział się, że kartony pełne rzeczy Orochimaru są w jednym z nieużywanych już pomieszczeń. Dzięki temu nie będzie musiał go rozpakowywać, a przynajmniej jeszcze nie teraz.

Dzięki temu miał teraz czas na przejrzenie pamiętnika wężookiego. Bardzo mu na tym zależało. Nie musiał przyjeżdżać po Orochimaru bardzo wcześnie, wczesny wieczór byłby raczej odpowiedni. Do tego czasu powinien zdążyć przejrzeć znaleziony notatnik, wybrać dwa tysiące w gotówce oraz umówić się ze swoimi prywatnymi lekarzami na badania dżokeja.

Zabrał klucze do garażu, który teraz służył mu za schowek oraz do tego, gdzie zaparkował swój motocykl. Z bagażnika wyjął pamiętnik i ruszył powoli na górę.

Dla osób pokroju Madary ta posiadłość nie była niczym nadzwyczajnym. Uchiha mieli w posiadaniu o wiele większe, jednak dla przeciętnej osoby posiadanie takiego domu było czymś niewyobrażalnym. Już wśród samych garażów można było się zgubić. Było ich ponad dwadzieścia, chociaż tylko w połowie mieściły się samochody. Część została przeznaczona właśnie na skład niepotrzebnych przedmiotów, w innych chowano motory lub rowery… jednak wciąż było tego wszystkiego bardzo dużo. Tak to jest kiedy wygrywasz wszystkie krajowe wyścigi i szykujesz się do światowych.  Wychodząc trafiało się na rozwidlenie dróg i dużą ilość zieleni. Gdyby nie iść (lub jechać) prosto, tylko skręcić w prawo, po chwili znalazłoby się na torze treningowym, dlatego już podczas projektowania całego obiektu uznano, że duża ilość roślin będzie tutaj korzystna, gdyż będzie pochłaniała hałas i zanieczyszczenia. Właściwie mieli racje, Madara nie kwestionował tego, chociaż irytowało go bezsensowne, jak dla niego, wydawanie pieniędzy na ogrodników.

On jednak ruszył w stronę domu. Znów zje w swoim pokoju, sam, znowu z nikim się nie przywita, kiedy przekroczy próg. Najzwyklejsza rutyna. I tak było już późno, nie miał więc nikomu za złe, że na niego nie czeka. Nawet służbie. Wiedział, że też są ludźmi.  Potrzebowali przecież snu. Czasami zdarzało mu się minąć jakiegoś ochroniarza, ale żaden z nich nie zwracał uwagi na tego drugiego. Zbyt dobrze się kojarzyli. Madara miał wrażenia, że ci ludzie są w stanie rozpoznać go nawet po sposobie chodzenia.

Szedł po idealnie zrobionej ścieżce jeszcze chwilę, jakieś dwie minuty, całkiem sporo jak na trasę między garażem a domem. Kiedy w końcu stanął przed drewnianymi i dwuskrzydłowymi drzwiami, automatycznie zaświeciło się światło, wcześniej poruszał się w ciemności, bo sprawiało mu to od zawsze przyjemność, dlatego nagła jasność lekko go zirytowała. Przynajmniej mógł bez problemu trafić kluczem do zamka, to był chociaż jeden plus. Cicho wszedł do środka, nie musiał tego robić, bo i tak nikogo by nie obudził, każdy spał w innym zakątku willi, dopiero naprawdę głośny hałas mógłby zwrócić uwagę domowników, jednak on jakoś od zawsze czuł, że powinien zachowywać się najciszej jak tylko potrafił. Pewnie w dzieciństwie naoglądał się za dużo bajek, gdzie właśnie tak robiono. Ruszył w głąb domu, oficjalnych mieszkańców było tutaj tylko trzech – on, jego ojciec oraz Izuna, młodszy brat – każdy z nich zajmował więc inną przestrzeń willi. Pracownicy, którzy zdecydowali się być dyspozycyjni cały czas, za niemałą sumę oczywiście, mieli wydzielony osobny budynek. Żaby trafić do pokoju Madary trzeba było przejść długi korytarz, ale czego się nie robi dla wyjątkowej prywatności? Miał tam wszystko, łazienkę, sypialnię, garderobę, gdy tylko chciał, mógł zadzwonić po służbę i dostać jedzenie do pokoju… Niedaleko miał nawet siłownię. Czego chcieć więcej?

Podszedł do kolejnych drzwi i użył kolejnego klucza, część domu, w której mieszkał, była jak osobne mieszkanie. Zawsze pytał się ojca, dlaczego wewnątrz domu nie stosują drzwi otwieranych na kod, ten zaś za każdym razem odpowiadał mu, że to ze względów bezpieczeństwa. Ale co mogło się stać?

Pchnął kolejne drzwi, przeszedł jeszcze kilka kroków i zrobił to z kolejnymi, tym razem bez użycia klucza. Stanął w wejściu swojego pokoju. Jak zawsze powitał go bałagan. Zawsze tłumaczył, że to „artystyczny nieład”, chyba większość ludzi to robiła. Ominął leżące na podłodze sterty różnych rzeczy, głównie ubrań, pokojówki nie zabierały ich, dopóki nie wystawił ich za drzwi. Tak było z wszystkim, nie znosił, kiedy ktoś przeglądał jego rzeczy.

Położył się na łóżku i zaświecił lampkę obok niego. Zajrzał na pierwsze strony pamiętnika, ominął pierwszy wpis i zagłębił się w lekturę. Nie było tam żadnych dat, ale czuł, że wszystko jest napisane chronologicznie, właściwie nie było przecież innej możliwości.

„Zrobiłem to. Pierwszy raz to zrobiłem. Nie mogę w to uwierzyć. Jestem okropny. Co ona by na to powiedziała. Ale nie mam innego wyjścia. Nie mamy teraz z czego żyć. Pogrzeb był wczoraj. Koszty były naprawdę duże. Przez najbliższy czas nie będę mógł chodzić do szkoły. Nie mam na to pieniędzy. Mam nadzieję, że jeśli zostanę to uda mi się w jakiś sposób zarobić trochę pieniędzy. Nie będę musiał tego więcej robić.”

Co on takiego robił? Wyobraźnia podsuwała Madarze różne opcje. Nie znał Orochimaru tak dobrze, jakby tego chciał, ale wiedział, że z nim wszystko było możliwe. I to go przerażało. Przekręcił kartkę.

On pozbywa się wszystkich naszych pieniędzy. Niedługo nie będziemy mieli co jeść, ale jego to chyba nie interesuje. Gdyby go nie było to wszystko stałoby się prostsze. Ale cóż… nic nie poradzę na to z kim muszę żyć.”

Domyślał się już, że on to ojciec wężookiego. Ale chłopak nie miał nikogo innego? Matki? Rodzeństwa? Do czyjego pogrzebu doszło? Z jakiego powodu? Tak wiele pytań, a odpowiedzi wciąż niewiele.

„Nie sądziłem, że rozwiązanie chociaż połowy moich problemów znajdzie się tak szybko. Natknąłem się na nich dzisiaj, kiedy znowu musiałem to zrobić. Oczywiście zadali mi kilka ciosów, ale większości uniknąłem. Powiedzieli, że jestem zwinny. Chcą mnie u siebie. Może w końcu znalazłem kogoś, kto mi pomoże…”

Wciąż coraz więcej pytań…  Kolejne kilka kartek było sklejonych ze sobą, jakby polanych mieszaniną jakichś cieczy. Nie można było ich rozdzielić, dlatego Madara musiał kontynuować czytanie od najbliższego czytelnego miejsca.

„Mam już tego dość. Nienawidzę ich.  A szczególnie  jego. Chciałbym żeby zniknął. Nienawidzę.”

A, tak, znał już ten wpis, dookoła niego zauważył zastygłe brązowe plamy. Czyżby krew? Czyja…? I dlaczego nastąpiła nagle taka wielka odmiana w tym co pisał Orochimaru? Oni to prawdopodobnie ci ludzie, których spotkał. Co takiego zrobili? Madara miał dość tej niepewności. To takie irytujące, chcesz o czymś się dowiedzieć, ale nie masz jak…

„Znowu ich widziałem, powiedzieli mi to samo co ostatnio. Co ja mam teraz robić? Zachciało im bawić się w tych dobrych. Oni nie wiedzą, jak to jest być na moim miejscu. Szczególnie z nim. Muszę coś wymyślić, żebym mógł wyjść na prostą.”

Później większość kartek była wyrwana, została jedna, na niej jednak były dwa wpisy.

„Tak się cieszę, że mi pomogą. Mam przynajmniej ich. Pokazali mi czym jest życie. Teraz nie zginę. Na pewno. Później wrócę do dziadków. Chociaż oni o mnie myślą. Może nawet nauczą mnie jak zajmować się zwierzętami na farmie i będę miał zapewnioną przyszłość…? Wszystko tylko nie to miejsce. To piekło.”

Spojrzał na drugi wpis, ta część kartki była wyjątkowo brudna i pomarszczona, jednak słowa na niej były możliwe do odczytania.

„Jak oni mogli?  A ja im ufałem. Powinienem uciekać, ale nie mam gdzie. Nie pokaże się teraz babci. Nie chcę, żeby zobaczyła mnie w takim stanie, po tym wszystkim. Co ja zrobiłem? Dlaczego się zgodziłem? Teraz to ja jestem skończony. Moje życie jest jednak przesądzoną z góry porażką…”

Na tym zakończył się pamiętnik. Z wierzchu wydawał się gruby, ale po otwarciu Uchiha zastał tylko te kilka tajemniczych wpisów. Niewiele mu powiedziały, ale naprowadziły go chociaż na pewny trop.  Wężooki na pewno żył w patologicznej rodzinie. Musiał szybko dojrzeć i zajmować się utrzymaniem rodziny… a później… wylądował w więzieniu? Czy on zabił?

Uchiha westchnął i odłożył zniszczony pamiętnik w głąb jednej ze swoich szuflad. Już niedługo będzie mógł zamieszkać z Orochimaru. Wtedy wszystkiego się dowie.

Ale najpierw…

Rozejrzał się dookoła.

Powinien przygotować miejsce do spania dla swojego przyjaciela.

Który prawdopodobnie był mordercą.

 

[Jak ja się z tym lenię XD
Dziękuję wszystkim, którzy chcą to czytać, kocham Was owo
Postaram się coś napisać podczas przerwy świątecznej, tymczasem Wesołych Świąt wszystkim <3 ~Grelloo]

[Madara x Orochimaru] Riders – rozdział 11

Nigdy jakoś szczególnie nie przejmował się przepisami drogowymi. Umiał jeździć i wiedział, że z jego winy nikomu nie stanie się krzywda. Jeszcze nigdy nie spowodował wypadku, ba, w żadnym nie brał udziału. Za każdym razem cudem tego unikał. Po prostu umiał jeździć. Jego znajomi uwielbiali żartować, iż jego życie to jedno wielkie oszukiwanie przeznaczenia.

Mimo wszystko był on często zatrzymywany przez policję. To za zły pas, to za wymijanie… albo za przekroczoną prędkość. Co on mógł poradzić na to, że przepisy nie pozwalają na szybką jazdę, od której był on uzależniony? To nie jego wina, że już na początku rozpędza się do 100 km/h. Był do tego przyzwyczajony.

Czy stracił kiedyś prawo jazdy? Oczywiście, że nie. To przecież Madara Uchiha – kto śmiałby mu dać jakieś punkty karne, a co dopiero odebrać ten dokument i zniszczyć karierę? Nikt. Dla ludzi z Hinokuni jego rodzina była wielką duma, w końcu wygrywali wiele zawodów w kraju i na świecie. Gdyby ktoś został powodem, przez który ktoś z Uchiha nie mógłby wziąć udziału w jakimś wyścigu, krótko mówiąc, byłby skończony. Ta rodzina była ponad prawem. Madara bardzo często to wykorzystywał. Nawet zbyt często.

Niektórzy zdali sobie z tego sprawę w dość szybkim czasie. Ale przecież nietrudno zauważyć, że ktoś ma przepisy drogowe w głębokim poważaniu, prawda? Punktów karnych nie dostawał, prawo jazdy wciąż miał przy sobie, jedynie co jakiś czas był zmuszony zapłacić karę, ewentualnie zostawał pouczony. Nie wiedział, po co to wszystko. I tak nic sobie z nich nie robił. A pieniędzy miał sporo, Grzywna nic mu nie zmieniała.

Ostatnimi czasy jednak starał się dbać o swoje bezpieczeństwo, martwił się o psychikę Orochimaru i wolał nie zostawiać go samego. Lecz każdemu zdarza się zapomnieć o jakimś postanowieniu.

I tak było akurat teraz. W ciągu sekundy został wytrącony z zamyślenia. Wjechał na jezdnie, kiedy było dla niego czerwone światło, fakt. Zwykle ludzie byli w stanie wyjaśnić to kierowcy, bo każdemu czasami zdarza się zapomnieć. Ale tym razem zielone światło mieli kierowcy na jednej z najszerszych i  ruchliwych ulic w całym mieście. Nie przejechanie wystarczającej liczby samochodów tutaj w czasie zielonego światła, natychmiastowo powodowała zakorkowanie drogi. Wielu z kierowców szybko się zirytowało, ulica przepełniła się trąbieniem.

Madara nie przejął się tym jakoś szczególnie, jednak żeby nie  mieć później kolejnych nieprzyjemności, natychmiastowo przyspieszył. Po raz kolejny ignorując ograniczenie prędkości, odjechał z wystawionym środkowym palcem.

Nie mógł zrozumieć tych ludzi. Był pewny, że on śpieszy się bardziej od nich. I ma ważniejszy powód.

Kiedy już minął skrzyżowanie i oddalił się od niego wystarczająco, stanął i wyjął z kieszeni telefon. Zupełnie zapomniał, że nie zna adresu szpitala! Na szczęście sprawdzenie w internecie, gdzie znajduję się najbliższy, nie sprawiło mu trudności. Miał transferu danych pod dostatkiem. Westchnął z ulgą, kiedy okazało się, że jechał w dobrym kierunku.

Wciąż znajdował się w starszej części miasta i większość budynków była zniszczona. Tak jak kamienica wężookiego. Kiedy podjechał pod budynek, był pewny, że jest on już zamknięty i szpital znajduję się w innym miejscu, jednak zaczynało się powoli ściemniać, w niektórych z pokojów zaczęto świecić światła i to obaliło teorię Madary.

Zawsze był przekonany, że w tak zniszczonych, zapomnianych szpitalach, które są przeznaczone tylko dla ludzi z biednych okolic, trafia się jedynie na niemiłe osoby z dużym pechem w życiu, które dostały prace na odpowiednim stanowisku akurat tutaj.

Wchodząc do budynku, jednak nie usłyszał żadnych przekleństw, czy narzekań. Nie widział tez nikogo z pracowników, kto mógłby palić na zewnątrz. Dookoła czuł przyjemną atmosferę. Ściany były tutaj zielone, co pozytywnie wpływało na ludzką psychikę, być może to przez to, ale nie obawiał się, że wężookiemu mogłoby coś grozić.

Podszedł do recepcji, by zapytać o Orochimaru. Za szybką zobaczył młoda dziewczynę, pewnie stażystkę, miała długie i czerwone włosy, nosiła też okulary. Uchiha musiał przyznać, iż jest ona bardzo ładna. Zbliżył się i zauważył, że jej ręce są pokryte bandażami. Wolał nie pytać o co chodzi, nawet nie powinien.

-W czym mogę pomóc? – zaczęła spokojnie czerwonowłosa.

-Do waszego szpitala został przywieziony dzisiaj nieprzytomny chłopak, prawda?

-Tak… jeśli mówimy o tej samej osobie, chodzi panu o Orochimaru? – powiedziała po szybkim spojrzeniu na ekran komputera.

-Właśnie o niego, ale-

-Miał przy sobie dowód osobisty – przerwała mu, ale dowiedział się skąd wiedzą kim jest. Faktycznie nie znalazł nigdzie jego dokumentów.

-Mógłbym się z nim zobaczyć?

-Jest już po godzinach odwiedzin… przykro mi.

-A chociaż porozmawiać z lekarzem, który się nim zajmował? – nie miał zamiaru ustąpić.

-Cóż… raczej jest teraz zajęty, ale… – przyglądała mu się chwile – ty jesteś Madara Uchiha?

Skinął głową, może ratownicy medyczni przekazali pracownikom, że on może się z nim zobaczyć niezależnie od czasu?

-To wspaniale! – klasnęła w ręce – Jesteś dalekim kuzynem Sasuke, prawda? To mój chłopak – jej uśmiech stawał się coraz szerszy. Nie wiedział o co jej chodzi. – Pozdrów go proszę i powiedz, że ci pomogłam, okej? – napisała coś na kartce i podała mu – Okej?

Nie wiedział o co dokładnie jej chodziło, spojrzał na otrzymany papier. Była to pisemna zgoda od niej, że może wejść i odwiedzić przyjaciela. Nie mógł zaprzeczyć – pomogła mu.

Jednak popularność i znajomości się przydają.

-Postaram się, kiedy tylko go spotkam – uśmiechnął się w podzięce i ruszył w głąb budynku.

Wnętrze szpitala nie było tak zniszczone jak jego zewnętrzna część. Więc jednak urząd miasta przekazuje pieniądze na odnowę nie tylko tym z bogatszych okolic.

Jeden z lekarzy zwrócił mu uwagę, że o tej porze nie powinno go tu być. Madara odpowiedział mu na to poprzez podanie kartki ze zgoda od czerwonowłosej. Wykorzystał sytuację i zapytał się, w której sali znajduje się Orochimaru. A lekarz, który przedstawił mu się jako Jugo –  był na tyle miły, że zaprowadził go do przyjaciela.

-Dziękuję bardzo. – zwrócił się do mężczyzny – Nie wie pan może, gdzie jest jego lekarz?

-Akurat ja się nim zajmowałem, – odparł spokojnie –gdybym był potrzebny, będę w sali obok.

Skinął głową, podziękował po raz kolejny i wszedł do sali.

Mimo iż było tutaj kilka łóżek, tylko jedno miało właściciela, dlatego Uchiha zaświecił światło, było już trochę ciemno. Był pewny, że Orochimaru śpi, jednak mylił się.

Jeździec leżał na łóżku. Nie zareagował na naglą jasność, która wypełniła pomieszczenie. Nie zareagował nawet na Madarę.

Ale go widział.

Mężczyzna podszedł do niego i spojrzał mu w oczy.

-Wszystko okej? – chciał się dowiedzieć, czy coś go boli, jak się czuje, co doprowadziło do jego stanu…

Odpowiedziała mu tylko cisza.

Usiadł na skraju łóżka i powtórzył pytanie.

Orochimaru wciąż milczał, jednak teraz pokręcił przecząco głową.

-Dlaczego? – chciał mu jakoś pomóc, jednak poszkodowany nie miał zamiaru wydać z siebie żadnego dźwięku.

Ale po chwili po jego policzkach zaczęły spływać łzy. Madara nie wiedział jak zareagować. Wciąż do niego mówić? Milczeć?

Uznał, że cisza powinna być odpowiednia. Ciepło drugiej osoby także powinno pomóc. Przytulił go. Po prostu. Orochimaru nie protestował, ale nie odwzajemniał uścisku. Uchiha czuł jego spokojny oddech, ale po chwili się oddalił.

-Zaraz wracam – uśmiechnął się czule i szybko wyszedł z sali.

Kiedy już zniknął z pola widzenia wężookiego, znacznie przyspieszył i szybko znalazł się pod drzwiami, za którymi powinien znajdować się doktor Jugo. Zapukał i po chwili wszedł do środka.

-W czym mogę pomóc? – zapytał rudowłosy, spoglądając na Madarę spod papierów.

-Kiedy on stąd wyjdzie?

-Proszę?

-Kiedy mogę go stąd zabrać? Widzę, że to miejsce nie działa na niego za dobrze…

Lekarz westchnął i wstał, aby móc patrzeć mu w oczy.

-Obawiam się, że nigdy… – powiedział przygnębionym głosem.

-Co takiego?! Dlaczego? – nie mógł zrozumieć sensu odpowiedzi, którą właśnie otrzymał.

-Jest po nieudanej próbie samobójczej. Takich jak on zabiera się do szpitala psychiatrycznego i tam leczy. Przykro mi.

-Skąd wiecie co próbował robić? Przedawkował leki, tak? Czy to znaczy, że chciał śmierci?! – nie mógł go stracić.

-Rozumiem pana, ale-

-Chcecie zrobić z niego kolejną bezmyślną marionetkę podatną na wpływy?

-Nie wiem, przez co sądzi pan, że robią tam takie rzeczy pacjentom…

-Ile? – ściszył głos.

-Co takiego? – Jugo uniósł pytająco brew.

-Ile chcesz, żeby pozwolić mi się nim zaopiekować?

-Nie rozumiem, co pan ma na myśli…

-Tysiąc? Dwa? Dziesięć? Nie pozwolę wam go zabrać. Mam w domu prywatnych doktorów, zajmą się nim.

Rudowłosy doktor rozejrzał się. Madara zrobił to samo. Zobaczył powieszone zdjęcia kilku dzieci i zwierząt.

-Dwa tysiące wystarczą – odparł cicho, dobrze że nie było tutaj kamer.

-Będę po niego jutro, dobrze?

I pożegnali się uściskiem rąk.

Uchiha wrócił zadowolony do sali i spojrzał po raz kolejny na Orochimaru.

Biedactwo…

Podszedł do niego i złapał jego rękę.

-Powiedzieć ci dobre wieści?

Oczywiście nie usłyszał odpowiedzi. Ale czy milczenie nie oznacza zgody?

-Będziesz ze mną mieszkać… – uśmiechnął się patrząc mu głęboko w oczy. Tak bardzo cieszył się, że uratował go od szpitala psychiatrycznego, teraz wszystko będzie dobrze. Znów będą przyjaciółmi.

A Orochimaru wciąż milczał.

[Aww nie mogę uwierzyć, że napisałam już tyle rozdziałów owo
Dziękuję ślicznie za prze/czytanie tego ;//v//;
I bardzo-bardzo dziękuję za ponad 10 tyś. wejść <3
Kocham Was ~Grelloo]

[Madara x Orochimaru] Riders – rozdział 10

Spojrzał na pojazd, którym Hashirama przyjechał tym razem.

-Nic lepszego nie miałeś? – zaśmiał się, oglądając samochód z doczepioną przyczepą dla konia. Nie była duża, widział, że jest po brzegi wypełniona kartonami. Na szczęście nie czuł zapachu stajni, więc domyślił się, że była niedawno czyszczona. Ludzie ze stajni Senju przesadnie dbali o higienę.

-Lepsze to niż nic, nie? To co, bierzemy się za pakowanie? – uśmiechnął się do niego, otwierając jednocześnie przyczepę i podając Madarze jeden z kartonów. Wziął go, ale po chwili odstawił go na bok. Najpierw musiał schować znaleziony pamiętnik Orochimaru do swojego motoru, żeby go nie zapomniał. Hashirama zwrócił na to uwagę – I wyjaśniasz mi o co chodzi, tak jak się umawialiśmy.

Skinął spokojnie głową. Przy Senju czuł się bardzo swobodnie, bo byli znajomymi od zawsze. Chociaż ich rodziny  nie przepadały za sobą zbytnio.

Wprowadził przyjaciela na górę. Spoglądał na niego co jakiś czas, bawiła go reakcja na to miejsce, jego rodzina także nie była przyzwyczajona do biedy i dlatego widoki, które tutaj widział, prawdopodobnie go odrzucały. Widać było to po jego niezadowolonej minie.

Bez problemu wszedł do wnętrza mieszkania Orochimaru, chociaż Hashirama zatrzymał się przed wejściem. Spojrzał na drzwi;

-Ty naprawdę się tutaj włamałeś? – patrzył na Madarę z niedowierzaniem.

-Długa historia… – wzruszył ramionami, uśmiechając się przy tym – wszystko ci wyjaśnię przy pakowaniu rzeczy.

-W takim razie zaczynaj – odwzajemnił uśmiech, chociaż był on wyraźnie zmieszany, położył karton na podłodze i  sięgnął po pierwszą z brzegu rzecz, jedną ze starych książek, które tak zastanawiały Uchihę.

Madara uznał, że skoro jego przyjaciel zaczął od makulatury, on także to zrobi. Będzie mu później łatwiej przy rozpakowywaniu wężookiego. Wszystko wcześniej ułożył, dlatego nie musiał się przejmować, że sięgną po ten sam przedmiot, wszystko miało swoje miejsce. Dawno nie czuł się tak dumy z tego, że udało mu się coś posegregować.

-Od czego by tu… – uśmiechnął się wrednie, lubił droczyć się z Senju.

-Może od tego, czyje to jest w ogóle mieszkanie i dlaczego zabieramy z niego rzeczy – szybko odpowiedział sławny jeździec.

-Oh… no cóż… – zaczął, sięgając po kolejny przedmiot. Tym razem trafił na jakiś zniszczony dramat w starym wydaniu. Nie mógł zrozumieć, dlaczego wężooki trzymał tutaj takie rzeczy. Był zdania, że tylko zajmuje miejsce i lepiej się tego pozbyć, ale kto wie, może dla bladoskórego jest to jakaś ważna pamiątka…? Lepiej ją zostawić. Umieścił „dzieło” w pudle -… mieszkanie należało do Orochimaru. Kojarzysz? Ten jeździec bez nazwiska, kilka razy prawie wygrał z Tobiramą… wymeldowałem go dzisiaj, bo miał pewien wypadek. Zresztą nieważne. Wolałbym, żeby na siebie uważał, więc doszedłem do wniosku, że lepiej mieć go na oku cały czas, – uśmiechnął się pod nosem – dlatego uznałem, że powinien się do mnie wprowadzić.

Czuł, że Hashirama się w niego wpatruje. Przestał wykonywać swoją pracę.

-Coś nie tak? – zapytał nie pewnie. Odnosił wrażenie, że Senju ma go teraz za wariata.

Wstał, biorąc pudło. Wypełnił je po brzegi i miał zamiar zejść po kolejne. Zanim jednak wyszedł, Hashirama odpowiedział mu na pytanie pytaniem;

-Lubisz go?

-No raczej, gdybyśmy nie byli przyjaciółmi, nie pomagałbym mu aż tak – zaśmiał się, podszedł do drzwi.

-Miałem na myśli coś innego, – westchnął Senju, również wstał i stanął przy Madarze, spojrzał mu w oczy – podoba ci się?

Prawie upuścił pudło, to pytanie bardzo go zdziwiło, ale i rozbawiło. On z Orochimaru? Niemożliwe. Teraz to on miał przyjaciela za wariata.

-Wiesz, że nie jestem gejem? – ruszył w dół, na zewnątrz. Miał nadzieję, że zakończą niedługo ten temat. Był dla niego dość krępujący. To, że nie miał od dawna dziewczyny nic nie oznaczało.

-Bardzo się o niego troszczysz…

-I dlatego się mam w nim podkochiwać? W takim razie kocham też ciebie, Izunę, mojego ojca i w ogóle wszystkich, tak? – miał nadzieję, że nikt z osób mieszkających tutaj nie słyszy tej rozmowy – To chyba normalne, że chcę mu pomóc, skoro widzę, że ma problemy.

-Tak, tak… – westchnął Senju, byli już przy samochodzie. Wzięli kolejną parę kartonów, odłożyli zapełnione i wrócili do budynku – A właśnie, Orochimaru trzyma się choć trochę po śmierci Pythona?

-Ty wiesz?! – nigdy nie wspominał o tym Hashiramie, -bogaty jeździec nie zadawał się też z nikim z Konohy, dlatego nie mógł zrozumieć, w jaki sposób dowiedział się o tym, dość tragicznym, wydarzeniu.

-Tobirama mi o tym wspominał. Ale nie wiem, skąd on się o tym dowiedział…

I na tym zakończyli tą rozmowę.  Madara mógł dalej ciągnąć temat, ale czuł, że nic mu to nie da. Jakoś dowie się wszystkiego w swoim czasie. Tak jak dowiadywał się wszystkiego. Nawet historia Orochimaru powinna być niedługo odtajniona. Spędzili jeszcze trochę czasu na pakowaniu rzeczy bladoskórego. Co jakiś czas zdarzyło im się nawiązać jakąś luźną rozmowę na losowy temat, chociaż większość czasu minęła im w ciszy.

Kiedy pozbyli się ostatnich rzeczy z mieszkania, zbliżał się wieczór. Odetchnęli ze spokojem i stanęli na zewnątrz.

Madara miał w planach jeszcze odwiedzić Orochimaru w szpitalu. Powinien mu też powiedzieć, że od teraz będą mieszkać razem.

-Mógłbyś zabrać te wszystkie rzeczy i zostawić je w moim garażu? Wiesz, gdzie są klucze do niego…. – zaczął, wsiadając na swój motor – Chciałbym jeszcze wpaść do Orochimaru. Martwię się o niego.

Hashirama uśmiechnął się przyjaźnie i skinął głową.

-Ale stawiasz mi za to piwo… – zaśmiał się – A nawet dwa, jeśli faktycznie zaczniesz się z nim spotykać – uśmiechnął się szyderczo. W takich chwilach Madara miał ochotę go uderzyć, niby to przyjacielsko, niby to z urażenie jego dumy.

-Obawiam się, że skończysz z jedną butelką – wsiadł na swój pojazd.

-Sądzisz, że nie dowiozę tych rzeczy do ciebie? – zaśmiał się, rzucając sugestywne spojrzenie Madarze.

-Kiedyś cię zabiję za takie uwagi – zmarszczył brwi i teatralnie pogroził mu dłonią.

-Ale naprawdę, pasujecie do siebie… czy coś, – powstrzymywał się od wybuchnięcia śmiechem – bądź dla niego dobry, co?

Uchiha nie należał do osób, które byłyby w stanie zarumienić się za taką uwagę, jego twarz przybierała czerwoną barwę tylko, kiedy kończył długi trening, jednakże od kolejnej takiej uwagi zrobiło mu się głupio.

Rozmowę zakończył włączeniem silnika i odjazdem z wystawionym środkowym palcem.

Prosto do szpitala. Do Orochimaru.

A kiedy od niego wróci, zabierze się za czytanie pamiętnika.

W końcu pozna prawdę. A przynajmniej jej część.

I będzie w stanie pomóc swojemu przyjacielowi.

 

Odpłynął myślami i nie zauważył, że światła dla niego zmieniły się na czerwone. Jechał przed siebie, ignorując, że ruch uliczny o tej porze jest obfity w samochody.

[Madara x Orochimaru] Riders – rozdział 9

Zszedł spokojnie na sam dół. Zastanawiał się, jak mógł wyglądać ten budynek, kiedy był w czasach swojej wspaniałości. O ile takie istniały. Nie zdziwiłby się, gdyby zobaczył tutaj jakiegoś szczura, czy trafił na coś gorszego. Miał nieodparte wrażenie, że któreś z drzwi otworzą się i zostanie wciągnięty do środka jednego z mieszkań, gdzie mógłby być pobity, okradziony lub, w najgorszym wypadku, zamordowany. Ludzie tutaj musieli być dziwni. Bo czy normalnym jest zignorowanie tego, że sąsiad nie wychodzi przez dobre kilkanaście dni na zewnątrz, a jeśli to robi to jest w opłakanym stanie? Nie powinni mu pomóc? Chociaż… jakby się zastanowić… on też nie był specjalnie troskliwy ostatnimi czasy.

Stanął przed drzwiami, na których widniała tabliczka: „Zarządca budynku – Danzo Shimura”. Jeśli ktoś będzie w środku, uzna to za cud. Komu chciałoby się przebywać w takim miejscu?  

Zapukał.

Początkowo nie mógł w to uwierzyć, ale ktoś faktycznie otworzył drzwi. I już miał uznać to za „cud”, kiedy zauważył, że nie jest to typowe miejsce dla zarządcy, a kolejne mieszkanie. Czego on mógł się spodziewać?

W przejściu stał starszy mężczyzna, był ubrany w szlafrok i nie wyglądał na zadowolonego. Na całym jego ciele były widoczne bandaże, nawet połowa jego twarzy była nimi zasłonięta. No tak, przecież nie mogła być to normalna osoba.

-O co chodzi? – warknął niezadowolony. Madara nie znosił takich ludzi. Najchętniej od razu uderzyłby go w twarz, ale musiał załatwić jedną rzecz i dobry kontakt z tym człowiekiem może mu pomóc.

-Witam, Madara Uchiha, – wyciągnął w jego stronę dłoń, przez lata życia w jego rodzinie został chociaż nauczony, jak postępować z ludźmi, żeby osiągnąć swój cel – mam do pana pewną sprawę, otóż…

-Nie ma wolnych mieszkań – odpowiedział krótko, już chciał zamknąć przed nim drzwi, kiedy Uchiha przytrzymał je. Naprawdę nie znosił takich ludzi.

-Chodziło mi bardziej o to, że…

-Już powiedziałem, nie ma mieszkań, proszę stąd wyjść.

W tym momencie Madara się zirytował. Nie był przecież cierpliwą osobą. Pchnął drzwi i wszedł do środka. Stanął przed mężczyzną.

-Słuchaj. Mam sprawę – spojrzał na niego, chciał sprawdzić jego reakcje – i nie chodzi mi, kurwa, o wynajmowanie tutaj mieszkania, bo teraz tylko jakiś idiota chciałby mieszkać w takiej ruderze. Rozumiesz?

Niejaki Shimura przytaknął, przyglądał mu się bardzo uważnie, Madara nie mógł zrozumieć o co mu chodzi. Kontynuował.

-Chciałbym wymeldować stąd mojego przyjaciela, nie ma go tutaj w tym momencie z pewnych względów, jednak mam nadzieję, że nie będzie to problemem.

-Imię? Nazwisko? – wciąż nie spuszczał z niego wzroku.

-Orochimaru. Za chwilę spakuje jego rzeczy.

Przez chwile trwała cisza.

-A więc w końcu się wyprowadza, co? – ton głosu Shimury złagodniał – Mam nadzieję, że w końcu ułoży sobie życie…

Madara nie wiedział, co mógłby powiedzieć, dlatego zamilkł na kolejną chwilę. Danzo zauważył to i dodał;

-Do wieczora wszystkie jego rzeczy mają być zabrane. Nie miał żadnych zaległych opłat, więc…

Przypomniał sobie o czymś, sięgnął po kieszeni po portfel.

-Miałem pewne problemy z dostaniem się do środka mieszkania, żeby mu pomóc i musiałem trochę… uszkodzić drzwi – podał mu kilka banknotów – mam nadzieję, że ta suma pokryje koszty naprawy.

-Widzę, że nie jesteś przeciętnym dzieciakiem… – mruknął pod nosem mężczyzna – a zresztą… uważaj na niego.

Nie zapytał, czy Danzo miał na myśli przyjacielskie uważanie, czy może pilnowanie się, bo Orochimaru ukrywa coś jeszcze. Chyba, że ta rada (lub prośba) odnosiła się do tej części przeszłości jeźdźca, o której Madara już wie. Podziękował i wyszedł z pomieszczenia. Uznał, że osoba, z którą rozmawiał wcześniej przez telefon powinna już być.

Wyszedł na zewnątrz i zobaczył znany sobie samochód, podszedł do niego szybko.

-Wow, nie zgubiłeś się – powiedział sarkastycznie, zaglądając do środka.

-Nie wiem, czy wiesz, ale mam dobrą orientacje w terenie, może przez to, że jeżdżę po otwartych terenach, nie torach wyścigowych jak ty – powiedział Hashirama, kiedy wychodził z auta.

-Mogłeś załatwić większy wóz, – mruknął – mam do spakowania tutaj trochę rzeczy.

-Od kiedy zajmujesz się okradaniem takich miejsc? – zaśmiał się Senju.

-Opowiem ci wszystko, jeśli załatwisz mi dużo kartonów i większy samochód, żeby przewieźć wszystko do mnie.

-Będziesz musiał na mnie poczekać, wiesz o tym?

-Tak, tak. Mam na pakowanie czas do wieczora, więc nie śpieszę się – rzucił szybko – jak wrócisz to zadzwoń, będę w środku.

-Yhm.

Tak jak powiedział, wszedł do środka. Mógł zbadać mieszkanie wężookiego i zadecydować co zabierze do siebie. Chociaż powinien wziąć wszystko. Szczególnie, że robi to bez zgody Orochimaru.

Mieszkanie, jak już wcześniej zdążył stwierdzić, było w opłakanym stanie, dlatego żeby nie przeoczyć czegoś ważnego dla bladoskórego, w pierwszej kolejności zaczął zbierać przedmioty, które nie są już do niczego potrzebne m.in. butelki po alkoholach i papiery.

Przechodząc tak przez kolejne pomieszczenia, mógł zauważyć jak niewiele rzeczy wężooki posiadał oprócz sprzętu do jazdy konnej. Nie miał on żadnych obrazów lub zdjęć na ścianach, w szafie znajdowało się tylko kilka par spodni i koszul, oczywiście wszystkie były z długim rękawem. Zauważył też dwie pary butów – sportowe i jeździeckie. Ciekawe co nosił wężooki w zimie.

Widać było, że bladoskóry należy raczej do oszczędnych osób, nie miał tutaj nic zbędnego. Chociaż… mogły to być chyba książki. Kto wie, może były tylko dodatkiem do tego mieszkania?

Inaczej wyglądałoby na to, że Orochimaru interesuje się psychologią i farmaceutyką, a Madarze jakoś się to nie zgadzało z postawą wiecznie zapracowanego przyjaciela. Znaczy, mógł to lubić, chociaż nie wydawało się, że miałby czas na choćby zajrzenie do jednej z tych książek. Ale Uchiha wiedział, że jeździec jest osobą bardzo oczytaną, dlatego…

Nieważne.

Poskładał ubrania przyjaciela i ustalił już, gdzie co umieści w swoim domu, w końcu musiał mieć teraz go na oku. Nie mógł pozwolić mu cierpieć.

A jeśli jego ojciec nie będzie wyrażał zgody na to – sprzeciwi mu się. Pierwszy raz w życiu, przynajmniej w tak poważnej sprawie.

Bo przecież Orochimaru był teraz najważniejszy.

Podnosząc kolejną z pogniecionych kartek, przy szafce, na której nie było teraz wielu rzeczy, gdyż prawdopodobnie zostały zrzucone przez Orochimaru, zauważył zniszczony zeszyt. Wziął go i zajrzał na jedną ze stron.

„Mam już tego dość. Nienawidzę ich. A szczególnie  jego. Chciałbym żeby zniknął. Nienawidzę.”

 

Pamiętnik? Czyżby udało mu się znaleźć najlepsze źródło informacji o Orochimaru?

Zajrzał na pierwsze strony. Były pomarszczone i starte, w niektórych miejscach widział wyrwane strony. I przerażała go okładka. Niby zwykła, czarna, ale widział na niej pozostałości po jakiejś cieczy. Może nawet kilku różnych. Wolał nie myśleć co to może być. Zeszyt miał już kilka lat za sobą i nie pachniał niczym szczególnym.

Może to i dobrze.

Zaczął czytać pierwsze zdania.

„Nie mogę uwierzyć, że to robię. To takie głupie, ale nie mam już komu powiedzieć co mi leży na sercu. Nie mogę. Jej już nie ma. Tęsknię. Chyba on zwariował. Chociaż zawsze było z nim coś nie tak. Powinienem stąd odejść, ale i tak nie mam gdzie. Nieważne. Mam nadzieję, że Jiraiya nie wie, co robię. Co się tutaj dzieje. Zawsze był bardzo dociekliwy. Ale to chyba dobrze.”

Madara mógł się tylko domyślać o co chodziło. Dalszy wpis z tego dnia był wyrwany. Zajrzał na kolejną stronę.

„Zrobiłem to. Pierwszy raz to zrobiłem…”

Usłyszał dzwonek swojego telefonu.  Hashirama.

Wziął zeszyt i ruszył po schodach w dół. Przy okazji schowa go w bagażniku swojego pojazdu. Dzięki temu będzie mógł przeczytać dalsze wpisy, kiedy wróci już do domu z wszystkimi rzeczami wężookiego.

Teraz wszystko będzie dobrze.

Wszystko się ułoży.

Miał taką nadzieję.

[Madara x Orochimaru] Riders – rozdział 8

Nie mógł wrócić do sali. Nie chciał wyjść na idiotę. Chyba, że już na niego wyszedł przez swoje niezdecydowanie.  Dlaczego on w ogóle się tak zachowywał?

Miał szczęście, bo Tsunade, Jiraiya i Hiruzen gdzieś wyszli. Może na zewnątrz? Do stołówki? Dobrze, że na nich nie wpadł.  Nie wiedziałby, co powinien powiedzieć.

Nie chciał zostawiać Orochimaru w tej sytuacji bez niczego. Oczywiście nie mógł dostarczyć jego rzeczy, chociaż zdawał sobie sprawę, że będą mu potrzebne, bo zostanie w szpitalu kilka dni. Nie miał kluczy do jego mieszkania, a także nie chciał mu się pokazywać przez kilka najbliższych dni.

Przesadził.

Ludzie z Konohy powinni się tym zająć. Miał nadzieję, że podniosą go też na duchu.

Jak on mógł być takim idiotą? Powinien był przekazać to jakoś łagodniej.

Westchnął. Czuł się beznadziejnie. Teraz  Orochimaru pewnie nie chce go znać.

Czas pokaże.

Zostawił w szpitalu trochę pieniędzy i swój numer telefonu. Powinien chociaż pokryć koszty leczenia wężookiego. Jeśli ta suma nie wystarczy – mają się z nim skontaktować.

Wyszedł i ruszył w stronę stadniny. Nie było to daleko, a wolał się przespacerować, niż tłumaczyć się przyjaciołom Orochimaru, dlaczego przekazał mu informacje o śmierci Pythona w tak okropny sposób.

Nie chciał nawet pokazywać się w stadninie, ale zostawił tam swój motor.

Kiedy szedł do swojego celu, myślał, czy to wszystko się kiedyś ułoży. Nie chciał tracić przyjaciela.

I celu.

Przywiązał się do niego.

No i musi dowiedzieć się, o co chodziło z tym więzieniem.

Odsunął to stwierdzenie od siebie. Nie powinien myśleć o takich rzeczach, nie teraz. Chociaż nie mógł zaprzeczyć, że chciał to wyjaśnić.

Sięgnął do kieszeni po słuchawki i telefon. Słuchając muzyki doszedł do stajni.

Dzisiaj los uśmiechnął się do niego po raz kolejny (nieważne jak beznadziejnie to brzmiało w tej chwili), bo na zewnątrz stadniny także nikogo nie spotkał. Mógł się w spokoju oddalić i zniknąć z ich życia na jakiś czas. Kiedy stan fizyczny i psychiczny Orochimaru się poprawi, zadzwoni do niego. Albo poczeka, aż wężooki wyjdzie ze szpitala i sam się na to zdecyduje.

I tak minął pierwszy tydzień.

Większość tego czasu Madara spędził w domu, ewentualnie jeździł nowym samochodem, musiał do niego przywyknąć, bo jego ojciec upierał się, że w następnym wyścigu pojedzie właśnie nim. W rodzinie Uchiha, wszyscy wiedzieli, że trzeba słuchać Tajimy, chociaż to irytowało Madarę. Musiał poświęcać sporo swojego czasu na treningi, oczywiście, lubił to, ale nie podobało mu się, że jego brat – Izuna – chociaż młodszy tylko o dwa lata, miał o wiele więcej wolnego czasu.

Dodatkowo, podczas tego tygodnia, Madarę zaczęły dręczyć koszmary senne.

I minął drugi tydzień.

Wciąż nikt do niego nie dzwonił. Miał  wrażenie, że nawet jego znajomi, którzy nie są wciągnięci w to wszystko, nagle zamilkli. Koszmary ustały, ale przerodziły się w bardzo złe przeczucia i wyrzuty sumienia. Młody Uchiha przerwał swoje treningi, bo codziennie chętnie sięgał po alkohol.

I tak minął trzeci tydzień.

Jego ojciec był na niego naprawdę zdenerwowany. Jak zwykle nazwał go bezużytecznym śmieciem, podając za argument to, że wygląda teraz jak cień samego siebie. Nie mógł zaprzeczyć. Postanowił odstawić alkohol i wziąć się za siebie. Ale najbardziej zależało mu na informacjach o Orochimaru. Ze szpitala także do niego nie dzwonili.

Minęły jeszcze dwa dni, już nie wytrzymał.

Rano wsiadł na swój motor i pojechał do stadniny. Może tam coś wiedzą.  Oczywiście czuł się bardzo dziwnie, że pojawia się tam po ponad trzech tygodniach. Gdy tylko odstawił motor, trafił na Jiraiye.

-Ummm… hej? – zaczął niepewnie, chwilę czekał na odpowiedź, ale rymarz wciąż milczał – Nie wiesz może co z Orochimaru?

Chwilę trwała niezręczna cisza, jakby Jiraiya panował nad sobą, żeby nie wybuchnąć przy Madarze. Po chwili jednak odezwał się;

-Ty też nie wiesz? Ostatni raz widziałem się z nim trzy tygodnie temu w szpitalu. Powiedział, żebyśmy się do niego nie zbliżali. I posłuchaliśmy go, nadal czekamy, aż się odezwie… – ściszył swój głos – Poprosiliśmy tylko jego lekarza, żeby do nas zadzwonił, jeśli coś mu się stanie. Ale nasze telefony dosłownie milczą.

Przełknął głośno ślinę, Orochimaru nie mógł przecież zniknąć. Podziękował szybko Jirai za krótką rozmowę i wyjechał z terenu Konohy.

Mógł najpierw skierować się do szpitala, ale miał przeczucie, że bladoskóry jest już w swoim mieszkaniu. Jak dobrze, że wiedział, gdzie jego przyjaciel (?) mieszka.

Tym razem jadąc na motorze, został zatrzymany przez policję. Na szczęście nie przekroczył prędkości, chociaż nie wiedział jak to możliwe, było to tylko ich rutynowe sprawdzanie, czy kierowcy nie są pod wpływem alkoholu. A Madara ostatnio nie sięgał po niego.

I mimo tej przerwy w jeździe, po niedługim czasie znalazł się przy kamienicy wężookiego. Zaparkował swój motor, chociaż wcześniej podpiął go, gdyż miał wrażenie, że ta okolica nie jest zbyt bezpieczna.

Wszedł do budynku. Po chwili stał przed drzwiami, za którymi powinien mieszkać Orochimaru. Zapukał.

Cisza.

-Jest tam ktoś? – zapukał po raz kolejny.

Wciąż cisza.

Może go tam nie ma? Ale nie przetrzymywaliby go w szpitalu tyle czasu, prawda?

Zapukał jeszcze raz, ale nic się nie zmieniło.

Nie wytrzymał. On musi tam być. A jeśli coś mu się stało?

Coś musiało mu się stać. Jeśli on tam umiera?

Madara nie był słabą osobą. Ćwiczył kilka razy w tygodniu, dlatego wywarzenie drzwi nie sprawiło mu dużej trudności.  Miał gdzieś konsekwencje.

Wszedł powoli do środka, rozglądał się dookoła. Mieszkanie nigdy nie było zadbane, ale teraz wyglądało okropnie. Wszystkie rzeczy, które wcześniej były poukładane na półkach, znajdowały się teraz na podłodze. Czyżby Orochimaru wchodząc tutaj dostał napadu szału? A może to włamywacz?

Drugie twierdzenie zostało obalone, kiedy Uchiha zauważył wężookiego na kanapie.

Szybko podbiegł do niego.

Spał lub był nieprzytomny.

Lub martwy.

Panikując, Madara sprawdził jego puls.

Żyje.

Jego oddech był płytki, słaby.

Umiera?

Uchiha zrobił coś, co było teraz najważniejsze. Zadzwonił do szpitala, żeby wysłali tutaj ambulans.

Nie usłyszał wyraźnie słów po drugiej stronie, ale miał nadzieję, że przyjęli zgłoszenie i zaraz będą.

Czekając na nich, rozejrzał się dookoła. Nigdzie nie znalazł śladów krwi czy żyletek, dlatego ulżyło mu, że Orochimaru nie zrobił nic tak głupiego jak cięcie się.

Później jednak trafił wzrokiem na leżące wszędzie butelki. No tak, alkohol, musiał w czymś zatopić smutki. Ale obok miejsca, gdzie leżał teraz bladoskóry, znalazł też puste pudełko po lekach przeciwbólowych. Nie wiedział, czy Orochimaru chciał popełnić samobójstwo, czy może używał ich faktycznie do złagodzenia bólu, ale nie przewidział, że w połączeniu z dużą ilością alkoholu mogą doprowadzić do nieszczęścia.

Co minutę sprawdzał, czy wciąż oddycha. Na szczęście nic się nie zmieniło.

Czy to wszystko było jego winą? Chyba tak. Ale nie zmieni już przeszłości, chociaż ma wpływ na przyszłość.

Nie pozwoli już Orochimaru cierpieć.

Niedługo potem w mieszkaniu pojawili się ratownicy medyczni. Zadali Madarze kilka pytań, pokazał im swój dowód osobisty i zabrali wężookiego.

Uchiha został w mieszkaniu sam. Sięgnął po telefon.

-Możesz przyjechać? – powiedział spokojnie, po usłyszeniu zgody, podał adres – czekaj przed budynkiem, wyjdę do ciebie, kiedy coś załatwię.

Rozłączył się i skierował na parter. Do zarządcy.

 

[Tak bardzo nie umiem pisać ;___; }
Ale dziękuję za przeczytanie ;-; <3 ~Grelloo]

[Sasuke x Orochimaru] Special Servant – rozdział 6

Dopiero po chwili doszło do niego, co rozkazał.

Było mu głupio, że w ogóle wpadł na taki pomysł.

Żądać czegoś takiego od mężczyzny, swojego nauczyciela i Boga Śmierci?

Milczał on jak i Orochimaru.

Była to bardzo niezręczna sytuacja.

W takiej ciszy przeszli jeszcze kilka kilometrów. Wokół było coraz ciemniej. Sasuke zaczął nawet słyszeć jakieś owady i grzechotniki dookoła nich.

W końcu stanęli. Uchiha rozejrzał się po okolicy. Już kilkukrotnie rozbijał tutaj obóz, w końcu szukał kryjówek tyle lat… i dlatego ciemność nie przeszkadzała mu w rozpakowaniu się, miał bardzo dobrą pamięć.

Wciąż milczeli. Wężooki bez słowa przywołał bramy i rozpalił ognisko.

I tak samo, cicho, Sasuke położył nad ogniem kilka kawałków mięsa i wyszedł z obozu po jednej z zamkniętych bram. Niedaleko była oaza i miał zamiar w końcu trochę się odświeżyć. Po całym dniu woda powinna być ciepła i w końcu zmyje z siebie cały brud. Chodzenie oblepionym kurzem nie należy do rzeczy przyjemnych. A przecież następną noc spędzi w jakimś tanim motelu, bo lada chwila dotrą do niewielkiej wioski. Wolałby wyglądać jak ninja, nie rozbitek, kiedy pojawią się dookoła niego ludzie.

Rozebrał się i wszedł do wody. Miał rację, nie była zimna, chociaż po jego ciele przeszedł dreszcz. Chciał zamoczyć także swój strój, ale niedługo temperatura tutaj gwałtownie spadnie. Wypierze ubrania rano, wtedy będzie ciepłej.

Zanurzył się całkowicie. Mógł w końcu zebrać myśli. Miał nadzieję, że jego stosunki z Orochimaru nie będą takie jak teraz do końca. Mógł nie wydawać tego rozkazu. Teraz pewnie jego były nauczyciel ma go za jakiegoś zboczeńca. Odsunął od siebie tą myśl. Nie cofnie czasu, to nie jest jego kolejny sen. Powinien po prostu o tym zapomnieć i udawać, że nic się nie stało.

Wynurzył się. Teraz, mimo ściekającej z niego wody, czuł się niesamowicie lekki.

Rozejrzał się dookoła i zamarł. Orochimaru siedział przy brzegu i patrzył na niego. Zapomniał o tym, co postanowił sobie przed chwilą, nie mógł wydusić słowa. Zrobił to wężooki.

-Ja… mogę to zrobić, Sasuke, – zaczął cicho, Uchiha zauważył, że w końcu brzmiał i zachowywał się jak człowiek, a nie marionetka – mogę to zrobić, ale to wymaga kilku rzeczy. I musisz na to pozwolić.

Sięgnął po ręcznik i wyszedł z wody. Wolał porozmawiać z nim na ten temat twarzą w twarz.

No i skoro może to zrobić to dlaczego by z tego nie skorzystać?

-Mów. – Stanął przed nim i dopiero w tym momencie zauważył, że jest wyższy od mężczyzny prawie o głowę. Nigdy nie sądził, że to się stanie. Oczywiście dawniej jego nauczyciel był wyższy tylko kilka centymetrów, jeśli dobrze pamiętał, ale wciąż to wydawało mu się dziwne.

-Na coś takiego będę potrzebował dziewięciu miesięcy, przepraszam, ale to nowe życie i stworzenia go musi tyle potrwać. – Mówił powoli i spokojnie, zaznaczał każde słowo, ale Sasuke czuł, że w duchu panikuje mówiąc to. I być może jest też zawstydzony. – I nie martw się, nie będę chodził z brzuchem ciążowym, czy czymś w tym rodzaju, jestem w końcu mężczyzną i nie mam narządów do tego, – wydawało się, że wyjątkowo podkreślał swoją płeć – jednak…

I tutaj zamilkł. Uchiha nie wiedział o co chodzi. Potrzebna będzie ofiara? Po czymś takim wylądują w piekle? Co było tak dziwne, że aż Bóg Śmierci bał się to powiedzieć?

-Jednak…? – przedrzeźnił go.

-Potrzebuję do tego twojej… – wziął głęboki oddech -…twojej spermy.

Domyślił się, że to niezbędne, żeby dziecko, syn, był podobny do niego, dlatego nie kwestionował tego.

-Będzie miał jakieś twoje cechy? Nic mu nie będzie przez to, że zostanie stworzony przez Boga Śmierci? – zapytał tylko o to, żeby uspokoić lekko nerwy wężookiego. Był pewny, że pierwszy raz ktoś prosi go o coś takiego.

- Nic mu nie będzie. A co do reszty to wszystko zależy od ciebie. Jeśli będziesz chciał to może mieć część moich umiejętności lub jakąś cechę mojego wyglądu…

-Niech ma takie wzory przy oczach jak ty – chciał pamiętać, w jakich okolicznościach pojawiło się to dziecko. Nachylił się nad Orochimaru i lekko musnął jego usta swoimi. W końcu jest teraz idealny czas, żeby dać mu swoje geny.

Kiedy do wężookiego dotarło, co właśnie robią, odsunął się od Sasuke. Uchiha spojrzał na niego dziwnie.

-Coś nie tak?

-Nie musimy tego robić. Wystarczy, że mi to dasz. Nawet w jakimś pojemniku – zauważył, że Orochimaru lekko się zarumienił. Trudno było to dostrzec w ciemności, ale zza chmur wyszedł księżyc. Była pełnia. Sasuke zdał sobie sprawę, że ma wzwód. A był już nagi. Nie chciał się powstrzymywać. Ponowił pocałunek.

-Chcę to zrobić – spojrzał mu w oczy – chcę pamiętać w jaki sposób zdobyłem to dziecko – miał nadzieję, że wężooki odbierze to jako rozkaz i zrozumiał, że udało się, kiedy odwzajemnił pocałunek. Trwało to jeszcze chwilę, a później Uchiha wciągnął go do wody. Robiło się coraz chłodniej, ale wiedział, że za chwilę będzie im naprawdę ciepło.

Pod wodą ściągnął z niego strój. Czuł, że i on jest podniecony. Wynurzyli się i spojrzeli sobie w oczy.

-Żadnego ukrywania emocji, – powiedział spokojnie – nie chciałbym czuć, że robię to z lalką. Jesteś dla mnie osobą, rozumiesz? – znów go pocałował podpływając do brzegu.

Wężooki wynurzył się w połowie i oparł o ziemię. Sasuke przeklinał się za tą myśl, ale uznał, że wygląda naprawdę podniecająco. Nachylił się i przygryzł jego bark zjeżdżając językiem na plecy. Jedną ręką bawił się jego sutkiem, czuł, że jest twardy od zimna i podniecenia. Shinigami wydał z siebie pierwszy jęk. Uchiha czuł się dumny, że zdominował Boga Śmierci. Drugą ręką zjechał na członek wężookiego. Bladoskóry zadrżał. Posiadacz sharingana uśmiechnął się pod nosem i ponownie wgryzł się w bark, później przeniósł się na szyję, zostawiał na jego skórze ślady, chciał go oznaczyć jako swojego. Czuł, że zwariuje, jeśli zaraz w niego nie wejdzie, ale przypomniał sobie, że Orochimaru czuje ból. A nie chciał go teraz zranić. W końcu będą musieli spędzić ze sobą jeszcze kilka dobrych miesięcy. Przestał stymulować jego członka, żeby nie doszedł on wcześniej od niego i sięgnął do jego wejścia. Nigdy nie sądził, że będzie robił coś takiego. Wężooki napiął wszystkie mięśnie i znowu jęknął, głośniej. Czuł, że drży.

-Wszystko dobrze? – zapytał go cofając rękę od jego klatki piersiowej. Przejechał nią po jego mokrych włosach i kontynuował. Nie usłyszał odpowiedzi.

Trwało to chwilę, ale w końcu bladoskóry był rozluźniony. Bez słowa wszedł w niego, a że byli w wodzie, przyszło to z łatwością. Mimo to Orochimaru prawie krzyknął i znowu napiął wszystkie mięśnie.  Sasuke uznał, że bardzo dobrze idzie mu zachowanie się jak człowiek, chyba że to wszystko teraz jest prawdziwe. Zaczął się poruszać, wciąż gładził wężookiego po głowie. Było mu naprawdę dobrze. Przysłuchiwał się odgłosom, które wydawał Shinigami. Wciąż nie mógł uwierzy, że to robi.

Kiedy doszedł, oczywiście w wężookim, zdał sobie sprawę, że dopuścił się zdrady swojej małżonki. I do tego będzie miał syna jako dowód. Ale po chwili przestał się tym martwić. Ma Orochimaru. Coś wymyślą.

Wyszedł z niego, lekko uniósł go w górę i posadził na brzegu. Usiadł obok i pocałował po raz kolejny. Nie mógł stwierdzić czy ciecz na twarzy Orochimaru to woda, czy łzy. Ale nie liczyło się to teraz.

-Byłeś niesamowity – szepnął mu do ucha – i chcę to kiedyś powtórzyć.

Później sięgnął do wody po mokre ubrania oraz ręcznik i ruszył w stronę obozu. Czuł, że Shinigami musi teraz zrobić coś z płynem, który w nim zostawił.

Miał nadzieję, że to nie był sen.

Idąc, uśmiechnął się pod nosem, nie tylko dlatego, że potrzebował dobrego seksu od dawna.

Bawiło go, że jednak uprał ubrania o tej porze.

[Madara x Orochimaru] Solyluna

Na dzisiejszych terenach Meksyku, setki lub tysiące lat temu żyły różne ludy.

Olmekowie, Teotihuacanowie, Majowie, Aztekowie…

Następowały po sobie, różniły się pod wieloma względami, ale jedno na pewno łączyło te kultury.

Kult słońca. 

To ono przecież dawało ciepło, światło, możliwość uprawy roślin… dzięki niemu żyli.

Dlatego było ich najważniejszym bogiem.

Nazywali go Tonatiuh.

Oczywiście nie zawsze był On łaskawy. Jeśli ludzie nie trzymali się zasad, należało ich zniszczyć. To było zasadą bogów. Po ziemi mogli chodzić tylko prawi wyznawcy.

Jak zabijano te ludy?

Wszyscy Bogowie decydowali się zgasić słońce na jakiś czas.

Za pierwszym razem, gdy nastała ciemność, na ludzi rzuciły się zwierzęta. Później były choroby. Na końcu -  powodzie.

Ta historia dzieje się podczas czwartego słońca.

Po każdym zgaśnięciu Tonatiuh ginął i na jego miejsce rodził się nowy Bóg. Zawsze był mężczyzną, gdyż ta życiodajna siła była właśnie ich symbolem.

Czwartym słońcem był Madara.

Każdy Bóg potrzebuje bogini. W tym przypadku – księżyca, czyli symbolu kobiet.

Luna nie rodziła się jako ktoś boski. Słońce musiało ją sobie wybrać. Aby do tego doszło, co 52 lata, kiedy poprzednie pokolenie się starzało i nadchodził czas na zmianę świątyni oraz księżyca, azteckie rodziny składały w ofierze swoje pierworodne córki.

Jedna z nich zostawała boginią. Każda rodzina była zmuszona do oddania swojego dziecka. Sprzeciw był równy zgodzie na złożenie swojej głowy w ofierze.

Ale co robili, kiedy mieli tylko syna?

Także go wystawiali…

***

Madara spojrzał z góry na swój lud i westchnął niezadowolony.

Znowu musiał wybrać swoje uzupełnienie.

Na szczęście księżyce żyją krócej, będzie mógł się go pozbyć po upływie 37 lat, później przez pozostałe 15 lat będzie mógł znowu być sam i tylko przygasły, stary Księżyc będzie oświetlał nieboskłon w nocy, co prawda nie będzie jasny tak jak młoda Luna, ale lepsze to niż nic.

Madara stanowczo wolał samotność.

Jego słudzy założyli mu uzupełnienia jego stroju, które były zrobione z obsydianu, jadeitu lub srebra. Nie mógł nosić złota, żadna z kultur nie robiła z niego biżuterii, bo nie uważali, że jest cenne.

Dlatego nie otrzymywał go w ofierze.

Chociaż bardzo lubił ten kamień. Złoto błyszczało jak słońce, więc było jego własnością.

Powinien coś zrobić, żeby w końcu je zdobyć…

Nadszedł czas aby zejść do ludu. Widział, że Piramida Słońca jest już gotowa na jego wyjście. Szczyt był ozdobiony wszelkimi darami. Kwiatami, owocami, mięsem zwierząt i ludzi, krwią i cennymi kamieniami.

Piętro niżej czekały pierworodne córki. Były na to przygotowane od dziecka. Nie miały prawa się teraz wycofać.

Ustawione były tuż przy krawędzi, dlatego każdy objaw buntu kończył się zepchnięciem ich w dół, co równało się ze śmiercią.

Jeśli chciały żyć jak wcześniej, mogły jedynie liczyć na to, że nie zostaną wybrane.

Usłyszał pierwsze głosy modlitwy.

Czas na zstąpienie.

Westchnął niezadowolony i ruszył przed siebie. Za nim podążały jego sługi.

***

Wychylił się ze swojego nieboskłonu i po raz kolejny spojrzał w dół.

Tym razem czekała na niego spora ilość kandydatek. Widać, że ostatnie lata były płodne.

Według zasad przygotowane pierworodne miały związane oczy i tylko ta jedna, wybrana przez niego, mogła zobaczyć Boga Słońca.

Ludzie pod piramidą także nic nie widzieli. Tonatiuh otaczał się złotą aurą, która oślepiała śmiertelników…

Schodził dumnie, jak na istotę boską przystało.

Piramida Słońca była najwyższą budowlą w całej wiosce. Obecnie miała około 60 metrów wysokości. Kiedy budowano ją setki lat temu, mierzyła o wiele mniej.

Zmiana świątyni polegała właśnie na zabudowaniu jej starej wersji.

Nowa piramida musiała powstać przed zstąpieniem Boga Słońca, gdyż jego moc dawała, według starych przesądów, wielki urodzaj na kolejne 52 lata.

Stanął pomiędzy wszelkimi darami i szybkim skinieniem dłoni nakazał kilku swoim sługom zbieranie prezentów.

Sam zaś spojrzał na kandydatki.

Pierworodne musiały przestrzegać kilku zasad, żeby miały szanse na zostanie boginią.

Przede wszystkim stanąć na tej świątyni musiały czyste.

Normalnie wystawienie tutaj kandydatki po utracie dziewictwa, nie było karane, dziewczęta traciły tylko szansę na zostanie boginią.

Madara jednak nienawidził, kiedy ktoś nie przestrzegał zasad. To czyniło go dość krwawym Słońcem.

Nieczysta, nieczysta, nieczysta…

Powtarzał w myślach, kierując wzrok na kolejne ofiary. Każda, która zignorowała postawione zasady, musiała zginąć.

Machnął dłonią po raz kolejny, któryś jego sługa bez najmniejszego oporu spychał wskazane przez Tonatiuha kobiety.

Nie miały czasu na krzyk. Jedyne, co można było usłyszeć to dźwięk łamanych kości po upadku.

Nie miały szansy na przeżycie.

Drugą zasadą, przyjętą przez lud, było to, że tylko kobieta może zostać księżycem.

Twierdzili tak, gdyż mówiono na nie La Luna, a przecież „la” określało coś żeńskiego.

Ale ta zasada nie była prawdziwa. Bogowie byli biseksualni, dlatego płeć nie robiła im różnicy. Księżyc nie musiał dawać dzieci.

Miał tylko oświetlać niebo nocą.

Ostatnią zasadą była naturalność.

Ludzie na tych ziemiach mieli ciemną skórę i czarne włosy.

Kandydaci nie mieli prawa do ozdób, czyli wszelkich tatuaży lub kolczyków. Nie wolno im było także ścinać włosów.

Znów słuchać było kilka ciał, które uderzyły w ziemię.

Nie mógł zrozumieć, dlaczego niektórzy twierdzili, że tatuaże przy piersiach uczynią ich atrakcyjnymi.

Spojrzał na pozostałe osoby.

Niewiele ich zostało. Wśród kobiet stało dwóch mężczyzn, łamali oni trzecią zasadę, ale Madara wiedział, że tacy się urodzili.

Jeden z nich miał białą skórę, drugi zaś – włosy.

Ich matki, które były bliźniaczkami, zostały pobłogośławione przez boginię Metztili, byłą panią księżyca, miłości i narodzin.

Dlatego ci dwaj byli częściowymi albinosami.

Przez błogosławieństwo jakie otrzymały ich matki, czuł, że powinien wybrać jednego z nich. Wskazał na pierwszego z nich.

Tego z jasnymi włosami.

Chciał mu się przyjrzeć.

Jednak…

Nie wyczuł tego wcześniej, gdyż skupiał się na innym rodzaju czystości, jednak ten mężczyzna został już zniszczony przez pożądanie. Nie mógł więc zostać Luną.

Nie wahając się, Tonatiuh zrzucił go w dół.

Spojrzał na drugiego z albinosów.

Był odurzony narkotykiem powstałym z fermentacji skóry ropuchy Bufo Marinus z miodem pitnym.

Mimo to wciąż był czysty. [dop. tą mieszaninę aztekowie podawali sobie metodą lewatywy.]

Spełniał on wszystkie warunki postawione przez bogów.

Madara zainteresował się nim.

Jak ma na imię…?

Orochimaru.

Poczuł, że to przeznaczenie.

Wiedział, że za Wielką Wodą oro znaczy złoto, którego tak bardzo pragnął. [dop. Hiszpania.]

Za sąsiednią Wielką Wodą orochi znaczyło wielkiego węża. [dop. Japonia]

A wąż tutaj był symbolem płodności.

Czy Luna, symbol i patronka kobiet nie powinna być płodna?

Wiedział, że tak.

To on będzie jego księżycem.

Nakazał, aby przeniesiono go pod jego nogi. Czas odsłonić jego oczy.

Czuł narastające podniecenie, pierwszy raz odkąd był Słońcem.

Zaraz zobaczy oczy, które będą jego przez najbliższe 52 lata.

Już tu jest…

Nachylił się nad słabym mężczyzną, mógł to zrobić tylko dla swojego przyszłego Księżyca.

Widział, że narkotyk silnie na niego działał, miał płytki oddech i był zlany potem.

Później mu to minie.

Zdjął wiązanie z jego twarzy.

Miał nieobecne spojrzenie, kiedy obudzi się na nieboskłonie, ktoś będzie mu musiał wszystko wyjaśnić.

Ale jego oczy miały piękny, złoty odcień.

Gdyby Madara był Bogiem Słońca trochę później, nazwałby ten kolor bursztynowym, ale teraz był dla niego złotem.

Najczystszym złotem.

Uniósł Orochimaru tak, że mieli twarze na równym poziomie.

Spojrzał w jego oczy po raz ostatni i wpił się brutalnie w jego usta, tak należało zrobić, żeby uczynić kogoś księżycem.

Czuł posmak narkotyku, którym odurzono jego Lune.

Musieli być szaleni, że podali go doustnie, ale Madara był szczęśliwy, że mimo to mężczyzna przeżył.

Wciąż smakując swojej bogini, sięgnął po obsydianowy sztylet, takimi posługiwali się ludzie na tym obszarze i tylko takie bronie otrzymywał w ofierze.

Dwoma szybkimi ruchami uszkodził skórę na dłoniach i szyi Orochimaru.

Podciął mu żyły i poderżnął gardło.

To też należało zrobić dla nowego księżyca. Dlatego wiele ofiar nie chciało stawać na Piramidzie Słońca w obawie przed śmiercią.

I odurzało się ich właśnie, żeby nie uciekli.

Zakończył pocałunek. Wciąż trzymał swoją Lune, jej krew powoli spływała coraz niżej…

Cofnął się i uśmiechając się pod nosem, zabrał ciało swojego Księżyca w górę.

Do swojego królestwa.

***

Szedł po Niebie.

Była to jego rutynowa trasa, ale wolał to, zamiast kierowania stworzoną przez siebie kulą światła, która miałaby imitować słońce, ze swojego tronu, przyozdobionego darami od ludów.

Idąc mógł myśleć o wielu rzeczach.

Nie obrastał też w tłuszcz, bo był w ciągłym ruchu. Niektórzy bogowie nie chcieli ruszać się podczas swojej pracy. Większość z nich nie musiała nawet nic robić. Dlatego wyglądali oni bardzo obficie, siedzieli tylko całymi dniami i korzystali z podarków od swoich wyznawców.

Madara nie chciał obrosnąć w tłuszcz, był on bardzo umięśnioną osobą i nie miał zamiaru tego zmieniać.

Dlatego cenił sobie te wielogodzinne spacery po nieboskłonie, które jemu zapewniały siłę, zaś jego wyznawcom – życie.

Dodatkowo był tutaj sam.

Chociaż ostatnio nie przepadał za samotnością tak jak kiedyś.

Wszystko przez jego Księżyc.

Oczywiście wciąż nie był szczególnie towarzyski, ale obecność drugiej osoby nie przeszkadzała mu już tak bardzo.

Tak… jego Księżyc był bardzo wyjątkowy.

Pamiętał jego początki tutaj.

Zaraz po wkroczeniu do swojego królestwa, zostawił jego, wciąż martwe ciało, na swoim, nie, na ich wspólnym łożu, które było zrobione z mieszaniny różnych drewien i pokryte tworami z włókien agawy.
Pierwszy raz od dawna bał się, że Luna nie ożyje. Nigdy jeszcze tak bardzo kogoś nie pragnął. Wtedy uspokoił się dopiero, kiedy uświadomił sobie, że Mictlantecuhtli, bóg śmierci i zaświatów, musi wskrzesić Orochimaru. Najpierw jednak potrzebne były błogosławieństwa od innych bóstw.
Madara zawsze prosił o dary Ichcuinę, boginię wstydu, jednak tym razem zrezygnował z tego, gdyż chciał zachować naturalny charakter Księżyca.
Tym razem poprosił o błogosławieństwo Huehuecoyotla, gdyż był bogiem rozkoszy, Tlacultetla, bo zapewniał seksualność oraz dwie boginie – Tlazolteotl i Xochiquetzal, ponieważ wspólnie składały w darach miłość, rozkosz i zabawę. Na końcu poprosił o błogosławieństwo Metztili, by ich małżeństwo było udane.

I było.

Oczywiście cały dzień Tonatiuh był zajęty swoją podróżą po niebie, jednak noce były ich wspólne.

Co prawda Luna także była zobowiązana do spacerów po nieboskłonie, żeby mogła oświetlać ludziom drogę w nocy, jednakże jej trasa czasami była krótsza lub w ogóle nie musiała wyruszać.

Szamani, czarownicy i uczeni na Ziemi mówili, że podróż księżyca dzieli się na fazy. Raz był kompletny i oświetlał nieboskłon przez całą noc, czyli był w pełni, później go ubywało i w połowie miesiąca nie widziano go wcale, bo był w nowiu, znów go przybywało, aż do całości. I tak zataczał się nieprzerwany krąg.

Kiedy Księżyc kończył swoją trasę, przychodził do sypialni, którą dzielił ze swoim Słońcem.

Nie uprawiali seksu.

Tonatiuh czuł, że jego Luna mimo otrzymanych darów nie jest jeszcze na to gotowa.

Nie rozmawiali ze sobą.

Cały wspólny czas dzielili w ciszy. Obydwaj nie przepadali za obecnością innych, ale nie czuli się przy sobie skrępowani.

Nie przeszkadzali sobie.

Podczas tych wspólnych nocy Orochimaru siedział na podłodze, która była pokryta dywanami plecionymi z włókien agawy oraz liśćmi różnych drzew, które ludy składały bogom w ofierze, gdyż uważali je za święte i dające dodatkową moc.

Madara leżał obok, swoją głowę opierał na kolanach Księżyca i relaksował się w ciszy po długim dniu.

Luna powoli wyplatała z jego włosów ozdoby. Były różne, robione z innych materiałów i każdy zestaw ozdób symbolizował inny nastrój słońca.

Nosząc obsydian – świeciło zbyt słabo, przez co rośliny nie mogły rosnąć zdrowe, jednak wciąż dawał ciepło.
Srebro – przywoływało chmury, za którymi się chował, mógł też powodować deszcz, jednak wtedy pojawiał się też silny wiatr, który niszczył dobytek jego wyznawców.
Skała wulkaniczna – wtedy świecił bardzo jasno, powodował, że woda wyparowywała, ludzie byli spragnieni i rośliny więdły, ale potem musiał przyjść deszcz.
A nosząc ozdoby z jadeitu – dawał wystarczającą ilość światła i ciepła.

Dlatego ten zielony kamień zwykle składano mu w ofierze.

Chociaż on pragnął złota, gdyż nosząc je mógłby mieszać wszystkie swoje możliwości. Czuł to.

Lubił dotyk Księżyca. Był taki delikatny i spokojny, ale wciąż pewny siebie.

I był pierwszą Luną, której pozwolił się dotknąć.

Wszystkich dziwiła więź jaka ich łączyła.

I nie mogli zrozumieć, co Tonatiuh widzi w tej osobie.

Orochimaru był jego złotem.

Nie wywyższał się przez to, że z człowieka został bogiem. I nie prosił o szczególne łaski dla swojej rodziny.

Po prostu był.

-Jesteś moim Księżycem – wyszeptał mu po długich latach ciszy. Lata były bowiem dla bogów niczym godziny. Ewentualnie dni.

-A ty moim Słońcem – odpowiedział mu po chwili milczenia, nie brzmiało to jak wyuczona formułka czy pochlebstwo. I wyglądało, że nie był pewny, czy mógł nazwać Tonatiuha swoim, bo przecież on był wszystkich.

I żeby rozwiać niepewność swojego Księżyca, Madara pocałował go po raz pierwszy od swojego wyboru.

Był szczęśliwy.

***

Ale Tonatiuh musiał mieć też kontakt z innymi bogami.

I spotykał się z nimi, kiedy Księżyc odbywał swoją długą podróż na niebie.

Rozdawał im wtedy część podarków, które otrzymywał od swoich wyznawców. Dzięki temu był raczej w dobrych stosunkach z wszystkimi.

Tak przynajmniej czuł.

Rozmawiali o wszystkim, chociaż Madara zauważył, że ostatnio tematy bogów zeszły na jego Księżyc.

Nie mógł zrozumieć, dlaczego tak bardzo przeszkadzała im obecność Luny. Nawet się z nią nie widywali.

Wiedział to, bo widział Orochimaru wyglądającego go z ich wspólnej sypialni, kiedy szedł po nieboskłonie.

Ale bogowie bardzo na niego narzekali. Chociaż nie mieli podstaw.

Madara mógł się domyślić, że było to spowodowane obecnością Ixtliltona, boga kłótni i uczt, ale przez setki lat bycia słońcem, nie spotkał się z niczym takim z jego strony, dlatego wszystko co robił Ixtlilton, umykało jego uwadze.

I niektóre boginie, które przez tysiące lat były blisko słońca, widziały w Orochimaru rywala.
Według jednej z zasad istnienia Księżyca, Luna mogła zostać zabita po upływie 37 lat od zostania boginią, jeżeli jednak przeżyła z Tonatiuhem całe 52 lata, była Księżycem na zawsze, jednak nie musiała już podążać nocą po drodze na niebie. Chyba, że nowa Luna została zabita.

A Orochimaru był Księżycem Madary już 48 lat.

I to niepokoiło boginie. Szczególnie, że obecny wybranek Słońca miał duży potencjał i nie był konkurencją tylko pań ksieżyca i nocy, ale i dwóch innych bogów, którzy byli czczeni na podobnym poziomie co Tonatiuh.

Cihuacoatl, czyli bogini płodności oraz Pierzastego Węża.

Do nich dochodziły Coyolxauhqui, Yohaulticetl, czyli byłe panie księżyca, które przeżyły swoje 52 lata, i Yohualticitl, bogini nocy. Ona nie miała celu w tym sporze, ale Ixtlilton łatwo nią manipulował. Chciał przecież pamiętnej kłótni.

Pierwotnie powinność oddalenia obecnej Luny od boskości argumentowali jej płcią. Uważali, że mimo wszystko wieczną boginią mogła być już tylko kobieta, ale wtedy po stronie Madary stawał Tecciztecatl, czyli jedyna wieczna i męska Luna.

Później mogli już tylko mówić, że przez ten Księżyc Tonatiuh oddala się od nich i może kiedyś przez to stracić wyznawców.

Ale on ich nie słuchał, bo sam decydował o swojej Lunie. I tylko on mógł ją zabić, ale nie miał takiego zamiaru.

Był szczęśliwy, że nikt oprócz niego nie miał prawa dotykać Księżyca. Dzięki temu był pewny, że będą razem już na zawsze.

Sięgnął po jadeitowy kielich i pijąc miód, myślał o swojej Lunie w dalszym ciągu.

Będą wieczni i szczęśliwi. I nawet wybór kolejnego Księżyca nie oddali ich od siebie. Po prostu nową Lune będzie traktował tak jak każdą poprzednią. A później ją zabije. I tak już na zawsze, gdyż ludzie bali się możliwości Czwartego Słońca i byli posłuszni swoim bogom. Dzięki czemu on nie zginie, nie zostanie zastąpiony przez nowe słońce.

I pił tak swój napój, prosząc co jakiś czas o dolanie mu do kielicha nowej porcji, przysłuchiwał się głośnym rozmowom innych bogów i uśmiechał się pod nosem.

Uśmiechał się, bo był szczęśliwy.

Nigdy nie sądził, iż nadejdzie taki moment, że będzie czuł taką radość na myśl o jakiejś osobie.

Teraz jego Księżyc będzie już gotowy.

I w końcu to zrobią.

Nikt im nie przeszkodzi.

A później usłyszał, że Luna wróciła i dumnie wyszedł z pomieszczenia.

Nie czuł jeszcze zmian zachodzących w jego organizmie.

Ale niedługo wszyscy je poczują.

***

Szedł przez ogrody, które dzieliły sale, gdzie wcześniej widział się z gronem starych bogów i sypialnię, w której czekał jego Księżyc.

Bardzo chciał przyspieszyć, ale nie mógł. Był w końcu dumnym słońcem.

Dlatego musiał iść powoli, lecz z każdym krokiem jego wyobraźnia podsuwała mu inne wizje tej nocy.

Jak dzisiaj wygląda? Jakie kamienie go zdobią?

Czy tęsknił?

I na wszystkie pytania znalazł odpowiedź kiedy otworzył drzwi, które były zrobione z ceiby.

Kilkadziesiąt lat wcześniej Majowie nazwali je drzewem życia i świętym symbolem bogów, dlatego często składali je w podzięce.

Orochimaru przez lata życia z Madarą wiedział, że mimo wszystko przy tym Słońcu trzeba zachować spokój i być posłusznym, nie natarczywym.

I dlatego nie podbiegł do niego, nie rzucił mu się w ramiona jak to robią zwykle zakochani na Ziemi. Czekał spokojnie na swojego kochanka.

A kiedy Tonatiuh stanął przed nim, mogli sobie pozwolić na chwilę czułości.

Madara uniósł Orochimaru lekko nad siebie i złączyli się w pocałunku. Długim i namiętnym.

Bo pocałunek był dla nich już czymś w rodzaju rytuału, a jednocześnie rutyny.

Ten niewielki, romantyczny gest był dla nich powitaniem, pożegnaniem, przerwą po długiej ciszy, ale i znakiem, że są swoimi uzupełnieniami, prawdziwą harmonią i że dla nich nikt inny nie istniał, kiedy byli razem.

-Moje Słońce… – zaczął niepewnie Orochimaru. To także była część ich powitania.

-Mój Księżycu… – opuścił go na posadzkę i objął – Czy jesteś gotowy by stać się ze mną jednością?

Obydwoje wiedzieli, że ten moment musiał kiedyś nadejść.

-Tak… – wciąż mówił spokojnie, bo to pytanie nie mogło być dla niego zaskoczeniem. I tak niesamowitym było, że Tonatiuh zapytał go o to, a także to, że czekał z tym tak długo – Ale najpierw… – wskazał na ozdoby Madary, dawniej o tej porze nie miałby ich już na sobie, jednak kiedy zbliżył się do swojej Luny, nie pozwalał ich ściągać nawet swoim sługom. Nawet podczas pełni.

Skinął głową i przeszli na łoże, gdyż obydwaj wiedzieli, że tym razem lepiej wykonać tą czynność na nim.

Tonatiuh zamknął oczy, żeby mógł intensywniej czuć dotyk swojej Luny.

Jego wyobraźnia ciągle podsuwała mu nowsze obrazy na chwilę, która później nastąpi.

Był coraz szczęśliwszy.

Tak bardzo pragnął ujrzeć Księżyc cały, wciąż nieskalany, czysty i tylko jego. Chciał dotknąć jego bladej skóry w każdym miejscu, słyszeć jego delikatny, ale wciąż męski głos, kiedy złączą się w jedności.

Tak bardzo tego chciał.

Lecz kiedy Orochimaru wyplątał z jego włosów pierwszą z ozdób, czyli jadeitową koronę z domieszką colorinu, czerwonego kamienia, który odpędzał złe duchy, poczuł nieprzyjemny ból głowy.

Wmawiał sobie, że to nic i nie powinien się tym przejmować, ale bogów nigdy nic nigdy nie bolało.

A później zdjęte zostały także ozdoby na uszach.

Ból wciąż się nasilał, lecz Madara wiedział, że nie może teraz zrezygnować.

Następnie stracił pierścienie i wiedział, że nie może czekać dłużej, gdyż coś dosłownie rozsadzało go od środka.

Otworzył oczy i pchnął Księżyc na środek łoża, do pozycji leżącej. I pochylił się nad nim.

Orochimaru przyglądał mu się chwilę.

-Twoje oczy… – zaczął, Tonatiuh nie zwrócił nawet uwagi na brak oficjalnego zwrotu.

-Coś z nimi nie tak? – również przestał go używać, chciał by na tą chwilę zapomnieli o oficjalności.

-Są szkarłatne… jak krew.

Nie wiedział co mu odpowiedzieć.

Nie wiedział co się z nim działo.

Domyślił się tego dopiero, kiedy usłyszał w swojej głowie ciche: „zabij”.

Inni bogowie byli aż tak zazdrośni i nienawistni?

Byli w stanie posunąć się aż do tego?

Został otruty, nie miał wątpliwości. W pewnym momencie do jego miodu dodano mu truciznę ze skóry Bufo Marinus. Zwykłych ludzi zabijała od razu, ale Bóg Słońca nie mógł umrzeć w inny sposób niż wypalenie się.

I przed złem, które chciało go opętać chronił go właśnie kamień colorinu wpleciony delikatnie w ostatni element jego ozdób – naszyjnik.

Jeśli go straci, przejmie go chęć mordu, bo sam nie może zginąć.

Powinien się wycofać z tego co chciał zrobić ze swoim Księżycem, jednak coś skłoniło go do pocałowania go, być może po raz ostatni.

I wtedy stracił ostatnią ozdobę i nadzieję.

-Jesteś moim Księżycem… - mówił spokojnie, patrząc w złote oczy Orochimaru – Jednak ja potrzebuję czerwonego Księżyca.

I sięgnął po obsydianowy sztylet, którego ostatnio użył 48 lat temu.

***

Zabij, zabij, zabij…!

Nie mógł uwierzyć, że to zrobił.

Dlaczego?

To niemożliwe.

To tylko sen.

Ale każdą taką myśl rozwiewał widok jego Księżyca z rozdartą klatką piersiową.

To halucynacje.

I każde to twierdzenie niszczyła ciecz na rękach Tonatiuha.

I serce Orochimaru w jego dłoniach.

Zabij, zabij, zabij…

Nie mógł w to uwierzyć.

Ciecz skapywała spokojnie na posadzkę.

Wstał.

Cząstka jego świadomości nadal pozostawała spokojna.

Uniósł wciąż ciepłe ciało swojego kochanka i wyszedł z komnaty.

Może wciąż jest szansa, może odżyje.

Nie myślał nawet o zabraniu ciała do Mictlantecuhtli. Nie wskrzesi go ponownie. Zresztą teraz nie mógł nikomu ufać.

Nienawidził wszystkich. Powinni zginąć.

Tak, zginąć.

Szedł szybkim, ale chwiejnym krokiem. Musiał zstąpić na ziemię.

Mijał niektórych z bogów, którzy byli wyraźnie zainteresowani jego widokiem. Nie interesowali go.

I tak zginą.

Stanął na wciąż zielonej trawie. Nie miał zamiaru pojawiać się na świątyni. Przyświecał mu inny cel.

Wskazał na rośliny otaczające go.

-Dajcie mi złoto.

I posłuchały go. Po dłuższej chwili trzymał kilka brył tego jasnego kamienia.

Wokół niego pojawiały się płomienie.

Rozgrzał kamienie i uformował z nich dwie niewielkie korony.

Dla Słońca i Księżyca.

Założył swoją, ale nie była ona złożona mu w ofierze i pobłogośławiona.
Dlatego noszenie jej sprawiało mu ból.

Stracił kontrolę nad płomieniami.

Sięgały coraz wyżej i dalej.

Szedł, zostawiając za sobą ogniste języki.

Złote jak oczy jego Księżyca i czerwone jak jego własne.

Tak widział to Madara.

Wzbił się w niebo i otoczył ogniem całą ziemię jego wyznawców. To była także ich wina, przez nich był w stanie kogoś pokochać i go stracić.

I to oni odkryli Bufo Marinus.

Niech płoną.

Wskazał na nieboskłon, gdzie wciąż przesiadywali bogowie.

Niech płoną i oni.

Sycił swoją chęć mordu krzykami dochodzącymi z góry jak i z dołu.

Wiedział, że niektórzy przeżyją, bo uchroni ich woda lub skały, jednak większość straci życie.

A bogowie spłoną wszyscy, bo nie mają jak uciec przed tymi płomieniami.

Opadł na ziemię i wciąż ściskał ciało swojego Księżyca. Chciał znów usłyszeć jego głos i poczuć jego dotyk.

Ale wszystko stracił.

Pochylił się nad bladym ciałem.

Zdjął obie korony i między nimi ułożył serce, które jeszcze chwilę temu miało bić tym samym rytmem co jego własne.

I zapłakał.

A później także stanął w płomieniach.

To było Czwarte Słońce.

I był to rok 1492.

***

Kolumb był w drodze, by odkryć nową drogę do Indii. Płynął, nie myśląc nawet, że trafi na coś innego.

Ale jakże się mylił.

W oddali ujrzał dym.

Ciągnął się ku niebu.

Nie ma dymu bez ognia.
A ognia nie ma na wodzie.

Wszyscy wiedzieli, że niedługo trafią na ląd.

Co tam zastaną?

Kilka kultur, którym udało się schronić i które będą żyły jeszcze setki lat.

Nazwą ich Indianami. A później ludźmi czerwonymi, byli tacy przez upał i Czwarte Słońce.

I kiedy staną na lądzie, zacznie się chrystianizacja.

Chociaż i tak starzy bogowie już nie istnieli.

***

[Wiem, że jest to słabe opowiadanie, nie ma nawet ciekawej fabuły, o opisach już nie wspomnę, bo centralnie ich nie ma ;-;

Napisałam to siedząc w autobusie na wyjeździe w Meksyku. Oczywiście trwało go kilka dni, ale jest ;-;

Miałam po prostu przypływ weny ok XD
I chciałam jeszcze przekazać w jakiś sposób trochę rzeczy, których się tu dowiedziałam, bo uważam, że niektóre są naprawdę ciekawe owo

Chciałabym podziękować wszystkim za przeczytanie i dodać, że prawie wszystkie informacje (języki, kamienie szlachetne, imiona bogów, tradycje, symbole, cztery słońca...) są prawdziwe, (btw według twierdzeń majów żyjemy w epoce piątego słońca, wiec uwaga XDXD) jedynie kwestia wyboru księżyca, zasady z nią związane, działanie kamieni (oprócz colorinu), charaktery bogów i ich świat wykreowałam na potrzeby opowiadania.

Jeszcze raz dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam z Meksyku ^^ ~Grelloo]

[Madara x Orochimaru] Riders – rozdział 7

Chwiejnym krokiem wszedł w głąb sali. Naprawdę nie wiedział w jaki sposób przekazać Orochimaru złą wiadomość.

Złą wiadomość?

Okropną wiadomość, której wydźwięku raczej nic nie złagodzi.

Przed Madare wyrwał się Jiraiya. Zajął miejsce przy łóżku wężookiego i zaczął zadawać pytania.

„Jak się czujesz? Coś cię boli? Nic poważnego się nie stało?”

Młody Uchiha sądził, że to on będzie pytał bladoskórego o rzeczy, na które prawdziwej odpowiedzi mogła udzielić tylko osoba zajmująca się Orochimaru.
Jego lekarz, pielęgniarka…

Zdał sobie sprawę, że wężooki nie był ubezpieczony. Będzie musiał zapłacić za pobyt w szpitalu i za wszystkie leki.

Biedactwo.

A przecież powinien się ubezpieczyć. Czy to nie był wymóg do jazdy konnej i do startowania w zawodach?

Nieważne.

Po chwili zrozumiał, o czym myśli. Zachowywał się okropnie. Nikt nie mógł tego zobaczyć, ale… czy on właśnie traktował Orochimaru jak o wiele gorszego od siebie?

Odrzucił taką myśl i podszedł do szpitalnego łóżka. Za nim podeszli Tsunade i Hiruzen.

Usiadł na jednym z krzeseł i czekał, aż ludzie z Konohy zakończą rozmowę z wężookim.

Orochimaru nie był chętny do rozmowy. Na pytanie, które mu zadawano, odpowiadał: „dobrze”, „nie wiem”, „nie pamiętam”, „tak” lub „nie”…

A każdą swoją wypowiedź kończył;

„…ale co z Pythonem?”

Początkowo, słysząc to, Madara miał wyrzuty sumienia. Przecież to przez niego doszło do tego wszystkiego. Mógł nie zostawiać Orochimaru.

Był takim idiotą.

A teraz musiał powiedzieć to wszystko bladoskóremu. Nie mógł się z tego wycofać, to będzie jego kara.

Ale dlaczego przez odpokutowanie błędu Madary Orochimaru ma cierpieć najmocniej?

Próbował o tym nie myśleć. Nie patrzył na wężookiego, chociaż czuł jego wzrok na sobie. Skupiał swoje spojrzenie na bieli pokoju. Na bandażach w szafkach, na ścianach, suficie, kafelkach…

Nie chciał, żeby jeździec poznał prawdę. Wtedy straci nadzieję.

A chyba tylko ona mu została.

Później formułka o stanie Pythona, którą wężooki nałogowo powtarzał, martwiła Madare. A jeśli tak mu już zostanie? Jeśli uderzył się w głowę, chociaż miał kask i nie uda się go wyleczyć?

Ale te obawy szybko minęły. Lekarze już by mu o tym powiedzieli.

Chyba, że oni też ukrywali przed ludźmi nieprzyjemną prawdę.

Znowu skupił się na szczegółach sali, żeby przestać niepotrzebnie panikować.

A Jiraiya, Tsunade i Hiruzen wciąż podtrzymywali rozmowę.

Słyszał jak sprawnie unikali tematu Pythona. Opowiadali o wszystkim, a kiedy Orochimaru pytał o swojego konia zbyt często, kierowali rozmowę na całkiem inny tor.

Irytowało to Madare. Tak bezczelnie mydlili mu oczy. Chowali swoje uczucia za sztucznymi uśmiechami.

Jak oni mogli trzymać wężookiego w takiej niepewności?

Ale mimo wszystko młody Uchiha zazdrościł mu przyjaciół, bo starali się być dla niego dobrymi. Problemów Madary nikt nigdy nie owijał w bawełnę, dlatego naprawdę nie mógł pojąć dlaczego to robią.

Odważył się spojrzeć na bladoskórego.

Wciąż był słaby, ale widać było, że delikatnie się uśmiecha.

I w tym momencie w Madarze coś pękło.

Wstał i wszyscy zwrócili na niego swoje oczy.

Znów wypełniła go mieszanina negatywnych uczuć.

Zazdrość, gniew, nienawiść…

Orochimaru dzielił się swoim uśmiechem tylko z Pythonem i z Madarą. A teraz jeszcze inni mogli go zobaczyć „radosnego”.

Myślał, że jest tylko jego przyjacielem, teraz ludzie ze stadniny próbowali mu odebrać jego cel.

-Wyjdźcie stąd – zwrócił się do nich. Nie podnosił głosu, ale wszyscy dookoła wyczuli jego zdenerwowanie. Posłuchali go.

Kiedy byli w sali sami, tylko Madara z Orochimaru, w końcu spojrzał w jego oczy. Spróbował się uśmiechać.

-Stwierdziłem, że potrzebujesz odpoczynku – miał nadzieję, że brzmiał łagodniej.

-Oh… tak… dziękuję, – nie uśmiechał się już tak pewnie jak wcześniej. Uchiha podszedł do jego łóżka i usiadł na boku. Wciąż utrzymywali kontakt wzrokowy – mógłbyś mi coś powiedzieć?

-A co takiego…? – był już spokojny i cieszył się, że Orochimaru czuje się dobrze. Nie wiedział, co by zrobił, gdyby stracił tak wyjątkowego przyjaciela. Musiał przyznać, że wężooki wprowadził w jego życie sporo przygód i optymizmu… dzięki niemu Madara był bardziej towarzyski i o wiele chętniej wychodził z domu…

-Co z Pythonem?

Mógł się spodziewać tego pytania, właściwie to mógł być go pewnym, ale i tak usłyszenie go, sprawiło, że Madarze zaschło w gardle.

Co mu powiedzieć?

-Ma się dobrze, nie jest głodny i nic mu nie grozi, – zaczął i dopiero kiedy to powiedział, dotarło do niego, jak bardzo nie chce wyjawić Orochimaru prawdy. Ale musi to zrobić. Wziął głęboki wdech i dodał – ale nie tutaj…

Zapanowała cisza, którą po chwili przerwał cichy śmiech bladoskórego.

-To chyba logiczne, że nie tutaj, jesteśmy przecież w szpitalu, ale cieszę się, że…-

-On nie żyje – przerwał mu. Musiał to zrobić, chociaż bardzo nie chciał. Miał niesamowitą ochotę uciec stąd, lecz wiedział, że Orochimaru będzie teraz potrzebował wsparcia.

-Żartujesz… – zaczął po chwili nieprzyjemnej ciszy – Przecież miał tylko coś z nogą! On jest w stajni, prawda? Tylko sprawdzacie, czy mógłbym się na coś takiego nabrać…

Nie odzywał się, lepiej żeby poczekał, aż wężooki trochę się uspokoi.

-…ale ja dobrze wiem, że on tam jest. To mój koń. Byłem przy nim i wiem, że nic złego nie mogło mu się stać…

Słuchał go, ale powoli miał dość…

Był zbyt niecierpliwy.

Nie chciał tego robić, ale nie umiał nad sobą zapanować.

-Przestań! – krzyknął – On nie żyje. I nic nie przywróci mu życia. Musiał zostać uśpiony, rozumiesz? Miał złamaną nogę!  – nie wiedział, czy powinien był mówić mu coś takiego. Może powinien skłamać, że zginął z innego powodu? I tak było już za późno.

Później zapanowała cisza.

Długa, nieprzyjemna cisza.

I Madara zrobił coś, czego później żałował.

Wyszedł.

[Przepraszam, że taki krótki ;-;
Jestem wciąż na wyjeździe i pisałam to w autobusie :T
Ale starałam się ;^;
Dziękuję za przeczytanie ^^




Wyjazd = nieobecność

Jutro wyjeżdżam na dwa tygodnie, nie będę miała dostępu do internetu, więc przez ten czas nic tutaj nie wstawię. Przepraszam ;-;
Jeśli w najbliższym czasie dojdzie do jakiejś katastrofy lotniczej to znaczy, że nie żyje ;-;

Mam nadzieję, że uda mi się coś dodać kiedy wrócę ^^
To chyba tyle~

Miłego dnia… ;//u//;

~Grelloo

[Madara x Orochimaru] Riders – rozdział 6

Oparł się zszokowany o ścianę.

Nie żyje?

Jeszcze jakiś czas temu miał się dobrze, przecież nic nie wskazywało na taki obrót spraw.

Nie… to nie jest możliwe.

Miał przed sobą karierę w świecie jeździectwa. Był przecież stworzony do skoków.

To tylko sen.

Przecież tyle osób go lubiło. Nie mógł po prostu odejść.

Obudź się.

-On o tym wie? –zapytał po chwili słabym głosem.

-Był nieprzytomny kiedy go zabrano do szpitala – odpowiedziała Tsunade, wokół panowała teraz bardzo nieprzyjemna atmosfera.

-Możemy tam pojechać? Po drodze wytłumaczylibyście mi wszystko…

Pracownicy stadniny wymienili się spojrzeniami.

-Lepiej żebyśmy z tym zaczekali… – Jiraiya mówi powoli i wyraźnie. Denerwowało to Madarę. Chciał jak najszybciej zobaczyć swojego przyjaciela. Miał nadzieję, że nic poważnego mu się nie stało.

-Dlaczego? – jeśli oni go nie zabiorą to sam pojedzie. Co jeśli to wszystko było jego winą?

-Kiedy się obudzi, będzie w szoku. Dajmy mu chwilę odpoczynku… – powiedział spokojnie Jiraiya.

-Zresztą pojechanie do niego teraz byłoby nierozsądne – wtrącił się Hiruzen – ktoś z nas mógłby spowodować wypadek…

-Weźmy taksówkę – on musiał go zobaczyć. Przeprosić. Pocieszyć. Uspokoić. Porozmawiać z nim. Musieli wyjaśnić sobie kilka spraw.

-Naprawdę jesteś takim egoistą? – pierwszy raz usłyszał, że Jiraiya podniósł głos – Co ci zmieni to, że zobaczysz go w tak beznadziejnym stanie w jakim jest teraz? Myślisz, że on poczuje się lepiej, kiedy jego przyjaciel, którego bardzo szanuje, zobaczy go po wypadku?

Słuchał go, ale wciąż uważał, że powinien do niego pojechać jak najszybciej. Towarzystwo drugiej osoby powinno go przecież podnieść na duchu.

-…a pierwszą rzeczą o jaką zapyta, kiedy go odwiedzisz będzie stan Pythona, co mu wtedy powiesz? Że ma się świetnie i czeka na niego w stajni? Bo chyba nie będziesz go dobijał w szpitalnym łóżku?

-I tak w końcu się dowie – również podniósł głos – a co jeśli doszło do jakichś obrażeń wewnętrznych i teraz umiera?

Zapanowała dziwna cisza, nikt nie chciał nawet myśleć, że Orochimaru mógłby zginąć.

-Madaro… – zaczęła Tsunade – jesteś dorosłą i rozsądną osobą, wytrzymaj chociaż pół godziny. Wszystko ci wyjaśnimy i pojedziemy do niego, może być?

Wiedział, że jeśli się na to nie zgodzi to i tak nie dostanie się do bladoskórego. Nie wiedział gdzie jest. Oni mu tego nie powiedzą. Nie wiedział czy był teraz zmartwiony, ciekawy, przerażony… ale czuł się źle. To było pewne.

-Zgoda – powiedział tylko, mimo wszystko chciał się dowiedzieć co właściwie się stało…

Ruszył za Jiraiyą i Tsunade do siodlarni, tam mogli porozmawiać na osobności. Ta dwójka, z tego co wiedział, znała Orochimaru od jego czasów gimnazjum, chociaż przyjaciółmi zostali dopiero kiedy spotkali się w tej stadninie. Teraz domyślał się, że doszło między nimi do rozłąki kiedy wężooki poszedł do więzienia. Chociaż Uchiha wciąż nie wiedział jakiego przestępstwa dopuścił się jego przyjaciel.

Będąc w środku, usiedli naprzeciwko siebie. Spojrzał na nich i czekał na wyjaśnienia. Nic jednak się nie działo.

-Więc…? – zaczął lekko podirytowany – Do czego dokładnie doszło?

-Od czego by zacząć…

-Powiedzcie mi wszystko co wiecie. Naprawdę mi na tym zależy.

W stosunkowo krótkim czasie został zasypany wieloma informacjami.

Orochimaru przyjechał do stajni około południa, czyli niedługo po tym jak Madara zostawił go w jego mieszkaniu.  Nie wiedzieli w jaki sposób się tam znalazł. Autobus? Autostop? Przyszedł pieszo? Nie mogli tego stwierdzić.

Podobno szybko osiodłał Pythona i wyjechał z terenu stadniny. Nikomu nie powiedział gdzie jedzie. O tym, że wybrał się w teren w nieodpowiednim czasie, dowiedział się godzinę później Jiraiya od jednego ze stajennych. Madara nie skupiał się na imionach. Nie pamiętał kto to był.

Normalnie nikt nie przejąłby się taką informacją, jednak podłoże było tego dnia śliskie i jazda w terenie była niebezpieczna. Szczególnie, że pierwszy raz od dawna była popołudniowa burza.

Od razu zebrano się do poszukiwań. Orochimaru zostawił w stajni telefon, dlatego nie można było się z nim skontaktować. Wtedy Jiraiya pierwszy raz zadzwonił do Madary.

Niedługo później znaleziono ich w lesie.

-Co się dokładnie stało? – przerwał historię. Czy to przez jego bezmyślność do tego doszło? Gdyby nie zostawił bladoskórego, powstrzymałby to.

-Nie możemy dokładnie stwierdzić. Albo Orochimaru próbował przeskoczyć z Pythonem jakąś przeszkodę i wpadli w poślizg, albo grzmoty i pioruny spłoszyły mu konia… a później był wypadek.

-No dobrze, ale co dokładnie się stało. No wiesz… z nimi – musiał to wiedzieć.

-Orochimaru spadł. Na szczęście wziął ze sobą kask i kamizelkę, więc raczej nic poważnego mu się nie stało. Ale chyba ma chyba pękniętą kość lewej nogi. Ale wyjdzie z tego. Kiedy w końcu go znaleźliśmy, był przytomny, jednak prosił tylko o zajęcie się Pythonem. Widać było, że byli połączeni niesamowitą więzią. Miał go około dwa lata, a mimo to bardzo się do siebie zbliżyli. Nawet czekali razem na pomoc. Obydwoje nie mogli się ruszyć. Orochimaru stracił przytomność dopiero kiedy przyjechała karetka, to pewnie przez leki jakie otrzymał od ratowników medycznych.

-Ale dlaczego Python… no wiesz…

-Miał złamaną nogę – powiedziała Tsunade ze spokojem, ale i wyraźnym smutkiem w głosie.

-To dlaczego nie żyje?! – w końcu powiedział to na głos. Wciąż nie mógł w to uwierzyć i starał się o tym nie myśleć. Ale dlaczego ten koń nie żyje skoro doszło tylko do złamania?

-Musiałam go uśpić. Wiem, że to okropne, ale tak jest w świecie jeździectwa. Leczenie złamania jest bardzo drogie, chociaż nie ma pewności, że koń wyzdrowieje, a nawet jeśli to nigdy nie będzie już mógł brać udziału w zawodach jeździeckich. Orochimaru nie było stać ani na leczenie, ani na późniejsze utrzymywanie Pythona. Nie chciałam, żeby oni cierpieli. Była jeszcze możliwość wysłania go do rzeźni, ale to byłoby zbyt okrutne… rozumiesz?

Zamilkł. Nie wiedział co mógłby powiedzieć. Czy to wszystko było jego winą? Jak teraz spojrzy w oczy przyjaciela? Są jeszcze w ogóle przyjaciółmi?

-Jak mu to przekażecie?

Tsunade i Jiraiya wymienili się spojrzeniami.

-Mieliśmy nadzieję, że ty mu to powiesz… tak dobrze się dogadywaliście.

Powinien im powiedzieć, że to wszystko jest jego winą? Lepiej nie.

Wstał.

-Jedźmy do niego. Chce mieć to już za sobą.

Tym razem pozwolili na to. Wyszli razem.

Odwiózł ich Hiruzen Sarutobi. Był zmartwiony tak samo jak reszta ludzi w tej stadninie. Całą drogę milczeli.

Podjechali pod okoliczny szpital. Właściwie Madara mógł się domyślić tego, że wysłano karetkę z najbliższego ośrodka.

Zapytali gdzie leży wężooki. Prowadzono ich coraz dalej i dalej. Byli w jednym z ostatnich pokoi w budynku. Białe ściany korytarzy i ludzie, którzy wyglądali tak samo wprowadzali Madare w niepokój. Wciąż miał wrażenie, że śni. Dookoła czuł nieprzyjemny zapach chorych ludzi. Nie znosił go. Był taki specyficzny.  Wszystko co go teraz otaczało, przypominało mu dlaczego jako dziecko odmawiał jazdy do szpitali. Rodzice musieli wynajmować mu prywatnego lekarza, bo za nic nie dawał się zaciągnąć do tego szarego i smutnego budynku.

Dowiedział się od pielęgniarki, iż nie doszło do złamania czy pęknięcia kości Orochimaru, jeździec jedynie naciągnął sobie jeden z mięśni i dlatego nie mógł przyjść po urazie do stadniny.

Przynajmniej nie będzie unieruchomiony w gipsie i będzie mógł dalej jeździć kiedy wróci ze szpitala.

Ale na kim będzie jeździł?

Madara poczuł dziwny ucisk na sercu.

Weszli do sali. Białej jak każda poprzednia, rażącej swoją sterylnością sali w szpitalu.

Spojrzał na niego.

Ich oczy się spotkały.

Był cały w bandażach, pewnie  ma jakieś zadrapania po upadku.

-Pythonowi nic nie jest? –to były pierwsze słowa jakie dotarły do uszu Madary. Nie mógł odpowiedzieć. Serce mu się krajało.  Nie sądził, że to będzie takie trudne. Ma tylko powiedzieć jedno zdanie. „On nie żyje, przykro mi.” Ale nie mógł.

 

Dlaczego?

 

 

 

[Złapałam artblocka, co pewnie widać po tym rozdziale ;-;
I pewnie mam pełno błędów za co bardzo przepraszam.
Jest to prawdopodobnie mój ostatni wpis na najbliższe kilka tygodni, bo wyjeżdżam za granicę ;-;
Jeśli usłyszycie w radiu/telewizji o jakimś wypadku samolotowym to znaczy, że prawdopodobnie nie żyje ;-;
Dziękuję za przeczytanie i (o ile wrócę cała do Polski) do następnego rozdziału ^^
~Grelloo]

[Sasuke x Orochimaru] Special Servant – rozdział 5

Wstał i podszedł w stronę Orochimaru.

Jak on w ogóle śmiał tak na niego spojrzeć? Przecież był jego panem.

I te słowa… nie miał prawa go za nic obwiniać. Przecież… gdyby coś mu zrobił, nie zapomniałby o tym!

Przyciągnął bladoskórego do siebie i spojrzał mu głęboko w oczy.  Puste oczy.

Był gotów go uderzyć za taką zniewagę. Wziął zamach.

 

Obudził się.

To było dziwne uczucie. Jakby rzeczywistość nagle została przerwana.

Orochimaru nie było już w namiocie, Sasuke przebrał się i wyszedł.

Tym razem wstał normalnie, nie później jak w swoim śnie.

Wężooki siedział oparty o jedną z bram otaczających ich obóz. Widząc posiadacza sharingana wstał i podbiegł do niego.

Uchiha zauważył na jego dłoni bandaż, więc tylko część poprzedniej rzeczywistości była snem? Właściwie… zanim zasnął po raz drugi to skrzywdził bladoskórego, więc wszystko stawało się logiczne.

-Witaj… – przywitał go w nowym dniu Orochimaru – przygotować ci śniadanie?

Spojrzał na niego dziwnie.

-Nie, dziękuję, sam umiem przygotować sobie posiłek… i przypominam, żebyś zachowywał się jak człowiek, nie sługa dopóki ci czegoś nie rozkażę.

-No dobrze… w takim razie ja też mogę coś zjeść?

-Nie chcę żebyś mnie opóźniał w drodze, więc… raczej tak, zapasów mi nie brakuje – westchnął, chciał być dla niego teraz dobry,  żeby jego poczucie wyższości nie sprawiło, że Orochimaru zostanie jego nowym wrogiem i nie zbuntuje się przeciwko niemu – z twoją dłonią wszystko dobrze?

Wężooki przez chwilę nic nie mówił jakby nie do końca wiedział o co chodzi, po chwili spojrzał na bandaż i z uśmiechem zwrócił się w stronę Sasuke;

-Nic mi nie jest, widzisz? – ściągnął opatrunek, po ranie nie było śladu – Moje ciało dość szybko się regeneruje…

Ulżyło mu.

-W takim razie zjedzmy coś i ruszajmy w drogę. Mamy trochę pracy.

Podeszli do wygasłego ogniska. Wyjęli trochę jedzenia i usiedli.

-Dzisiaj rano wypuściłem kilka moich węży, żeby odnalazły jakieś kryjówki i ewentualnie je zniszczyły. Mam nadzieję, że mogłem to zrobić – powiedział wężooki , sięgając po niewielki bochenek chleba.

-Nie było tam nic ważnego?

-Nic przydatnego – odrzekł ze stoickim spokojem – cofnąć  już bramy?

Skinął głową. Reszta posiłku minęła mu w milczeniu.

Zebrali się w dalszą drogę raczej szybko. Rutyna Sasuke znowu dała się we znaki. Odesłanie ekwipunku, przebranie się, wyznaczenie drogi… przynajmniej nie był teraz sam.

-Jaka odległość dzieli nas teraz od najbliższej kryjówki? – zapytał Orochimaru, w końcu on powinien wiedzieć takie rzeczy.

-Około dziesięć kilometrów. Powinniśmy iść dobre kilka godzin, bo dzisiaj jest wyjątkowo gorąco i bieg mógłby być niebezpieczny.

Szli powoli, w milczeniu. Minęła pierwsza godzina.  Druga. Robili sobie przerwę.

-Masz trochę wody – zwrócił się do bladoskórego Uchiha – jeszcze się odwodnisz…

-I tak nie umrę. – odrzekł spokojnie – Zatrzymaj ją, bardziej jest ci potrzebna.

Ruszyli dalej. Dzień faktycznie był bardzo upalny.

Po kolejnej godzinie  Orochimaru nagle się zatrzymał. Sasuke spojrzał na niego z zaciekawieniem.

-Kryjówka?

-Można tak powiedzieć,  – mruknął wężooki rozglądając się dookoła – proszę, odsuń się trochę, muszę ją otworzyć.

Wykonał polecenie z niezadowoleniem. W końcu to on był od wydawania rozkazów.

Bóg Śmierci wykonał jakąś skomplikowaną technikę i wokół niego zapadła się ziemia. Unosił się lekko w powietrzu. Odpadł dopiero gdy pojawiły się pod nim wąskie schody.

Wtedy posiadacz sharingana podszedł do niego. Powinien być zadowolony z odnalezienia kolejnej kryjówki, ale coś go denerwowało.

-Miałeś być jak człowiek, pozwalałem ci lewitować? Chyba nie – uderzył go w twarz.

Starł krew z wargi i powiedział;

-Jako główne zadanie dałeś mi pomoc w odnajdywaniu kryjówek i spełnianie twoich rozkazów. Umiejętność lewitacji była wymagana do otwarcia tego miejsca.

Zignorował jego wytłumaczenie i ruszył do środka. Czuł, że jego zachowanie jest raczej dziwne, ale wciąż nie wiedział jak powinien zachowywać się kiedy ktoś taki mu podlega.

Shinigami kroczył obok niego, aby ochronić go przed jakąś z pułapek. Przejście jednak znowu było puste.

Kolejna ukrywa świątynia? Wszystko na to wskazywało.

Kiedy szli, labirynt rozstępował się przed nimi. W końcu byli przy mosiężnych drzwiach. Orochimaru przystanął.

Uchiha spojrzał na niego pytająco.

-Dalej nie mogę wejść, bo jestem przyzwany, niewidzialna bariera mi na to nie pozwala.  Przepraszam. Mógłbyś sam zniszczyć to miejsce?

Nie odpowiedział tylko ruszył w głąb świątyni. Sam.

Przestrzeń była identyczna jak ta, w której przyzwał Orochimaru. Obszedł ją dookoła i umieścił w jej rogach i na środku specjalne bomby. Otrzymał sposób ich stworzenia od Iwagakure, miejsca gdzie żył kiedyś niejaki Deidara. Wybuchały, kiedy Uchiha tego chciał.

Wyszedł i ruszył w powrotną drogę, już z Orochimaru. Zauważył, że wężooki nie drgnął nawet kilka centymetrów czekając na swojego „pana”.

-Dużo jest takich świątyń? – zapytał się, gdy byli już przy wyjściu.

-Dwadzieścia sześć.

Więcej nie mówili nic. Posiadacz sharingana rzucił jeszcze kilka bomb w kąty labiryntu i wyszli na powierzchnie.

Huk.

Tak jak zaplanował. Dobrze, ze dopiero teraz doszło do wybuchy, widać było, że przejście zamyka się. Gdyby zechciał zniszczenia świątyni wcześniej to byłoby ryzyka, że nie wyszliby stamtąd.

Westchnął i spojrzał na Orochimaru.

-Nic ci się nie stało? Zniszczyłem jedną ze świątyń. Nie ma to na ciebie wpływu?

-Zostałem przyzwany z innej, więc możesz spokojnie niszczyć wszystkie te miejsca – odpowiedział szybko.

-Idziemy dalej?

Bladoskóry skinął głową.

 

Południe minęło już jakiś czas temu. Wężooki od wyjścia ze świątyni był bardziej rozmowny i to on głównie podtrzymywał dyskusje. W końcu zapytał;

-Sasuke, ustatkowałeś się?

Nie wiedział czy powinien mu wszystko opowiedzieć, ale jeśli już zadał to pytanie… po co miałby to ukrywać?

-Tak – zaczął  - mam żonę i córkę, ale nie jestem zadowolony z tego obrotu spraw… Jestem z Sakurą, chociaż uważam, że byłaby szczęśliwsza z Naruto… ale on znalazł sobie jakąś dziewczynę z klanu Hyuga. Zresztą, to nie moja sprawa. Związałem się z kimś dla odbudowania klanu, ale z jedną córką raczej ciemno widzę to wszystko… – ciągnął swój monolog dalej, słońce zmierzało w kierunku horyzontu – …właściwie teraz nie widzę sensu w kontynuowaniu tradycji klanu. Nastał pokój, więc nawet sharingan do niczego się nie przydaje… ale gdybym miał syna to przynajmniej nie martwiłbym się, że nazwisko Uchiha zniknie niedługo z tego świata…

Orochimaru cały czas przytakiwał.

-Właściwie… – Sasuke zamilkł na chwilę, zapanowała niezręczna cisza – możesz zrobić wszystko, tak?

Znowu skinął głową.

-I masz wpływ na wszystko jeśli  o to poproszę?

Przytaknął.

-Stwórz mi syna – rozkazał krótko.

[Przepraszam ;___;
Musiałam to zrobić ;-;
Nie hejtujcie błagam ;-;
Wiem, że mam zryty umysł ;___; ~Grelloo]

[Orochimaru] Kimono – rozdział 18

Oczy jej się kleiły, dzisiejszy dzień był raczej luźny, ale zmęczyła się całą tą sytuacją z Orochimaru. Nie była już tak nieufna wobec chłopca, więc zaśnięcie nie wydawało się jej złe.

Zamknęła oczy.

-Przepraszam za dzisiaj – usłyszała niewyraźnie w oddali głos wężookiego. Nie była pewna, czy śni – nie zachowywałem się jak powinienem. To okropne z mojej strony, że okazywałem emocje, wiem, ale naprawdę trudno mi się ich wyzbyć. Pewnie przeze mnie nie mogłaś zrobić kilku rzeczy, na których ci zależało. Rozumiem, że wiele osób z wioski chce mnie zabić. Ja sam chciałbym już nie żyć. Nawet nie wiesz jak poniżające jest to, co musze robić. Mimo wszystko chcę być na tym świecie, dopóki  ktoś nie wykona na mnie wyroku. Chciałbym jakoś odpokutować całe zło jakie kiedyś wyrządziłem. Ale śmierć teraz to moje marzenie. Gdybym miał jedno życzenie, poprosiłbym o wieczny sen. Nie mam żadnego zadania do spełnienia. Moja obecność wydaje się być bez sensu, ale inni wciąż każą mi żyć. Nienawidzę tego. Nienawidzę siebie…. Przepraszam.

 

Obudziła się rano. Orochimaru nie było już w jej pokoju. Przebrała się i wybiegła.

Chłopak był w kuchni i robił śniadanie.

-Mogłeś mnie obudzić – powiedziała mu wchodząc do środka.

-Oh… przepraszam, nie wiedziałem, czy mogę – odwrócił się szybko w jej stronę.

-Nic nie szkodzi – podeszła do lodówki, żeby przygotować sobie cos do jedzenia.

-Umm… przepraszam…? – usłyszała za sobą – b-bo ja przygotowałem to jedzenie dla ciebie i…

Odwróciła się w jego stronę i zobaczyła, że chłopak trzyma dla niej dużą tacę z jedzeniem.

-A ty coś jadłeś?

-N-nie jestem głodny, zresztą nie mam nic do jedzenia – powiedział szybko, prawie bez namysłu.

-Tak być nie może! Śniadanie to najważniejszy posiłek! – zaśmiała się – Przecież możesz skorzystać z moim zapasów i tak rzadko coś gotuję.

-Ale to nie jest problem?

-Skądże – uśmiechnęła się serdecznie, chciała, żeby czuł się trochę pewniej.

-I mogę to zjeść? – upewniał się dalej chłopak.

-Oczywiście, – poklepała go po głowie – a jak zjemy to pójdziemy razem do pani Tsunade, okej?

Skinął głową. Anko miała wrażenie, że zaczyna lubić tego dzieciaka.

Czekał z posiłkiem na nią, dopiero gdy usiadła ze swoją porcją i zaczęła jeść, dołączył do niej.

Jedli spokojnie, bez pośpiechu, chociaż Mitarashi co jakiś czas spoglądała na zegarek, żeby byli u Tsunade w południe, martwiła się, że jeżeli teraz się spóźnią to Hokage zacznie podejrzewać, że fioletowowłosa  zrobiła coś, czego nie powinna.

Wężooki jadł szybko i łapczywie, jakby to miał być jego ostatni posiłek, ale mimo to duża część przygotowanego jedzenia została na talerzu. Chłopak podziękował za posiłek.

-Nie zjesz reszty? – zapytała go wciąż jedząc swoje śniadanie.

-P-przepraszam, więcej nie dam r-rady – wyjąkał spanikowany – chyba, że mam zjeść wszystko to…

-Nie, nie – przerwała mu szybko – tylko chciałam wiedzieć… jeśli już nie masz ochoty to nic się nie dzieje.

-Dziękuję – uśmiechnął się niepewnie – to nie tak, ja po prostu mam – ściszył trochę głos – mam podkurczony żołądek, zwykle nie jem…

-Oh… – posmutniała trochę, nie znała całej historii wężookiego, ale nie wydawała się ona zbyt barwna, współczuła mu – jeśli tylko będziesz głodny to możesz przyjść do mnie, nie mam zbyt dużo w u siebie, ale powinno nasycić nas oboje.

-Nie trzeba, raczej nie będę mógł – uśmiechnął się do niej, jednak kobieta widziała w tym uśmiechu nutę przerażenia – ale mimo wszystko dziękuję za propozycję.

Skończyła jeść i wspólnie ruszyli w stronę centrum wioski.

Chciała przejść do celu jakimiś bocznymi uliczkami, żeby  uniknąć sytuacji z poprzedniego dnia. Szczególnie, że o tej godzinie prawdopodobnie w centrum i na głównych ulicach było  pełno ludzi.

Obrała więc za cel dotarcie do Tsunade okrężną drogą, będzie trwało to dłużej, ale mieli wystarczająco dużo czasu, szczególnie, że chciała jeszcze chwilę porozmawiać z wężookim.

Wyjaśniła mu szybko, że pójdą inną trasą i ruszyła przed siebie.

Orochimaru szybko do niej dołączył, widziała, że po zjedzeniu czegoś miał wyraźnie więcej siły, mimo wszystko wciąż utykał po ciosach, które sama mu zadała.

Przypomniała sobie poprzedni wieczór, kiedy to wężooki został przez nią popchnięty, zobaczyła wtedy krew na jego plecach, chociaż nigdy go tam nie zraniła, nie zapytała się go jeszcze co to było, a bardzo jej na tej informacji zależało.

-Orochimaru? – zaczęła rozmowę, nie była pewna czy nie będzie to dla niego drażliwy temat…

-Tak?

Myślała jeszcze przez chwilę, czy na pewno powinna poruszać ten temat…

-Już nic – odpowiedziała po dłuższej chwili. Tsunade powinna jej to wyjaśnić.

-A właśnie… – odezwał się chłopak niepewnie – mówiłem coś w nocy?

Mitarashi zrozumiała co ma na myśli, więc to nie był sen.

-Wybacz, nie wiem – skłamała – zasnęłam zaraz po położeniu się – wolała oszczędzić chłopakowi stresu, nie wiedziała jak mógłby zareagować gdyby dowiedział się, że ktoś usłyszał ten monolog – a o co chodzi?

-O nic – uśmiechnął się – po prostu martwiłem się, że może przeszkodziłem ci w śnie…

Dotarli na miejsce, droga nie zajęła tak dużo jak przypuszczała kunoiichi. W centrum wyjątkowo było mniej osób niż zwykle.  Musieli jeszcze tylko przejść przez główny plac, żeby znaleźć się w budynku.

Po chwili zrozumiała dlaczego teraz nie było tutaj ludzi. Zaczęło padać. Większość osób odeszła jeszcze przed pierwszymi kroplami, ale kiedy rozpadało się, cały plac opustoszał. Anko jednak nie miała zamiaru czekać, aż deszcz minie.

-Dasz radę biec? – zapytała Orochimaru.

-Raczej nie, ale jeśli trzeba to mogę po prostu przejść po placu, tylko trochę zmoknę…

-Nie ma mowy – zaśmiała się, był taki uległy i poważny nawet w tak błahej sprawie – jeszcze się rozchorujesz i wina spadnie na mnie.

-N-no dobrze, to mam pobiec?

-Nie, wezmę cię na plecy i pobiegnę – zażartowała.

Nie odezwał się…

-W sumie to nie taki zły pomysł – uśmiechnęła się do niego – nikt nie widzi, zrobimy tak?

Milczał…

-Jeśli ty chcesz t-to dobrze – odezwał się po dłuższej chwili.

-To wskakuj – nachyliła się przed nim, czuła się z tym dziwnie, ale sytuacja nieco ją bawiła.

Chłopak niepewnie oplótł ją ramionami. Anko czuła jak mocno zaciska swoje dłonie na jej ubraniu.  Ruszyła szybko, żeby faktycznie nikt nie zobaczył tego, co robi.

Stali pod dachem głównego budynku. Trochę zmokli, ale nie musieli się martwić o swoje zdrowie.

Weszli na schody, mieli nadzieję, że nikt nie zwróci uwagi na ich wilgotne ubrania.

Mitarashi stanęła przed drzwiami do biura Hokage, zapukała. Spojrzała na Orochimaru.

-Wszystko okej? – skinął głową, martwiła się o niego, nie była pewna co będzie musiał robić kiedy go „odstawi” do Tsunade.

Weszli do środka, Senju zmierzyła ją wzrokiem.

-Nic złego mu nie zrobiłaś? – zapytała wprost.

-Kilka zadrapań, nic poważnego  -  uśmiechnęła się – nawet go nakarmiłam.

-Orochimaru, to prawda? – kobieta zwróciła się w stronę chłopca, ten szybko stanął na baczność i potwierdził słowa Mitarashi.

Następnie Hokage poprosiła go, aby przeszedł do gabinetu obok biura i poczekał tam na nią. Kobiety zostały same.

-Było aż tak źle? – spojrzała na Anko.

-Nie, skądże – zaśmiała się, nawet zdążyłam się do niego przekonać w tak krótkim czasie, a to niemały wyczyn.

I…? – Tsunade uniosła jedną brew.

-Muszę przyznać, że dużo przeszedł, ludzie tutaj strasznie źle go traktują, ma nieźle namieszane w głowie, w nocy przepraszał mnie, że okazuje emocje – powiedziała spokojnie.

-Naprawdę?

-Yhm, mówił też, że chciałby umrzeć, ale nie może… w ogóle nie przypomina dawnego Orochimaru, współczuję mu.

Zapadła niezręczna cisza…

-A właśnie – przypomniała sobie, że chciała zapytać się Tsunade o kilka rzeczy odnośnie wężookiego -  wczoraj jak upadł to zauważyłam, że obszar na jego plecach krwawi, wiesz co było tego powodem?

Hokage opowiedziała jej o znamieniu wężookiego, o tym że nie można go usunąć oraz o tym, że Orochimaru ma jeszcze jedną pieczęć – pod językiem, przez którą nie może używać żadnej techniki.

Mitarashi coraz bardziej współczuła chłopcu.

-No cóż… – powiedziała przygnębionym głosem – więc pilnuj go, okej?

-Naprawdę mu współczujesz? – Tsunade nie ukrywała zdziwienia .

-Oczywiście, jeśli ktoś, tak jak on, marzy o śmierci, to musi być naprawdę nieszczęśliwy… – spojrzała na zegarek – miała już plany na ten dzień i powinna iść – przepraszam, ale muszę już uciekać, mam plany – zaśmiała się.

-No cóż… miłego dnia.

-I opiekujcie się nim – zawołała wybiegając z pomieszczenia…

Tsunade usłyszała huk w gabinecie obok.

 

 

 

[Madara x Orochimaru] Riders – rozdział 5

Podjechał spokojnie pod swój dom. Pain już na niego czekał.

-Mogłem jechać z wami, nie musiałbyś się cofać – powiedział znudzony.

-Sadząc po tym co widziałem, wolałbym, żebyś nie wiedział, gdzie on mieszka – odrzekł stanowczo Madara – jedziemy?

Rudowłosy skinął głową.  Ciekawe, czy wiedział, że Uchiha ma w tej przejażdżce swój interes.

Wyjechali z podjazdu. Motor Madary był lepszy, a co za tym szło – szybszy, dlatego mężczyzna starał się jechać wolniej niż zwykle, aby jego towarzysz mógł dotrzymać mu tempa.

Początkowo droga była spokojna, ale zmierzali oni do jednej z dzielnic Hinokuni, która przez zwykłych cywili była uznawana za niebezpieczną, dlatego mało kto tam mieszkał. Było to miejsce idealne do wyścigów motocyklowych.

Można było wręcz powiedzieć, że jest tam kilka tras do wyboru.

Najbezpieczniejsza, ciągnęła się przez główną drogę w tej dzielnicy. Nie było w niej wiele zakrętów a ryzyko, że podczas jazdy potrąci się kogoś było niewielkie.

Kolejna trasa była bardziej złożona, ale wciąż nie trzeba było się martwić o bezpieczeństwo przechodniów. Jeździło się węższymi uliczkami, ale przy miejscach takich jak ruiny jakichś budynków.

Ostatnia była bardzo niebezpieczna. Nie chodziło tutaj o zakręty, chociaż ich także było całkiem sporo, głównym niebezpieczeństwem byli ludzie pod wpływem jakichś używek. Alkoholu, narkotyków… Na tej trasie mijało się mnóstwo barów i burdeli. Madara nie przepadał za tą drogą do wyścigów. Nie mógłby znieść myśli, że przez jego działania ktoś zginął.

Na szczęście Pain rzadko proponował trzecią opcję. Zwykle wspólnie decydowali się na drugą, Uchiha uwielbiał prędkość połączoną z zakrętami. Prosta droga nie dawała mu satysfakcji z jazdy.

-Ta co zwykle? – zapytał rudego towarzysza.

-Tak sobie ostatnio o tym myślałem… – zaczął mężczyzna – chciałbym przejechać tą najniebezpieczniejszą. Dawno tego nie robiłem.

-Wolałbym nie…

-Czemu? – tym razem Pain upierał się przy tej opcji, zwykle odpuszczał.

-Nie chcę kogoś potrącić.

-Dodajmy trochę dramatyzmu i adrenaliny, co? – westchnął rudowłosy mężczyzna – Albo załóżmy się o coś!

Uchiha poczuł, że ma teraz okazję, która może się więcej nie powtórzyć. Pain nie był zbyt rozmowny i chętny na zdradzanie jakichkolwiek informacji, dlatego prawdopodobnie wygranie tego wyścigu pomogłoby Madarze w zdobyciu informacji o Orochimaru.

-Więc jeśli wygram to zrobisz co będę chciał?

-I odwrotnie – powiedział Pain, mimo że zwykli ludzie uważali ich za margines społeczny, co oczywiście nie było prawdą, oni jedynie jeździli na motorach, chociaż rudowłosy nie był jednocześnie wzorowym obywatelem, nie używali oni zbyt często slangu podczas swoich rozmów, uważali to za głupie, przecież byli już dorośli.

-No dobra, wyjątkowo się na to zgodzę – uśmiechnął się tajemniczo w stronę Paina. Nie mógł tego przegrać.

Podjechali pod miejsce gdzie zawsze zaczynali wyścig. Pod stary budynek, który kiedyś, według miejskich legend, był szpitalem psychiatrycznym. Teraz nie można było tego sprawdzić, wszystkie wejścia zostały zamurowane.

Nie musieli tłumaczyć sobie przejazdu, obydwaj znali drogę.

Przy miejscu startu były jedyne działające w tej dzielnicy światła drogowe. Dzięki temu mogli wystartować w identycznym czasie.

Ruszyli.

Oczywiście Madara w dość krótkim czasie  wyszedł na prowadzenie.

Kiedy wjechał w jedną z wąskich uliczek, rozglądał się dookoła, alby w razie czego ominąć człowieka, który mógłby nagle wybiec na ulicę.

Dookoła widział tylko śmieci i skąpo ubrane kobiety, reszta ludzi gdzieś zniknęła. Być może w jakimś barze była dostawa piwa i wszyscy się tam udali… nie zastanawiał się nad tym długo.

Przyspieszył.

Usłyszał huk.

Burza.

Nagłe opady deszczu były tutaj rzadkie. Madara zahamował lekko, nie musiał się martwić, bo asfalt podczas deszczu raczej nie był śliski, ale przez krople deszczu miał ograniczoną widoczność.

Do końca wyścigu nie minął go Pain, ale na końcu trasy zauważył go czekającego pod jednym z dachów.

Musiał pojechać skrótem.

Podjechał do niego.

-Oszukiwałeś – zaczął – wiesz, że trzecia trasa ma tylko jeden tor, bez rozwidleń.

-Zaczęło  padać – wzruszył ramionami – chciałem schronić się przed deszczem jak najszybciej.

-I co teraz? No wiesz, z zakładem.

-Teoretycznie to ty wygrałeś, ale w sumie ja byłem tutaj pierwszy. Jedno zadanie od ciebie  i jedno ode mnie?

-No okej – westchnął.

-Daj mi kasę na papierosy – rozkazał Pain, wyciągając rękę z kieszeni.

-Powinieneś skończyć z tym nałogiem, tylko sobie szkodzisz – odpowiedział mu niezadowolony Madara wyjmując z kieszeni kilka monet.

-Nie, dziękuję, lubię to – uśmiechnął się i schował wygraną do kieszeni – to teraz ty.

-Powiedz mi wszystko co wiesz o Orochimaru.

Rudowłosy westchnął i oparł się o ścianę.

-Co mam powiedzieć… siedział ze mną w więzieniu, miał wtedy chyba 16 lat, nie mam pojęcia dlaczego nie umieścili go w poprawczaku, wyszedł dwa lata później, więc pewnie siedział za jakąś kradzież, czy coś w tym stylu – podrapał się po głowie – serio chcesz wiedzieć wszystko?

Skinął głową.

-No dobra… był dzieciakiem, nie? Bronić się zbytnio nie umiał, więc większość niewyżytych facetów tam bardzo chętnie się nim zajmowała. Aż dziwne, że nawiązałeś z nim jakiś kontakt, wiesz, pewnie boi się facetów, rozumiesz, gwałt i te sprawy – splunął na ziemię – trochę mu współczuję, ale muszę przyznać, że był niezły… Sam powinieneś zrobić z nim to chociaż raz, nie powinien mieć nic przeciwko jeśli mu zostawisz kilka siniaków, albo coś w tym stylu… – zamilkł na chwilę – a jeśli chodzi o tatuaże, to miał je już kiedy trafił do pudła, sam nie wiem o co z nimi chodzi… coś jeszcze? – odsunął się od ściany.

-Wystarczy – powiedział zmieszany – nie spodziewał się, że wężooki przeżył coś tak okropnego, a jeszcze bardziej nie spodziewał się, że w tych wydarzeniach uczestniczył Pain.

-To w takim razie będę się zbierał. Nie pada już tak mocno, więc spokojnie podjadę sobie do sklepu po nowe fajki – uśmiechnął się szyderczo.  Nie przejmował się wcale tym do czego się przyznał Madarze.

-No okej – rzucił szybko – to do następnego.

Pain odjechał, a młody Uchiha sięgnął po telefon, żeby sprawdzić godzinę.

Dwanaście połączeń nieodebranych…

Wszystkie od Orochimaru.

Bez namysłu oddzwonił.

Odebrał Jiraiya.

-Przepraszam, wyciszyłem telefon – zaczął niepewnie Madara – o co chodzi?

-Przyjedź pod stadninę – usłyszał – to pilne – rozłączył się.

Nie wiedział do końca o co chodziło rymarzowi, ale wsiadł na swój motor i szybko skierował się na drogę prowadzącą do Konohy.

Mimo wszystko miał wrażenie, że dawno tak szybko nie jechał. Dobrze, że nie został zatrzymany, ani nie spowodował wypadku.

Podjechał tuż pod wejście do stajni, zignorował przestraszone konie.

Wbiegł do środka.

Zastał Jiraiye, Tsunade, która była weterynarzem oraz kilka innych ludzi.

-Coś się stało…?

Wszyscy milczeli. W końcu odezwał się Jiraiya, wyglądał na przygnębionego.

-On miał wypadek. Dość poważny wypadek – później Madara nie słyszał zbyt wiele, zakręciło mu się w głowie, do jego uszu dotarły tylko ostanie słowa – ……… nie żyje.

[Sasuke x Orochimaru] Special Servant – rozdział 4

Było już zupełnie ciemno. Słyszeli huczący wiatr za bramami, które osłaniały ich obóz.

Ognisko już przygasało, a Sasuke czuł, że powinni iść spać. Nie korzystał z zegarów, ale przez wiele lat podróży wyrobił w sobie  własne odliczanie czasu. Miał już w nawyku godziny, o których kładł się i wstawał, aby mógł przejść do następnego  miejsca dobrego na rozbicie obozu i ewentualne zniszczenie jakiejś napotkanej kryjówki przed zapadnięciem zmroku.

Wstał.

-Powinniśmy się już pójść spać – powiedział, kierując się w stronę namiotu.

Wężooki poszedł w jego ślady. Nie zgasił zupełnie ogniska, bo po co to robić, jeśli samo za chwilę przestanie płonąć?

Sasuke nie mył się tego dnia, rzadko kiedy dbał o swoją higienę na takich obszarach jak pustkowia. Następnym miejscem postoju powinna być niewielka wioska, tam wynajmie jakieś mieszkanie i w końcu weźmie prysznic.

Wszedł do środka i położył się na swoim futonie. Nie miał on zapasowego, dlatego Orochimaru musiał spać na ziemi.

Gdy tylko zamknął oczy, zasnął, to był dla niego dość męczący dzień.

Zwykle nic mu się nie śniło, ale tym razem miał koszmar.

Szedł powoli po wąskiej drodze…

Otaczała go ciemność, nad jego głową nie było gwiazd, księżyca, widział tylko czerń.  

Stąpał po krawędzi ostrożnie, czując, że dookoła niego nie ma nic innego.

 Nagle usłyszał krzyk.

Nie wiedział do kogo on należał.

 Nie mógł się odwrócić, ani zatrzymać.

Chód przeszedł w bieg.

Czuł na twarzy nieprzyjemny chłód.

Biegł…

Biegł…

Krzyk stawał się cichszy.

Jakby jego autor znikał, ginął.

Zobaczył światło.

Usłyszał śmiech.

Znał go.

Przed nim stanęła znana mu postać.

Cała we krwi.

Ciemne włosy… mord w oczach…

Śmiał się coraz ciszej.

W końcu zamilkł.

Wyszeptał;

„Dziękuję za to co zrobiłeś.”

Uchiha obudził się szybko zlany potem. Sen może nie wydawał się przerażający dla osób trzecich, ale dla uczestnika, był on momentem grozy.

Rozejrzał się szybko. Wpatrywała się w niego para bursztynowych oczu.

Wiele lat spędził samotnie, dlatego teraz, kiedy w półśnie zobaczył kogoś w swoim namiocie, odezwał się w nim instynkt samozachowawczy.

Sięgnął po kunaia, którego zawsze kładł przy głowie, kiedy szedł spać i wycelował w Orochimaru. Broń trafiła w dłoń wężookiego, przykuwając go do podłoża. Młody Uchiha wyszedł z transu dopiero, kiedy bladoskóry się odezwał.

-Mogę go wyjąć, czy mam z tym czekać do rana? – zapytał z wyraźną nutą bólu w głosie.

Sasuke zerwał się ze swojego posłania  i chwycił bandaż.

-Przepraszam, to był odruch – powiedział szybko, było mu głupio, wyjął z „towarzysza” broń i opatrzył go – nie spałeś? – zmienił szybko temat.

-Nie robiłem tego tyle czasu, że chyba cierpię na bezsenność – zaśmiał się, spojrzał na opatrunek – i dziękuję, ale nie musiałeś marnować na mnie bandaży.

Młody Uchiha westchnął. Wolał, żeby Shinigami nie był czujny i w pełni świadomy przez cały czas, mimo wszystko wciąż trochę się go obawiał.

-Rozkazałem ci wcześniej być jak człowiek, brak snu może więc wpłynąć na twoją produktywność, prawda? – musiał wymyślić jakiś powód, żeby Orochimaru zasypiał – I nie ma za co.

-Oh, no tak, jeśli to rozkaz to powinienem to zrobić… – zaczął – w takim razie… dobranoc?

-Dasz radę zasnąć na ziemi?

-Dla Boga Śmierci nie ma rzeczy niemożliwych – uśmiechnął się i odwrócił na drugi bok.

Jakoś udało mu się ponownie zasnąć.  Tym razem spał spokojnie.

Obudził się i wyszedł z namiotu. Spojrzał na słońce, było wyżej niż zwykle, więc obudził się później niż zwykle.

Przetarł zaspane oczy  i wrócił do środka.

Wężooki ciągle spał i nie wydawało się, że bez czyjejś pomocy mógłby się obudzić.

-Wstawaj – powiedział stanowczo i potrząsnął nim kilkakrotnie.

Otworzył oczy.

Reszta dnia minęła im spokojnie. Zwinęli obóz i ruszyli w drogę. Dzień był upalny, ale nie zwracali na to uwagi. Znajdywanie  i niszczenie kryjówek szło im bardzo szybko. Do południa wężooki odnalazł aż dwie, których Sasuke sam nie mógłby odkryć, gdyż działały na zasadzie innej niż każda poprzednia. W obydwóch kluczem było ułożenie kamieni w jakiś wzór, widocznie były one dziełem jakiegoś zbiegłego ninja z Iwagakure. Na obiad zjedli trochę suchego chleba, więcej nie potrzebowali i ruszyli dalej. Przez wiele znalezionych tajnych obszarów eksperymentów zboczyli oni lekko z drogi i nie było szansy na dotarcie do  zaplanowanego przez posiadacza sharingana miejsca postoju. Musieli więc kolejny obóz rozbić na pustkowiu.

Całość znowu wyglądała tak samo. Dookoła cztery bramy, ognisko, namiot…

Usiedli razem przy ogniu. Przez cały dzień podróży zdążyli ze sobą trochę porozmawiać. Były to tematy bardzo podobne do tych z poprzedniego wieczoru, więc wciąż nie wiedzieli na swój temat zbyt wiele.

Sasuke czuł się swobodnie w towarzystwie Orochimaru.

Wciąż ciekawiło go to, w jaki sposób wężooki został Bogiem Śmierci.

Rozmawiali długo.

Młody Uchiha czuł, że powinien zaraz iść spać, ale ogień nie miał zamiaru gasnąć.

Nie wytrzymał.

-Orochimaru… – zaczął – opowiedz mi co się z tobą stało po przerwaniu Nieskończonego Tsukuyomi. Kiedy zmarłeś… jak zostałeś Shinigami… opowiedz mi o tym.

Bladoskóry zaśmiał się, ale szybko ucichł i spojrzał na posiadacza sharingana.

-Nie pamiętasz? – zaczął.

-Czego?

-To przez ciebie zginąłem – spojrzał na Sasuke nienawistnym wzrokiem, ale po chwili znowu nie wyrażał jakichkolwiek negatywnych emocji – to przez ciebie jestem na to skazany, przez wieczność…

 

[Sasuke x Orochimaru] Special Servant – rozdział 3

Wyjście z podziemi nie zajęło dużo czasu. Orochimaru szedł pewnie, omijał każdą pułapkę i tym samym wyprowadził Sasuke na powierzchnię naprawdę szybko.

Młody Uchiha rozejrzał się dookoła. Niedaleko widział swój rozbity obóz.

-Gdybym rozbił się tutaj, mógłbym niechcący otworzyć to wyjście? – zapytał.

-Gdybyś trafił w ten właz, a nie w prawdziwy, to prawdopodobnie zapadłaby się pod tobą ziemia  – odrzekł spokojnie bladoskóry.

„Miałem szczęście” pomyślał Sasuke, cieszył się z tego, że udało mu się przyzwać Boga Śmierci.

-Miałeś niewiarygodne szczęście – dodał po chwili wężooki.

-Czytasz w moich myślach? – nie wiedział, czego może się po nim spodziewać.

-Obecnie tak…

Westchnął. Nie wiedział jak powinien z nim rozmawiać. Nie miał nawet całkowitej pewności, ze jest to jego były mistrz.

-Na czym dokładnie polega kontrakt, który z tobą zawarłem? – to pytanie nurtowało go odkąd udało mu się przyzwać postać Boga Śmierci.

-Co dokładnie chcesz wiedzieć?

-Wszystko co mi się przyda – o resztę wolał zapytać później.

-Masz wpływ na mój wygląd, możesz zadecydować jak będę wyglądać, jak mam się zachowywać, ale nie możesz później tego zmienić. Mam obowiązek wykonać każdy twój rozkaz, nie mogę ci się sprzeciwiać i nie mogę umrzeć, chociaż czuję ból. I jako zapłatę za to, w moim przypadku, wystarczą jakieś owoce w świątyni, nic więcej – powiedział spokojnie, ale prawie na jednym oddechu.

-To wszystko?

-To, co nie jest dla ciebie zbędnymi informacjami.

-Więc odnośnie twojego wyglądu… – zaczął.

-Mam być Itachim?

Spojrzał na niego i zmarszczył brwi.

-Nie mógłbyś nim być, nie znasz całej jego historii ani…

-Jeśli polecenie tego wymaga to mogę ją poznać, dla Boga Śmierci to nie jest problem – wtrącił się.

-Nie przerywaj mi – warknął, nie miał zamiaru traktować go na równym poziomie dopóki  mu nie zaufa, nawet jeśli on jest teraz bogiem – nie chcę żebyś kogokolwiek udawał, ale…

Jakiej postaci powinien od niego zażądać? Równie dobrze mógłby przyjąć formę węża czy innego zwierzęcia, ale to nie zadowoliłoby Sasuke.

-… mógłbyś przyjąć postać samego siebie, ale młodszego? – dodał po chwili zastanowienia. Wydawało mu się to dobrą opcją, ponieważ Orochimaru pozostanie wciąż w swoim ciele, ale młody Uchiha nie będzie się czuł jakby miał przy sobie swojego nauczyciela, bladoskóry powinien wyglądać teraz młodziej od niego, aby było widoczne, że posiadacz sharingana tutaj rządzi, wężooki miał tylko wykonywać jego polecenia.

Bóg Śmierci skinął lekko głową.

-A co z charakterem i usposobieniem? I z moimi wspomnieniami.

-Zachowaj swój charakter, masz wolną wole i możesz wyrażać swoją opinię… – po tylu latach spędzonych w samotności chciał poczuć, że ma przy sobie człowieka, nie marionetkę -… ale jeżeli coś ci rozkażę to musisz to zrobić bez sprzeciwu, chyba że będę na tyle dobry, żeby zapytać cię o zdanie lub pozwolenie, rozumiesz? Wspomnienia zachowaj. O, i masz zachowywać się jak człowiek, wiesz, żadnego czytania w myślach, jeśli ci tego nie rozkażę, żadnego unoszenia się, niczego z tych rzeczy.

Orochimaru uśmiechnął się lekko pod nosem i ponownie skinął głową.

Złączył swoje ręce i uniósł się lekko nad ziemię. Rozbłysnął błękitnym płomieniem, Sasuke niewiele widział przez dużą ilość światła jaka otaczała wężookiego.

Kiedy wszystko wróciło do normy, młody Uchiha spojrzał na swojego sługę.

-Może być? – przemówił do niego głosem bardzo podobnym do tego, który słyszał chwilę wcześniej, jednak ten był stosunkowo młodszy. Miał teraz na sobie tradycyjny strój jounina z Konohy, Jego włosy także były teraz krótsze, dodatkowo jego twarz była pełniejsza, nie były widoczne jego kości policzkowe.

-Tak – odpowiedział zdecydowanie – ile miałeś lat, kiedy tak wyglądałeś?

-Jakieś dwadzieścia cztery – odpowiedział spokojnie, rozejrzał się po okolicy – niedługo będzie burza piaskowa, lepiej, żebyś wrócił do swojego obozu.

Bez słowa ruszył przed siebie. Bladoskóry miał rację, że Uchiha powinien przebywać przy swoim namiocie i rzeczach, nawet jeśli nie było tutaj ludzi i nie musiał się martwić o kradzież , zresztą nawet jeśli – szybko odzyskałby stracony dobytek, chodziło tutaj o wieczorny, pustynny wiatr, który mógł zniszczyć centralnie wszystko bez najmniejszego problemu.

Kilka razy spotkał się ze sporymi stratami z winy natury, musiał wtedy szukać najbliższej wioski, w której mógł dostać świeże jedzenie, nowy namiot lub nowy zapas bandaży. W końcu kiedy sam omijał wszystkie pułapki w kryjówkach to zdarzały się jakieś urazy.

Dotarcie nie zajęło dużo czasu, ale całą tą drogę przemilczeli, chociaż Sasuke nurtowało teraz tak wiele pytań związanych z podlegającym mu mężczyzną.

Młody Uchiha musiał się zająć wzmocnieniem namiotu i związaniem razem pakunków z prowiantem i innymi potrzebnymi w tej podróży rzeczami.

-Zajmij się tym – zwrócił się do Orochimaru, wskazując na stertę przyzwanych wcześniej przez niego przedmiotów – zabezpiecz to przed wiatrem.

-Nie lepiej cofnąć przywołanie? Poruszający się piasek jest dość ostry, z łatwością zniszczy drewno.

-Nie – odpowiedział ostro – ty masz się tym zająć.

Przyglądał się ukradkiem Orochimaru, który miał już coś zaplanowane. Było to wyraźnie widać.

Shinigami zwinnie wykonał pieczęć węża cztery razy odwracając się kolejno w każdy z czterech kierunków świata.

Po kilku sekundach Sasuke usłyszał huk, a z ziemi wyrosły bramy Rashōmon, które zasłaniały ich obóz z każdej strony. Młody Uchiha musiał przyznać, że był to dobry pomysł.

-Na deszcz się raczej nie zapowiada, – orzekł Orochimaru – więc to chyba dość dobre rozwiązanie…

Posiadacz Sharingana przestał wzmacniać ściany namiotu. Sięgnął po kilka kawałków drewna, które po chwili zostały ich ogniskiem. Na pustyniach noce są chłodne, więc dodatkowe źródło ciepła nigdy nie zaszkodzi.

Sasuke przysiadł przy ogniu, aby ogrzać ręce. Obok niego stanął Orochimaru, tak jak sługa stoi obok swojego pana. Uchiha czuł się z tym dziwnie.

-Mówiłem, żebyś nie zachowywał się jak niewolnik – spojrzał na niego – możesz zachować naturalność dopóki ci na to pozwalam.

-Wybacz, – odparł spokojnie, przeszedł na drugą stronę ogniska i usiadł – nie wyznaczyłeś dokładnej granicy w mojej swobodzie.

Westchnął.

-Po prostu na obecną chwilę nie traktuj mnie jak swojego pana, bardziej jak towarzysza – powiedział zrezygnowany, oczywiście, chciał mieć sługę, szczególnie w Orochimaru, jednak taka sztuczność ze strony wężookiego go nie satysfakcjonowała.

Bladoskóry skinął głową.

Reszta wieczoru minęła im w raczej przyjemnej atmosferze, nie rozmawiali jeszcze o dalszym losie wężookiego czy też o tym  co Sasuke robił po zakończeniu wojny.

Głównym tematem rozmowy były kryjówki i pokój panujący obecnie na świecie.

Młody Uchiha zdał sobie sprawę, jak bardzo brakowało mu towarzystwa drugiej osoby…

 

 

[To jeden z niewielu fanfików, gdzie nie mam wrażenia, że fabuła leci za szybko.
Dziękuję wszystkim za przeczytanie ^^
I mam nadzieję, że jest to w miarę znośnie napisane ;//o//; ~Grelloo]

 

[Madara x Orochimaru] My Family

[Jest to nieoficjalna kontynuacja "I want him", więc jeśli ktoś ma czas i chęci to może najpierw zapoznać się z tym opowiadaniem...]


Bardzo kocham moją rodzinę…

Gdybym mógł, oddałbym za nich życie…

Chociaż to nie jest możliwe.

Co takiego? Nie, nie, moi rodzice żyją i mają się dobrze…

Oni nie mogą umrzeć.

Ja też nie.

Tak samo jak moje rodzeństwo.

Jestem najstarszy z naszej szóstki.

Mam sześć lat.

Urodziłem się szóstego dnia miesiąca…

Jak każdy z moich braci i sióstr.

Tata mówi, że sześć to niesamowita liczba.

Nie rozumiem dokładnie dlaczego tak sądzi.

Mamusia obiecała nam kiedyś nam to wyjaśnić.

Jeśli chodzi o moje rodzeństwo – to dwóch braci i trzy siostry.

Każde jest o rok młodsze od poprzedniego.

Podobno nasze urodziny są tego samego dnia.

Chociaż to nie jest pewne.

Podobno miesięcy było kiedyś dwanaście.

Teraz nie wiadomo, który jest kiedy i ile ich istnieje.

Wszystko się zmieniło.

Tak mówi mi mamusia.

Nadeszły zmiany.

Wraz z końcem Czwartej Wojny Ninja.

Nie wiem czym dokładnie jest „wojna”.

A podobno znam już dużo słów.

Tego jednak nikt nie chce mi wyjaśnić.

Zrobiłem cos złego, że nie mogę znać jego znaczenia?

Nie mogę zapytać się o to taty.

Często nie ma go przy nas.

Ale on nas kocha.

Tak jak my kochamy jego.

W końcu jesteśmy jedynymi osobami na świecie.

Chociaż świat jest duży, wiem, że jesteśmy tylko my.

Powinienem coś opowiedzieć o swoich rodzicach?

Mój tata jest wysoki i bardzo silny. Nigdy się nie uśmiecha. Ma ciemne włosy, które rozchodzą się na boki. Są bardzo długie, chociaż tatuś często je ścina. Ma też różnokolorowe oczy, jedno jest takie jak naszej szóstki. Fioletowe i ozdobione sześcioma okręgami. Drugie jest ciemne. Puste.

Do czasu gdy tata się zdenerwuje.

Jego oko przyjmuje wtedy szkarłatny kolor. To jest głęboki odcień czerwonego, wiem to, mamusia mi powiedziała.

Mamusia jest bardzo słaba i chuda. Nie je zbyt wiele. Bardzo się o nią martwimy. Jest bardzo blada, ale mówi, że wygląda tak od zawsze. Jej oczy są inne niż nasze, ale to nie znaczy, że nie są piękne. Chciałbym mieć takie oczy. Jak ona nazwała ten kolor? A, już pamiętam, bursztynowe. Przy jej oczach są takie dziwne wzory, fioletowe. Niektórzy z nas odziedziczyli je po niej. Bardzo ładnie komponują się z naszymi… to miało jakąś nazwę… rinneganami? To chyba tak się nazywają nasze oczy. Mamusia także ma ciemne włosy, są jednak dłuższe od tych taty. Chyba nigdy ich nie ścinała… Są naprawdę długie, ciągną się aż do ziemi. Moje siostry czasami bawią się nimi. Nasza mama się wtedy delikatnie uśmiecha.

A uśmiech jest bardzo rzadki  w naszej rodzinie.

Nie wiem dlaczego.

Wydaje mi się, że jesteśmy szczęśliwi.

Żyjemy, rozmawiamy…

W naszym domu.

Chciałbym zobaczyć co jest poza nim.

Ale tata nie pozwala.

Może tak ma być…?

Nie powinno się wychodzić z domu.

Tam czyhają na nas niebezpieczne istoty.

Chyba.

Chociaż wyczuwam tam tylko obecność taty.

Ale on nie mógłby nas okłamywać.

Przecież jesteśmy rodziną.

Kochamy się.

Prawda?

Nie wiem, czy mamusia kocha tatę.

Kiedy on pojawia się w domu – milczy.

Tatuś uczy nas walczyć.

Znam już wiele technik.

Moje siostry i bracia  też.

Ale po co mamy je znać?

Jesteśmy przecież nieśmiertelni, nie musimy walczyć.

Nie umrzemy.

Wieczorami mamusia opowiada nam bajki.

O powstaniu świata. O ogoniastych bestiach. O dzielnych ninja. O słońcu i księżycu.

Bardzo lubimy jej historie.

Są tak pięknie opowiadane.

Jakby to się kiedyś wydarzyło.

Ale nie mogło, jesteśmy tutaj tylko my.

Tata kiedyś usłyszał jedną z bajek mamusi.

Zezłościł się.

Widziałem to po jego oczach.

Powiedział, żebyśmy już zasnęli.

Wszyscy posłuchali, tylko nie ja.

Jestem najstarszy, mogę się kłaść później od innych.

Słyszałem, jak tata krzyczy.

Słyszałem różne hałasy.

Dźwięki uderzania w coś.

Mamusia krzyczała.

Chyba.

Nie pamiętam już. Byłem zmęczony.

Rano wszystko było dobrze.

Mamusia mówiła, że nic się nie stało.

Że tata niedługo wróci.

Widziałem, że drży.

Że ma bandaże na całym ciele.

Dziwnie się wtedy poczułem.

Nie chciałem, żeby on wracał.

Okropne, prawda?

Właściwie… kiedy o tym myślę…

Dalej nie chcę żeby wracał.

Wszyscy przez niego cierpimy.

Chciałbym zobaczyć świat za murami naszego domu.

Chcę być dzielnym ninją.

I chcę, żeby mamusia nie płakała.

Nie mówiłem? Ona bardzo często, kiedy już idziemy spać, po skończeniu bajki, odchodzi od nas. Jest bardzo przygnębiona. Wszyscy wiemy, że płacze.

Nie chcę powrotu taty. Nigdy.

Co powinienem zrobić?

Nie wiem. Niech on zniknie…

Jestem takim złym synem.

Chciałbym być bohaterem jednej z historii mamy.

Pokonać boga…

Jestem taki głupi.

Głupi, Jiraiya, głupi.

 

 

[Ummm... wiem, że trochę słabe, ale chciałam się oderwać od rozpoczętych już opowiadań i napisać coś krótkiego, przepraszam, jeżeli gdzieś zabraknie jakiejś literki lub polskiego znaku, ale kupiłam ostatnio nową klawiaturę, bo poprzednia nie łapała już kilku liter, ale ta nie jest lepsza, staram się z tym jakoś walczyć ;_;
Nie planowałam tego nawet dodawać, ale wczoraj chyba uleciała mi wena i nie mam sił do pisania niczego zaczętego, nawet nie chce mi się zacząć pisać Later in Akatsuki (wymyśliłam już tytuł do MiA 2, więc mimo wszystko połowa sukcesu jest :T)
I bardzo dziękuję za przeczytanie, jeśli ktoś chce to może zostawić komentarz z opinią, postaram się napisać coś do następnego weekendu, ale nie wiem, czy mi się to uda ;-; ~Grelloo]

 

[Madara x Orochimaru] Riders – rozdział 4

Ile czasu już się znali? Miesiąc, dwa? Pół roku?

Można zostać tak dobrymi przyjaciółmi w tak krótkim czasie? Widocznie tak.

W końcu niektórzy spotykając kogoś są od razu stwierdzić, że jest między nimi chemia, prawda?

W tym przypadku tak nie było, ale powoli, spotkanie za spotkaniem przełamywali lody, rozumieli się coraz bardziej.

Madara dowiedział się na temat Orochimaru wiele rzeczy. Kiedy ma urodziny, czym oprócz koni się interesuje, co lubi jeść…

Zastanawiał się dlaczego tak dobrze się rozumieją. Normalnie uznałby, że ktoś taki jest nudny… Lubił jeździectwo, książki… niezbyt ciekawe, spokojne rzeczy. A jednak mogliby porozumiewać się bez słów.

Dlaczego?

Dlaczego Madarze tak przyjemnie rozmawiało się z nim o ludziach, świecie, wolności… jakby o tym dłużej pomyśleć Orochimaru znał się na bardzo wielu rzeczach. Bez przeszkód mogli rozmawiać o samochodach oraz motorach, czyli głównych zainteresowaniach Uchihy.

-Idziemy gdzieś jutro? – spojrzał na bladoskórego, kiedy wychodzili z baru. Mieli szczęście, że znaleźli jeden lokal, od którego obydwaj mieli blisko do swoich domów. Dzięki temu nie musieli się hamować przy spożywaniu alkoholu.

-Przez ciebie wydaję zbyt wiele pieniędzy – zaśmiał się – wolałbym sobie odpuścić jakiekolwiek zbędne wydatki, bo nie starczy mi na czynsz i utrzymanie Pythona.

Python to koń, z którym Orochimaru tworzył zgrany duet. Przez ich dopasowanie Madara zwrócił uwagę na przejazd wężookiego i tym samym zyskał nowy cel i przyjaciela.

-Okej, okej – zamyślił się. Ma jutro cały dzień wolny… wolałby się nie nudzić. To nie był jego jedyny przyjaciel, ale tylko z nim mógł porozmawiać na każdy temat…  - to może po prostu wpadniesz do mnie? Mam w domu różne sprzęty, więc nudzić się nie będziemy.

-Nie będę wnikać w to o jakie sprzęty chodzi – uśmiechnął się wrednie. Madara dopiero teraz wyczuł podtekst.

-No nie chodzi mi o takie rzeczy! – wybuchnęli śmiechem, kilku przechodniów popatrzyło się na nich – miałem na myśli gry, symulatory i pojazdy idioto, nie chce się chwalić, ale w końcu moja rodzina jest znana w całym kraju i stać nas na takie rzeczy– uderzył go przyjaźnie i znowu się zaśmiał. Chyba trochę przesadził z alkoholem.

-Jeśli wytrzeźwiejesz to nie ma sprawy – zamilkł na chwilę – o mnie się nie martw… nie chcę się chwalić, ale mam mocniejszą głowę od ciebie i kac mi jutro nie grozi…

Znowu się zaśmiali.

-No to do jutra, tak?

-Tak…

Nie wiedział jeszcze, że następny dzień wystawi ich relacje na próbę.

***

Rano zdążył jeszcze zadzwonić do Orochimaru i zapytać w jaki sposób do niego przyjedzie.

-To jak? Spotykamy się dzisiaj u mnie, nie? – zaczął rozmowę.

-Tak, tak – usłyszał w słuchawce. Widocznie bladoskóry jest czymś zajęty…

-Jak do mnie przyjedziesz?

-Hm? A, tak… może przyjadę autobusem, ale to chwilę zajmie – Madara usłyszał w tle rżenie koni.

Widocznie jego przyjaciel nie próżnuje, często opowiadał mu o jego problemach ze znalezieniem pracy w związku z brakiem studiów, wiedział, że w niektóre dni pracuje jako barman w tym barze, do którego często przychodzili. Dostał tam pracę na pół etatu niedługo po tym jak zostali tam stałymi bywalcami. Dzięki temu Madara mógł czasami liczyć na zniżki. W dni kiedy nie pracował, a było to dość często, gdyż czas jego pracy w tygodniu to były dwa/trzy dni, zatrudniał się jednodniowo jako opiekun dzieci, stajenny czy sprzątający. Uchiha bardzo go podziwiał za to, że mimo tak młodego wieku bladoskóry starał się zarabiać na siebie i swojego konia.

-To może ja po ciebie przyjadę? Dzięki temu oszczędzisz na autobusie i w ogóle…

-To chyba nie jest dobry pomysł, wytrzeźwiałeś już?

-Co takiego? – zaśmiał się – Nie mam kaca i raczej myślę trzeźwo, nic nam nie będzie – powiedział spokojnie, chociaż wiedział, że nie powinien jeszcze niczego prowadzić przez kilka dobrych godzin.

Czekał chwilę na decyzję Orochimaru…

-Jeśli to nie problem to przyjedź, akurat kończyłem pracę.

-To czekaj na mnie pod stadniną – uśmiechnął się pod nosem – ta co zawsze, nie?

-Yhm…

-Zaraz będę – rozłączył się szybko.

Stadnina Konoha była miejscem, gdzie Orochimaru wynajmował boks dla Pythona, zwykle zatrudniał się tam jako stajenny aby otrzymywać dużą zniżkę na koszty wynajmu, paszy i ewentualnej opieki lekarskiej dla jego konia. Było to też miejsce, do którego wężooki był szczególnie przywiązany, większość pracowników tam to byli jego przyjaciele, wydawało się, że wszyscy tworzą tam wielką rodzinę. Madara jeździł tam z bladoskórym dość często i znał drogę na pamięć. Tak jak nie lubił on koni, tak tam czuł się wyjątkowo pewnie i mógł śmiało powiedzieć, że lubił to miejsce.

Droga nie zajęła mu dużo czasu, mimo iż wciąż nie wytrzeźwiał całkowicie to czuł się pewni, nie bał się, że zostanie zatrzymany.

Wjechał na drogę prowadzącą pod stajnie, ale zatrzymał się w połowie drogi, zsiadł i zaczął prowadzić swój pojazd. Już kiedyś spotkał się z nieprzyjemnościami ze strony właściciela stadniny – Hiruzena Sarutobiego, podobno hałas wydawany przez jego motocykl płoszył zwierzęta.

Zaparkował i rozejrzał się po okolicy. Nigdzie nie widział wężookiego, domyślał się, gdzie on jest.

Wszedł do środka jednej z bocznych stajni. Mijał niektórych pracowników i witał się z nimi ciepło, był już dobrze kojarzony wśród ludzi tutaj jako przyjaciel Orochimaru, niektórzy uważali, że dokonał niemożliwego wchodząc w tak bliskie relacje z bladoskórym, widocznie nie tylko jego traktował początkowo tak oschle.

-Hej, jak życie? – zaczepił go Jiraiya, rymarz

-Haha, dobrze, można tak powiedzieć – zaśmiał się, lubił tego pracownika, był wyjątkowo pozytywna osobą.

-Szukasz Orochimaru, zgadłem?

-Co innego mógłbym tutaj robić? – obydwaj zaśmiali się głośno, jakoś koń uderzył kilkukrotnie o  ścianę boksu – ale wiem, gdzie powinien być, więc nie musisz mnie do niego prowadzić – powiedział szybko.

-No okej – uśmiechnął się przyjaźnie – w takim razie ja już pójdę, powodzenia, przekaż Orochimaru, żeby nie trenował dzisiaj w terenie, bo po ostatnim deszczu ziemia jest jeszcze wilgotna i Python mógłby wpaść w poślizg.

-Ok, ok.

Bladoskóry był tam, gdzie zawsze po skończonej pracy lub treningu. W boksie Pythona. Przy tym koniu jeździec dosłownie tracił głowę, Madara był pewny, że nie kocha on nikogo tak bardzo jak tego zwierzęcia. Poświęcał mu każdą wolną chwilę. Kiedyś rozmawiał z niektórymi pracownikami stajni i dowiedział się, że jakiś czas temu tylko przy tym koniu Orochimaru pokazywał, że ma w sobie jakiekolwiek ludzkie emocje. Traktował tego konia jak najcenniejszy skarb. Uchiha czasami żartował, że dla niego chłopak mógłby kogoś zabić.

-I jak? Gotowy? – podszedł to niego i przerwał mu czesanie grzywy jego rumaka.

-Mogłeś przestraszyć Pythona… – zaczął.

-Wybacz – roześmiał się i wyjął z kieszeni kostkę cukru – czy to odpokutuje moje grzechy? – zażartował.

-Nie powinno się dawać koniom zbyt często słodkich rzeczy, to niezdrowe – uśmiechnął się i zabrał mu smakołyk.

-Tak… tak… idziemy?

Skinął głową, poklepał wałacha po szyi i wrzucił mu do żłobu otrzymaną kostkę cukru i marchewkę.

Wyszli.

Oczywiście ubrali kaski, ostrożności nigdy za wiele, wsiedli wspólnie na motocykl i powoli ruszyli pod dom Madary.

Jechali cicho, nie rozmawiali ze sobą, gdyż trudno jest się porozumiewać w hałasie jaki ich otaczał.

W końcu wjechali na podjazd.

Uchiha zauważył ostre ślady hamowania niedaleko jego domu, nie był to nikt z jego rodziny, ale ochrona musiała wpuścić tą osobę na teren posiadłości. W takim razie to musiał być…

Stanęli. A dokładniej byli zmuszeni do zrobienia tego.

W miejscu, gdzie Madara zawsze parkował swój pojazd był zaparkowany inny motocykl , a o ścianę, tuż przy nim, stał oparty rudy mężczyzna.

Miał mnóstwo kolczyków i nieprzyjemnie spojrzał na Madarę.

Dopiero po chwili się uśmiechnął.

-Czekałem na ciebie – zaczął – dawno się nie widzieliśmy…

Uchiha i bladoskóry zsiedli z pojazdu. Madara zdjął swój kask.

-Mogłeś zadzwonić debilu – roześmiał się głośno i uderzył go przyjacielsko – teraz nie mam czasu na spotkanie.

Rudowłosy dopiero teraz zauważył Orochimaru, wciąż w kasku.

-Nowa laska?  Fajna dupa.

Zapanowała niezręczna cisza…

Madara wybuchnął śmiechem.

-Ty tak na serio? – krztusił się z rozbawienie – to mój przyjaciel. Nie przedstawiałem was jeszcze, bo nie miałem okazji…

Bladoskóry dopiero teraz zdjął kask, żeby potwierdzić to co powiedział Uchiha.

Motocyklista wyczuł napięcie między tą dwójką…

-Kojarzę cię skądś… – zwrócił się do wężookiego rudy.

-Nie sądzę – odparł szybko bladoskóry.

-Urgh, no więc to jest Pain, mój stary znajomy od motorów – wskazał na rudzielca – a to Orochimaru – zwrócił się w stronę jeźdźca  – raczej nie mogliście się znać…

Pain pochodził z Amenosato, miasta, które było bardzo oddalone od Hinokuni,  gdzie teraz się znajdowali.

-Nie, nie, naprawdę go kojarzę… – zamilkł na chwilę – Oro…chimaru… hmmm… – podszedł do bladoskórego .

-Nie znamy się, na pewno  – odpowiedział szybko, widać było, że zaczyna panikować, coś ukrywał.

Kiedy Pain usłyszał jego głos wciągnął powietrze.

-Już wiem! Chyba… muszę mieć pewność – podszedł do Orochimaru, wykręcił jego ramię do tyłu, tak że wężooki nie mógł się wyrwać, szybkim ruchem sięgnął po scyzoryk z kieszeni i rozciął jego rękaw, Madara nie zdążył nawet zareagować – tak jak myślałem… – spojrzał na widoczne tatuaże – siedziałeś w pudle razem ze mną.

Cisza…

Bladoskóry przez nieuwagę Paina wyrwał się mu. Uchiha widział, że był spanikowany.

-To nieprawda! – krzyknął szybko – Pomyliłeś mnie z kimś!

-Nie, to ty, pamiętam dobrze, byłeś… – przerwał i spojrzał na Madarę – aaa, już rozumiem – westchnął – wstydzisz się tego, tak?

-O co tutaj chodzi?! – wtrącił się w końcu zdenerwowany Uchiha.

Rudowłosy się roześmiał.

-Długo już to ukrywasz? To, że pieprzyłeś się z każdym w więzieniu…

-Co…? – Madara nie mógł zrozumieć obecnej sytuacji, spojrzał na Orochimaru, nigdy nie widział go tak wściekłego, czy on szykował się do ataku…?

-Zamknij się! – krzyknął wężooki i rzucił się w stronę Paina, zręcznym ruchem wykradł mu scyzoryk, był gotowy zabić rudowłosego…  Jednak Pain był dobry w samoobronie.

-Tęsknisz za tym? Wszyscy cię uwielbiali! – prowokował jeźdźca jeszcze bardziej.

Madara pierwszy raz od dawna nie wiedział co powinien zrobić.

Orochimaru prawie zabił rudowłosego, kiedy zbliżył się z ostrzem niebezpiecznie blisko jego szyi, Pain jednak zareagował bardzo szybko. Zrobił unik i złapał wężookiego od tyłu, wyrwał mu broń i uderzył z dużą siłą w plecy.

Upadł.

-Nie powinieneś uciekać od prawdy – stanął nad nim.

-To nie było zależne ode mnie – syknął Orochimaru – oni… oni byli silniejsi, nie umiałem się bronić…

Pain był gotowy go kopnąć, ale powstrzymał go Uchiha.

-Wystarczy już… – powiedział stanowczo – lepiej jeśli go odwiozę, poczekaj tutaj – zwrócił się do rudzielca.

-No dobra…

Podszedł do Orochimaru. Widział, że chłopak jest w szoku.

Pomógł mu ubrać kask i wsiąść na motor, odwiózł go do domu. Czuł się okropnie, że przez niego doszło do czegoś takiego. Wydawało się, że teraz do wężookiego z trudem docierają jakieś informacje ze świata zewnętrznego. Odprowadził go pod same drzwi jego mieszkania.

-Nie przemęczaj się dzisiaj, okej? Przepraszam, że tak wyszło… Jutro musimy sobie wszystko wyjaśnić. – powiedział na pożegnanie, nie miał zamiaru odpuścić, musiał się dowiedzieć o co chodziło…

Wyszedł i wrócił do siebie. Do Paina. Mimo wszystko chciał z nim pojeździć na motorach i porozmawiać, jak za starych dobrych czasów.

Jednak zostawienie Orochimaru w tym stanie to był duży błąd…

Gdyby Madara trochę pomyślał, mógł chociaż przekazać wężookiemu to o co prosił go Jiraiya.

Dzięki tej informacji mógłby zmienić dalszy ciąg tej historii.

Historii, która zmierzała teraz w bardzo złym kierunku…

 

 

[Ale się tym razem rozpisałam XD Jeśli komuś chciało się to przeczytać to jest moim mistrzem ;_; I dziękuję takim osobą za czytanie tej historii z całego serduszka ;//u//;

Od jutra znowu nie będę miała zbytnio czasu, żeby cokolwiek pisać, więc jeśli coś uda mi się dodać w najbliższym czasie to będzie cud ;-;

I znowu przepraszam za błędy ;_;~Grelloo]

[Sasuke x Orochimaru] Special Servant – rozdział 2

Przyglądał się zwojowi jeszcze chwilę.

Był pokryty dużą ilością kurzu, żeby odczytać tekst bez żadnej pomyłki trzeba było przetrzeć pergamin. Wydawało się to łatwe i wykonanie tej czynności nie powinno stworzyć żadnych problemów, jednak materiał był stary i zniszczony, każdy niewłaściwy ruch mógł go uszkodzić.

Sasuke jednak nie pozwoliłby sobie na jakikolwiek błąd. Zdmuchnął większość kurzu jednym ruchem. Teraz wyraźniej widział tekst.

„Aby przyzwać Boga Śmierci do świata ludzi, by zawrzeć z nim kontrakt należy…”

Czytał powoli, ze skupieniem. Zwój był zapisany w języku, który rozumiał, ale styl pisma wyraźnie wskazywał, że tekst został stworzony bardzo dawno temu.

Ta technika przywołania nie należała do prostych. Ile należało wykonać znaków, aby się powiodła? Dwadzieścia sześć.

Dlaczego aż tyle, skoro przy każdej innej technice przywołania było ich o wiele mniej? Tutaj nie poświęcało się życia, cudzego czy własnego. Z tego, co Sasuke przeczytał zapłatą powinna być jedynie niewielka ofiara ze zwierzęcia lub owoców.

„…gdy ujrzy się postać Boga Śmierci należy stanąć przed nim i wypowiedzieć słowa kontraktu…”

Były one dziwne. Czytając je powoli młody Uchiha miał wrażenie, że są mieszaniną kilku języków. Przy napisaniu tego tekstu musiało pracować przynajmniej kilka osób. Znaki w zapisie były tak skomplikowane, że prawie niemożliwym było napisanie tekstu ponownie.

Stał tak dłuższą chwilę. Powtarzał słowa powoli, aby każde z nich brzmiało tak jak wydawało mu się, że brzmieć powinno.

W końcu wydawało mu się, że jest w stanie wypowiedzieć całość bez pomyłki.

Stanął na środku, tyłem do kamiennej płyty. Nie powinien mieć możliwości spojrzenia na tekst, gdy zacznie próbę zawarcia kontraktu z Bogiem Śmierci.

Wziął głęboki oddech i zaczął skupiać chakrę. Miał nadzieję, że jeżeli coś się nie uda to konsekwencje tego niepowodzenia będą niewielkie.

Zaczął wykonywać poszczególne znaki…

Smok, ptak, ptak, koń, szczur tygrys, smok…

Kiedy skończył odetchnął. Miał nadzieję, że niczego nie pomylił. Czekał… a przynajmniej miał w zamiarze, gdyż po chwili biała łuna wypełniła pomieszczenie. Rozejrzał się nerwowo. Teraz sceny śmierci na ścianach wyglądały tak realnie, jakby obrazy ożyły. Przełknął ślinę.

Natrafił wzrokiem na źródło tego światła.

Taki sam, jak go zapamiętał.

Niespotykany odcień skóry… szkarłatne rogi… wystające kości… złowrogi wyraz twarzy… puste oczy… ostre zęby i pazury… długie, białe włosy… identyczny jak ten, którego przyzwał Orochimaru podczas wojny…

Patrzył na niego bez słowa.

Cała pewność Sasuke zniknęła gdzieś w jego wnętrzu. Miał ochotę się teraz wycofać. Nigdy się tak nie czuł.

Nie był przecież tchórzem.

Nigdy nie przyszła mu do głowy ucieczka, nawet przy najsilniejszym wrogu. A teraz?

Teraz stała przed nim sama Śmierć, ktoś kto zabrał wszystkie zabite przez niego osoby.

Musiał jakoś pokonać strach, aby zawrzeć kontrakt. Musiał.

Sięgnął po kunaia. Ręka mu drżała. Kiedy poczuł metal, przejechał po nim ręką. Poczuł krew na dłoni. To go trochę ożywiło.

Uspokajał się w duchu.

Niepewnie zaczął powtarzać słowa, które czytał wcześniej na zwoju. Po kilku zdaniach czuł się już pewniej. Bóg Śmierci nic nie robił. Unosił się tylko lekko nad ziemią, wydawał się być zahipnotyzowany słowami Sasuke.

Słowa, które płynęły z jego ust były naprawdę skomplikowane. Cały tekst nie był długi i po ponad minucie młody Uchiha zamilkł.

Modlił się w duchu, żeby nie popełnił żadnego błędu w wymowie. Jeżeli wszystko poszło zgodnie z instrukcjami to teraz powinien usłyszeć pytanie. Najważniejsze pytanie, kiedy kogoś poznajesz.

-Jak się nazywasz? – ciszę przerwał głos. Sasuke miał wrażenie, że już gdzieś go słyszał. Był mocny, zachrypnięty i było słychać w nim pewność mówcy, jakby wymawiał to zdanie bardzo często.

Westchnął z ulgą. Czyli już nie ma się czego obawiać. Podporządkuje go sobie bez problemu.

-Sasuke Uchiha – odpowiedział pewnie.

-Sa…suke? – pewność zniknęła z głosu. Shinigami zaczął zbliżać się do mężczyzny.

-Tak – powiedział bez zastanowienia – i zawarłem z tobą kontrakt, czyż nie?

Zatrzymał się.

-Masz rację… – opadł na ziemię. Wydawał się teraz niższy.

-Więc…?

-Co mam zrobić?

-To nie jest jedna prośba, w końcu zawarłem z tobą kontrakt – miał w zamiarze to często podkreślać –  chcę, żebyś był moim sługą, który będzie wykonywał każdy mój rozkaz… głównie będzie pomagał mi zlikwidować wszystkie kryjówki i zwoje z technikami, które mogłyby w przyszłości spowodować kolejną wojnę…

Cisza…

Prawie jakby ten Demon myślał…

-Co mam zrobić? – zadał pytanie ponownie. Sasuke zauważył teraz, że mówiąc nie porusza ustami.

-Masz na sobie maskę?  Odpowiedz.

-Mam.

-Zdejmij ją – taki rozkaz powinien być dobry na początek. Zresztą był ciekawy tego, co Bóg Śmierci może chować pod „zasłoną”.

Znowu cisza.

Młody Uchiha miał już w zamiarze wyciągnąć miecz. Teraz miał się go słuchać, nawet jeżeli był bogiem.

Poruszył ręką. Zbliżył ją powoli do twarzy. Drżąc odciągał od niej przedmiot. Chwilę to trwało.

Sasuke wiedział, że znał ten głos. Nie spodziewał się tego co zobaczył, a raczej kogo zobaczył.

-Orochimaru… dlaczego?

-Długa historia… – brzmiał już normalnie. Nie próbował już ukrywać swojej tożsamości.

-I tak kiedyś mi ją opowiesz…

Westchnął.

-Mam nas stąd wyprowadzić?

-Znam drogę.

-Jeśli wyjdziesz tą samą trasą to wejście się zamknie, labirynt runie… to istne samobójstwo.

-Więc prowadź.

Wszystko teraz wydawało się takie dziwne. Jego nieżyjący nauczyciel szedł przed nim jako Bóg Śmierci. Musiał zapytać go o tak wiele rzeczy…

A przede wszystkim wykorzystać…

W końcu był teraz jego sługą…

Specjalnym sługą…

 

[Od razu piszę, że staram się z tego zrobić coś okej, takiego z fabułą i w ogóle ;_;

I nie chcę, żeby wyszło z tego kolejne yaoi w stylu pan-sługa, dużo seksu, który nic nie wprowadzi do fabuły (może będzie dużo, ale coś wprowadzi XDDD jeszcze nie wiem ;___;)

I nie chce z tego robić wielkiej miłości etc...

Tak czy inaczej... dziękuję za przeczytanie i w ogóle <3 ~Grelloo]

[Sasuke x Orochimaru] Special Servant – rozdział 1

-Sasuke…

-Co?

-Dlaczego?

-Dla twojego dobra.

-Co?

-Zrozumiesz. Mam nadzieję.

-Sasuke…

-…

Odszedł.

***

Stał na rozległym pustkowiu. Nic go nie otaczało. Wzrokiem nie mógł odnaleźć nawet skrawka zieleni. Wszędzie były kamienie. Był to wiosenny, ale wyjątkowo upalny dzień.

Sasuke ruszył powoli przed siebie.  Minęło już tyle czasu, tyle lat, a on w dalszym ciągu robił to, co planował od końca Czwartej Wojny Ninja.

Chciał się pozbyć wszystkich na świecie miejsc, w których przyszłe pokolenia  mogłyby znaleźć coś, co doprowadziłoby do kolejnej wojny. Starał się odnaleźć wszystkie strefy, gdzie przeprowadzane były kiedyś eksperymenty i gdzie mogły pozostać jakieś zwoje z niebezpiecznymi technikami.

Takimi miejscami były głównie kryjówki Orochimaru. Odnalezienie ich nie było łatwym zadaniem. Sannin umieszczał obszary na badanie na całym świecie, głęboko pod ziemią lub w miejscach, do których trzeba było znać tajne przejścia. Nawet kiedy  udało mu się, po wielu poszukiwaniach, odnaleźć którąś z kryjówek to wejście do niej nie było łatwe. Każda była naszpikowana pułapkami. Nie było zasady na ich ustawienie, w każdej strefie była zupełna losowość. Wejście do środka bez uszczerbku na zdrowiu graniczyła z cudem.

Młody Uchiha umiał przejść przez większość z nich, ponieważ w każdej gościł przynajmniej raz, jednak Orochimaru nie zdążył mu pokazać wszystkich kryjówek. Wiele więc zostało ukrytych.

Wężooki był naprawdę dobry w tym, co robił. Posiadacz Sharingana latami szukał pozostałych kryjówek.

Przeklął pod nosem.

-Dlaczego teraz go nie ma?

Prawdopodobnie Orochimaru zmarł dawno temu. Sasuke nie mógł sobie przypomnieć czemu sannin nie wrócił z nim do Konohy po wojnie.  Tamte czasy wspominał jak przez mgłę.

Szedł już dobrą godzinę. Słońce powoli znikało za horyzontem. Nadchodziła noc, a noc na pustyni, nawet kamienistej, nie należy do ciepłych. Sasuke musiał zacząć rozbijać obóz.

Jak dobrze, że przed wzruszeniem w drogę zdecydował się jednak przyjąć od Sakury protezę ręki. Bez tego miałby teraz naprawdę duży problem z podróżowaniem i omijaniem pułapek. Z jedną ręką nie mógłby nawet wykonać żadnej z technik…

Kiedyś, w jednej z kryjówek odnalazł zwój zawierający jutsu, które uznał za bardzo przydatne. Przed zniszczeniem zapisu zdążył się go nauczyć. Technika polegała na przyzwaniu, jednak nie przyzywał on żadnego chowańca, a bagaż. Trzeba było swoje rzeczy wysłać do sąsiedniego wymiaru, a następnie, w razie potrzeby, wykonać potrzebne pieczęcie i miało się go ponownie.

Dzięki temu Sasuke nie musiał nosić ze sobą namiotu oraz jedzenia.

Sprawnie wykonał kilka pieczęci i zaczął rozstawiać namiot. Przybijał kołki, aby silny wiatr nie przeszkodził mu w śnie.  Pierwszy… drugi… trzeci… uderzał w nie z dużą siłą. Wbicie czwartego z nich przyniosło nieoczekiwany skutek.

Przed Sasuke pojawiło się duże wgłębienie w ziemi. Po kilku sekundach z kamienia uformowały się schody prowadzące na dół.

-Wbicie czegoś w wyznaczone miejsce – mruknął pod nosem – lepszego klucza nie mógł wymyślić.

Ruszył w dół.

Schody były śliskie i strome. Sasuke już wiedział, że były tak zaprojektowane, aby uniemożliwić komuś szybkie wyjście z kryjówki. Na szczęście miał on opanowane przyzywanie latających chowańców. Szedł pewnie do przodu. Strach mógłby mu teraz przysporzyć kłopotów. Jednak była to kryjówka w której nigdy nie był. Trudno jest zachować spokój, jeśli nie wiesz co może cię za chwilę zabić.

Było coraz ciemniej i ciemniej…

Nie powinien tutaj schodzić o tak później porze. Nawet nie zabrał ze sobą czegoś, co daje światło.

Nie spotkał się jeszcze z żadną pułapką. To nie wróżyło nic dobrego.

Schody się skończyły. Teraz młody Uchiha znajdował się w istnym labiryncie.  Być może on był jedyną przeszkodą.

Zwolnił kroku. Musiał znaleźć teraz jakieś sekretne przejście. Zawsze takie były w kryjówkach sannina.

Ale czy ten labirynt został przez niego stworzony? To nie było w jego stylu.

Nie znalazł żadnego przejścia. Westchnął. Czyli powinien przejść labirynt, tak?

To była dobra chwila na stworzenie kilku klonów cienia. Dzięki temu powinien znaleźć koniec labiryntu a co za tym idzie – jakieś sekretne, ważne miejsce.

Jego klony błądziły dobrą godzinę. Sasuke już tracił nadzieję, że cokolwiek znajdzie.

Jednak jeden z nich zniknął, tym samym przeniósł swoją wiedzę do prawdziwego posiadacza sharingana.  Młody Uchiha miał szczęście, że któryś klon odnalazł drogę do mosiężnych drzwi. Nawet nie trafił na żadną pułapkę.

Już chwilę później Sasuke był przy tajemniczych drzwiach. Ma tam po prostu wejść? Utworzył kolejnego klona, który niepewnie otworzył drzwi i wszedł do środka. Odczekał minutę… nic się nie działo.

Wszedł.

Klon był cały. Odwołał go.

Rozejrzał się po wnętrzu. Było ono skromne, ale rozległe. Ściany były w malunkach które przedstawiały sceny śmierci.

To miejsce musiało być naprawdę stare.

Podszedł do kamiennej płyty umieszczonej na środku pomieszczenia. Znajdował się na niej zwój.

Chwilę zajęło zanim Sasuke zdołał przeczytać główny napis umieszczony na nim. Był napisany dziwnym stylem, kaligrafowanym.

„Technika przywołania boga śmierci i zawarcia z nim kontraktu”

Młody Uchiha już wiedział kto pomoże mu w odnalezieniu pozostałych kryjówek…

[To nie tak, że ciągle dodaje nowe opowiadania zamiast kończyć wcześniejsze ;_; ~Grelloo]